czwartek, 19 lipca 2018

Rozdział 102 - II


Przecież znałem jej temperament. Wiedziałem, jak może zareagować. Zacisnąłem usta w cienką linię, nagle czując na swoim nadgarstki lekki uścisk, przypominający bardziej dotknięcie skrzydeł motyla niż prawdziwy chwyt.
Suzanne wygięła się w łuk, łapiąc się usilnie mojego ciała. Jej klatka piersiowa uniosła się górę, oczy otworzyły, a usta rozszerzyły, aby złapać więcej tlenu. Przez chwilę chaotycznie łapała tlen, aż nie miała pewności, że może oddychać naprawdę.
Przełknęła ślinę, podnosząc swój przerażony wzrok na moją twarz. Intensywny błękit jej oczu zrobił mnie wręcz jego niewolnikiem.
- George - powiedziała cicho, ale jej ton i tak opływał w arogancję.
Kurwa! Ona żyje!
Nie wiedząc, co tak naprawdę robię, zbliżyłem się do niej i objąłem zachłannie jej drobne, mokre ciało. Jej ubrania dokładnie przylegały do niego i sprawiały, że chciałem być jedynym, które ma do niego prawo.
Skarciłem siebie w momencie, gdy Suzanne objęła mnie tak samo mocno, a jej prawa dłoń wylądowała na moim ramieniu i ścisnęła je lekko. Tak jak Clara kilka godzin temu. Klatka piersiowa Suzanne napierała na mnie niepewnie a jej każdy ruch utwierdzał mnie w przekonaniu, że żyła.
Jeszcze nigdy w życiu nie odczułem tak obezwładniającego uczucia ulgi.
- George - powtórzyła znowu, a jej głos zabrzmiał tak dziecięco. Poczułem dreszcz, jaki przebiegł jej ciało. Teraz czułem pod sobą każdą jej kość i fragment skóry.
Nie mogąc się powstrzymać, złożyłem na jej skroni czuły pocałunek, a Suzanne pewniej wtuliła się we mnie.
...
Suzanne Rose Lupin
...
Kilka dni po incydencie w jeziorze pragnęłam tylko o nim zapomnieć. To okazało się dosyć proste, bo George nie wracał już do tego tematu. Siedziałam właśnie na miękkim fotelu w Pokoju Wspólnym i zaszczycałam bliźniaków od czasu do czasu dumnym uśmiechem.
Za chwilę miał odbyć się nasz bal przyszłych absolwentów - pamiętam, że wraz z bliźniakami włamałam się na tę imprezę w czasach ich brata Charliego. Wtedy było dosyć zabawnie, więc miałam zamiar powtórzyć te przeżycia.
- Zostało pięć minut, Suzanne - zauważył bystrze Fred, posyłając mi znaczący uśmiech. - Nie wiem czy zauważyłaś, ale jesteś dziewczyną, a jak wszyscy wiemy, wy potrzebujecie co najmniej czterech godzin na przygotowania! - Skarcił mnie wzrokiem.
Istotnie. Siedziałam rozwalona na fotelu w spodniach i bluzie, które nijak nie pasowały na tego typu wyjście.
- Jestem wyjątkiem i potrzebuję czterech minut - zapewniłam spokojnie, wygodnie wylegując się na miękkich poduszkach.
- W takim razie do zobaczenia za pięć minut - powiedział, wstając i tym sposobem rudzielcy sobie poszli, z czego George zerknął na mnie przelotnie.
Uśmiechnęłam się, spoglądając na zegar. Zostało 30 sekund. Przymknęłam oczy, delektując się ostatnimi chwilami wolności, a gdy znów podniosłam powieki, zobaczyłam dwie sekundy spóźnienia z mojej strony.
Podniosłam się z miejsca i niespiesznie ruszyłam do pokoju.
- Suzanne! - Angelina na mój widok wstrzymała oddech z trwogą.
- Spokojnie. - Machnęłam ręką. - I nie zagaduj mnie, bo muszę się wyszykować - dodałam, wchodząc do wolnej łazienki.
Pośpiesznie rozebrałam się i wzięłam szybki prysznic. Naprawdę szybki, bo trwał zaledwie pół minuty. Stanęłam przez lustrem i pstryknęłam palcami, osuszając się. Po chwili znów zrobiłam szybki ruch ręką, a wtedy na mojej twarzy pojawił się delikatny makijaż i dziewczęca fryzura.
Kiedy uśmiechnęłam się do siebie, wyobrażając sobie sukienkę, którą Nimfadora podarowała mi na święta, na moim ciele pojawiła się owa kreacja, a na stopach widniały czarne, wysokie szpilki.
Bycie czarodziejem jest świetne i oszczędza naprawdę wiele czasu. Dlatego nie rozumiem Angeliny, która z pomocą Maureen przygotowywała się na tę imprezę od obiadu.
Z łaski chwytając swoje perfumy i spryskując nimi skórę w bardziej mugolski sposób, wyszłam z pomieszczenia, gdzie zastały mnie zdziwione dwie pary oczu.
- Suzanne? - Maureen wytrzeszczyła na mnie oczy, mało co nie opuszczając pędzla z ręki.
- Nie, Voldemort - prychnęłam, uśmiechając się lekko.
- Ale... - zaczęła Angelina. - Tak szybko? Suzanne...
- Magia działa cuda. - Potaknęłam głową z zadowoleniem i minęłam je, aby przejrzeć się w lustrze wiszącym na drzwiach szafy.
Na mojej twarzy usta wykrzywiały się w ironiczny uśmiech, a błękitne oczy skrzyły się delikatnie. Zostały podkreślone ciemnymi cieniami - granatu i srebra, a wargi pomalowano bezbarwnym błyszczykiem. Cała twarz została poddana subtelnemu działaniu pudru i włosy upięte w zgrabnego koka, którego podtrzymywała wstążka w kolorze mojego "wybitnego" odzienia.
Bordowa sukienka miała rozkloszowany dół sięgający lekko przed kolano i eksponujący tym samym moje zgrabne nogi. Głęboki dekolt wycięty w serek dodawał mi pazura, a przylegające rękawy zakrywały poranione przedramiona. Czarne wysokie szpilki dodawały mi kilku centymetrów.
A to wszystko dzięki zaledwie kilku ruchom rąk.
Przytaknęłam sobie z uznaniem i odwróciłam się w kierunku przyjaciółek, które w dalszym ciągu patrzyły na mnie niepewnie.
- Angelina, ja przecież cię nie zjem - skarciłam ją, gdy jej wargi zaczynały powoli się rozchylać.
- Po siedmiu latach to jest szok równy dostaniu w twarz - usprawiedliwiła się, wzruszając ramionami i wracając do nakładania pudru.
Parsknęłam pod nosem, siadając na swoim łóżku. Tamci "trzej muszkieterowie" mieli po nas tutaj przyjść. Żeby tylko nas nie wystawili.
Przygryzłam wargę w momencie, gdy po pomieszczeniu rozległo się pukanie do drzwi.
- Proszę - zawołała radośnie Maureen, a wtedy te uchyliły się.
- Witam, nasze drogie koleżanki, zapraszam na szaloną... - zaczął Fred odważnym tonem, ale nagle zamilkł, bo jego wzrok spoczął na mnie. Po chwili uśmiechnął się nieprzyzwoicie, a tuż za nim pojawili się Lee i George. Na widok tego ostatniego serce zaczęło mi bić szybciej. - A my to się chyba nie znamy - stwierdził Fred, podchodząc do mnie i chwytając mnie za dłoń, aby przybliżyć ją do swych ust.
Wyrwałam ją pośpiesznie, patrząc na niego jak na wariata.
- Dobrze się czujesz? - spytałam, na co chłopak wyszczerzył się głupio i złapał za serce.
- Na Merlina, to ty, Suzanne! Nie poznałem cię! Wyglądasz jak... - Spojrzał na mnie krytycznie. - Jak dziewczyna!
Parsknęłam śmiechem na jego uwagę, jednak mimowolnie przeniosłam wzrok na George'a. Chłopak miał na sobie brązową marynarkę i spodnie skrojone z tego samego materiału. Na białej koszuli, zakrytej częściowo przez zapięte okrycie, eksponował się fioletowy krawat w prążki.
- Niezły krawat - prychnęłam w jego kierunku. Wiem, że byłam idiotką, ale wprost nie mogłam się oprzeć.
Całą sobą nastawiłam się na ripostę chłopaka, która zniszczy ten wieczór. Nawet uprzednio wzięłam wdech, aby wypuścić go z siebie z zirytowaniem.
- Niezłe nogi - odparł rudzielec, starannie lustrując mnie wzrokiem.
Faktycznie wypuściłam z siebie powietrze. Z zaskoczenia.
Zamiast popsucia humoru George zrobił coś o wiele gorszego. Wprawił mnie w stan niepokoju.
...
Wchodząc do wielkiej sali, nagle dopadła mnie przygnębiająca atmosfera. Całe pomieszczenie otaczała stonowana szarość, a uczniowie z mojego rocznika patrzyli na siebie z przygnębieniem. Nie było balonów, radosnej muzyki, nawet stoliki ubrano w białe eleganckie obrusy zastępujące te w kolorach domów.
Moje brwi zmarszczyły się momentalnie, czując gęstniejącą atmosferę. Z magicznego gramofonu wydobywały się subtelne dźwięki walca, jakbyśmy czekali na czyjś pogrzeb. Bal przyszłych absolwentów przecież od zawsze był radosnym świętem.
Była to ostatnia impreza dla siódmorocznych, którzy już niedługo mieli poznać smak dorosłego życia. Patrzyłam po twarzach ludzi, tak naprawdę nie rozpoznając wielu z nich. Nigdy nie miałam szansy dobrze ich poznać.
Zawsze trzymałam się swojej paczki i nigdy nie wyrażałam chęci na poznanie kogoś więcej. No może raz mnie do tego podkusiło. W kącie pomieszczenia zauważyłam kilku przyjaciół Cedrika. Śmiali się i żartowali, nie przejmując się niepokojącym wystrojem pomieszczenia.
Wśród ludzi rozpoznałam tez Yaxley oraz jej kilku znajomych. Nigdzie nie mogłam się dopatrzeć Vincenta, ale przecież ona zawsze był typem samotnika. Znając go, pewnie nawet nie zaprzątał sobie głowy fatygą na ten bal.
W oczy wpadła mi także Eva Shy rozmawiająca z szatynką, z którą całował się George na ostatnim spotkaniu GD. Mój żołądek zawiązał się w supeł. Czyli jednak nie była z roku niżej. A najgorsze było to, że gdy zwróciła na nas uwagę, momentalnie ruszyła w naszym kierunku.
Nie przejmując się towarzystwem moim, Angeliny, Jordana i Freda, stanęła przed George i złożyła na jego ustach zachłanny pocałunek. W duchu wyobraziłam ją sobie, jak rzucam na nią Avadę.
Miałam szczęście tylko w tym, że pomiędzy mną a Georgem znajdowali się Angelina i Fred. To w jakiś sposób uchroniła rudzielca przed moim przypadkowym kopnięciem. Złożyłam dłonie w pięści, patrząc jak dziewczyna przyssała się do niego jak pijawka.
- Jordan - zwróciłam się do czarnoskórego przyjaciela. - Zatańczysz?
Lee popatrzył na mnie ze zdziwieniem. Według oficjalnej wersji Umbridge podzieliła nas w pary i ja zostałam połączona właśnie z nim - oficjalna część balu miała zostać rozpoczęta walcem - dlatego moje pytanie było normalne i naturalne. Byliśmy przyjaciółmi, więc mogliśmy ze sobą tańczyć, do cholery!
Po chwili dywagacji z samym sobą zgodził się. Zanim jednak pociągnęłam go na parkiet, chłopak trącił Freda łokciem i dzięki temu w czwórkę weszliśmy na opustoszały środek pomieszczenia.
- O której zaczyna się oficjalna część balu? - rzucił Fred, łapiąc Angelinę w talii.
- Za dwadzieścia minut.
- Wyrobimy się - podsumował, pstrykając palcami.
Wtedy muzyka w gramofonie zmieniła się i wyleciał z niej skoczny kawałek Mrocznych Braci. Do naszych podrygów po dłuższej chwili dołączyli także inni uczniowie i nim minął czas do części oficjalnej, zdążyliśmy zmienić kolory dekoracji, stolików oraz stworzyć mnóstwo balonów i serpentyn.
Humor udzielał się wszystkim.
Ja także nie miałam zamiaru z niego rezygnować, więc starałam się omijać George'a i, jak się potem okazało, Clarę szerokim łukiem.


niedziela, 15 lipca 2018

Rozdział 102 - I


...
Kilka tygodni później, pojedynkując się z Jordanem, nie mogłam się skupić. Wszystko przez szatynkę, która znikąd pojawiła się obok George'a i odrzucała swoje długie włosy za siebie. Przewróciłam oczami, lekko nokautując Lee. A George tak łatwo się dawał! Omotała go tymi swoimi uśmieszkami i zapewne już umawiają się na randkę. Jak wiele bym dała, żeby to George zaproponował mi takie spotkanie.
Nie! Suzanne, nawet tak nie myśl! Tobie nie wypada - jesteś dla niego jak siostra.
Cóż, jeżeli tak wygląda relacja rodzeństwa, to ja boję się spędzać czas z Remusem!
- Cholera! - warknęłam, gdy Lee trafił mnie w ramię zielonkawym promieniem. Szybko oddałam atak.
Jawnie ze sobą flirtowali i nie zaprzątali sobie głów niczym innym. Irytacja, jaka we mnie teraz kiełkowała, nie mogła w żaden rozsądny sposób znaleźć ujścia. Opanuj się, Suz! Na Jordana się przecież nie wydrę.
Nagle dłoń dziewczyny spoczęła na ramieniu George'a. Z moich nozdrzy wyleciało z świstem powietrzem, a ja obroniłam się przed kolejnym natarciem czarnoskórego. George nie uciekał przed jej dotykiem. Cholera! W tamtym momencie nie mogłam być bardzie zazdrosna. Już od dłuższego czasu miałam wrażenie, że George zaczyna mnie unikać.
Od czasu naszego cudownego pojedynku na tym przeklętym GD!
Na ich twarzach malowały się radosne uśmiechy. Aż nabrałam ochoty rzucić w nich Avadą i wyprawić im wspólny pogrzeb! Pokręciłam głową, karcąc się za takie myśli, i ponownie obroniłam się przed zaklęciem Lee.
Zerknęłam w stronę George'a, przysięgając sobie, że będzie to ostatni raz na tych zajęciach - ale co ja mogłam poradzić na to, że ustawili się centralnie przede mną? - i wtedy poczułam nagły ścisk w żołądku. Nie ten przyjemny.
Poczułam nagły... zawód?
George nachylił się nad szatynką i wpił się zachłannie w jej usta, a ja próbowałam zachować kamienny wyraz twarzy. Nie, to nie może się dziać! On... zrobił to na moich oczach. Podła hipokrytka! Moje zachowanie coraz bardziej działało mi na nerwy, ale widok przede mną wprost zwalił mnie z nóg.
Przełknęłam ślinę, starając się zdusić w sobie szybko wzrastające uczucie zazdrości i czując, jak w moją klatkę piersiową uderza bolesne zaklęcie.
Zaraz!
Upadłam na podłogę, wykonując na niej jeszcze kilka siniaczących mnie obrotów. Nie odbiłam zaklęcia Jordana.
- Cholera jasna! - syknęłam, z irytacją podnosząc się z posadzki i patrząc na chłopaka z gromami w oczach.
Tak naprawdę nie byłam na niego zła. Nawet się cieszyłam, że mnie pokonał. Ale widok obściskujących się za nim nastolatków: George'a i jakiejś dziewczyny, której nie znam z imienia!
- Wybacz, Suz, niechcący - usprawiedliwił się chłopak, ale nie zareagowałam. Mój wzrok był sztywno wpatrzony w George'a i jego dłonie obłapiające jakąś szóstoroczną z  Ravenclavu.
Lee instynktownie obejrzał się za siebie, a na zastany widok wydał z siebie prychnięcie.
- Ej, George - rzucił kpiąco w jego stronę. - Oczy krwawią, jak się na was patrzy. Możecie urządzać sobie schadzki gdzie indziej? - Jego słowa sprawiły, że szatynka oderwała się ze speszeniem od rudzielca.
- Oczywiście, przyjacielu - zapewnił George, jeszcze raz wpijając się w jej wargi. Zdawało mi się, że patrzę właśnie na walkę glonojadów a nie młodzieńczy pocałunek.
Po chwili rudzielec oderwał się od dziewczyny, puścił jej oko i skierował się w naszą stronę.
Wydałam z siebie głośny jęk irytacji.
- I jak wrażenia, dentysto? - prychnęłam, gdy podszedł dostatecznie blisko, aby mnie usłyszeć. Posłał mi uśmiech pełen niezrozumienia. - Przykleiłeś się do niej tak bardzo, że wyglądało to jakbyś robił jej przegląd stomatologiczny z co najmniej trzech kwartałów!
Zacisnęłam dłonie w pięści.
- Cóż, Suzanne. - Posłał mi chytry uśmiech. - W takim razie, jeżeli masz tak wielką ochotę, mogę zostać twoim osobistym stomatologiem. - Jordan parsknął śmiechem, okazując się tym samym podłym zdrajcą.
W moich oczach pojawiło się niedowierzanie. Patrzyłam w brązowe oczy George'a, tak naprawdę nie dostrzegając ich koloru a człowieka, którego ukrywały. Zacisnęłam usta w cienką linię.
Zawsze musiał dodać coś od siebie. Zawsze musiał postawić na swoim. Zawsze musiał zrobić mi na złość. Wraz z przyznaniem się przed sobą, że ten rudzielec mi się podoba, stałam się niewolnikiem własnego umysłu i zdradzieckiego ciała. Teraz w jego irytującym wyrazie twarzy nie dostrzegałam nic, na czym tak bardzo wcześniej mi zależało.
W słowach, do których bądź co bądź go sprowokowałam, znalazło się coś, co nagle otworzyło mi zamglone oczy. Że byłam głupią zabawką w jego rękach. Że każdy jego serdeczny uśmiech w moją stronę, tak naprawdę był cholerną grą pozorów.
Widziałam rosnącą na jego twarzy drwinę. Właśnie to sprawiało mu przyjemność. Drażnienie się ze mną.
W jego oczach krążyły tylko ironiczne iskry. Ale ja nie potrafiłam się na nie zmusić. Nie byłam też taka jak Malfoy - moje rozszerzone źrenice były oknem do mojej duszy. Najgorsze było to, że nie potrafiłam go zrozumieć.
Tylko cudem odepchnęłam łzy, pierwszy raz w życiu czując tak ogromny zawód do jakiegoś człowieka.
Już miałam się odwrócić i pójść do Angeliny i Maureen, starając się w między czasie wyrzucić tego człowieka z podświadomości. Takie słowa z ust osoby, którą lubi się inaczej niż wszystkie inne, potrafi okazać się nożem w plecy. Jedna ze ścian zadrżała, kierując nasze spojrzenia wprost na nią.
- Co to? - rozniosły się zaniepokojone głosy.
Przełknęłam ślinę, zdając sobie sprawę z tego, co to oznacza.
Moje usta instynktownie ułożyły się w cienką linię, a palce oplotły szczelnie różdżkę, nie pozwalając jej odejść. Zrobiłam kilka kroków, aby przybliżyć się do ściany, która jęknęła po raz drugi.
Czułam za sobą niepewność tych wszystkich uczniów. Wiedziałam, że tak będzie. Od początku było wiadomo.
- Harry - rzuciłam w eter, a czarnowłosy momentalnie stając przy mnie.
- Czy... - zaczął pewnym głosem, a ja skinęłam głową.
Nie zdążyłam zrobić nic więcej. W tej samej chwili lustro na ścianie pękło, ukazując częściowo zburzony mur.
- Bombarda maxima! - Ciszę naszych kołatających ze zniecierpliwienia serc rozdarł dźwięk zaklęcia.
Po chwili ściana całkowicie przeistoczyła się w gruzy, a tuż przed nami stała Umbridge i kilka osób z brygady inkwizycyjnej.
...
Rozejrzałam się z niepokojem po wszystkich uczniach, które przebywały w sali. Ich dłonie w spokoju płynęły po pergaminach i nie dawały po sobie poznać bólu. Co innego pokazywały oczy. Z każdym kolejnym ruchem stawały się coraz pełniejsze łez i złości.
Wiedziałam, że prędzej czy później zostaniemy przyłapani. Przygryzłam wargę, czując wzrastające pieczenie na przedramieniu. Nasza klęska była do przywidzenia, a jednak odczuwałam wyrzuty sumienia. Może gdybyśmy bardziej uważali - chociaż i tak zachowywaliśmy ostrożność aż do absurdu. Ale nikt nie przypuszczał, że Umbridge użyje na jednym z naszych członków Viritaserum. Cho Chang musiała powiedzieć wszystko - bez względu na to, jak bardzo w tamtym momencie krzyczało jej sumienie.
Przełknęłam ślinę, ponownie podnosząc wzrok od lekko zakrwawionej kartki. Kilka ławek przede mną siedział Collin, który znosił to wyjątkowo dobrze. A przecież obiecałam mu, że już nigdy nie będzie cierpiał! Gorzej było z Denisem. Chłopiec siedział skulony i drobną ręką smagał litery po papierze, jakby w nadziei, że nie pojawią się na dłoni. Skręcał się pod każdym ruchem zwodniczego pióra.
Cholera jasna!
 Żadna z tych osób nie powinna cierpieć! Powinni być z siebie dumni, że sprzeciwili się tej kobiecie. Wielkiemu Inkwizytorowi Hogwartu, który w ostatnich dniach zastąpił samego Dumbledore'a. Przez ten ruch ministerstwa Zakon pluł sobie w brodę.
Syki wypełniały pomieszczenie, chociaż wydobywały się z gardeł odważnych ludzi. Zacisnęłam dłonie w pięści, czując tą ogromną niesprawiedliwość dookoła.
Niby dlaczego oni zawinili? Umbridge powinna ewentualnie ukarać pomysłodawców! Albo tylko mnie, za to że się zgodziłam.
Gdy usłyszałam kolejny jęk bólu, przymknęłam mocno oczy. Oczyszczając umysł, próbowałam złamać barierę, która chroniła te pieprzone pióra. Myśli zakotłowały się w głowie, a usta zacisnęły się mocniej. Mięśnie całego ciała spięły się, aby tylko odsunął mnie od tego pomysłu.
Już za późno.
Nagle moja skóra zapiekła żywym ogniem. Czyli jednak się udało, ponieważ rana na moim przedramieniu zaczęła szybko się pogłębiać.
Zerknęłam na Denisa, którego dłoń zaczęła śmielej dotykać pergaminu, co równało się też z ostrym bólem w moim przedramieniu. Z prawie wszystkich twarzy nagle zniknął ten wyraz udręczenia. Zaczęli pisać pewniej.
Przełknęłam ślinę, wiedząc, że muszę to przetrzymać.
Wszystkie słowa pisane przez pióra uczniów zaczęły wyżynać się na mojej skórze. Przymknęłam oczy, cudem zmuszając się do dalszego pisania. Chociaż ręka drętwiała z każdą chwilą, sumienie także stawało się lżejsze.
...
Opuściłam klasę jako pierwsza ze wszystkich osób. Trzymając się usilnie za przedramię, ruszyłam w kierunku błoni, czując, że tylko świeże powietrze wyciągnie mnie z tego otępienia.
Stojąc na pomoście, spojrzałam przed siebie, gdzie promienie słońca odbijały się bezczelnie od powierzchni jeziora. Dłoń piekła mnie jak nigdy, a na szkolnej koszuli było widać czerwone krople.
Cholera jasna!
Podwinęłam rękaw i przyłożyłam dłoń do pokaleczonej skóry. Różne style pisma wyżłobiły w niej nieczytelne bazgroły, które wypełniały skrzepliny mojej krwi. Przełykając ślinę, wyszeptałam zaklęcie, które chociaż pozornie zmniejszało ból. Wszystko zdawało się zasklepić.
Ponownie przeniosłam wzrok na jezioro. Przeszedł mnie dreszcz spowodowany strachem. Woda. Bezkresna, nieprzebyta, śmiertelna. Nie mogłam na nią patrzeć obojętnie po II zadaniu Turnieju Trójmagicznego. Oślizgłe macki krakena podtapiające mnie w tej krystalicznej cieczy. Przygryzłam wargę, obejmując ramiona dłońmi.
- Suzanne. - Ten głos zadziałał jak cholerny kubeł lodowatej wody, o której teraz tak rozprawiałam.
- Odczepcie się! - warknęłam rozeźlona, a mój oddech stał się niespokojny.
- Jestem sam - uświadomił mnie, przez co przewróciłam oczami.
- A co to się stało, że zgubiłeś brata? Przecież jesteście tacy nierozłączni! - syknęłam, nie wiedząc dlaczego byłam zła na Freda, którego teraz nie było obok. Mógłby mnie przynajmniej powstrzymać od mordu na jego cholernym bliźniaku!
- O ile mi się przypomina, możemy poruszać się oddzielnie. - Mogłam założyć się o wszystko, że na jego twarzy pojawia się zwycięski uśmiech.
- Zapiszę sobie - fuknęłam, przybliżając się na skraj pomostu.
Ciecz pode mną była ciemna i nieprzebyta, ale miałam stuprocentową pewność, że, skacząc do niej, odnalazłabym ukojenie. A potem wpadłabym w panikę, że ona jest wszędzie i okala całe moje ciało, niszcząc je bezlitośnie. Strumienie jeziora zaczęłyby atakować moje ciało, a ja nie mogąc się wydostać, zaczęłabym krzyczeć. Moje jęki uciszyłaby tafla tego potwora.
Wzdrygnęłam się na tę myśl, co George momentalnie zauważył.
- Suzanne - zaczął znowu, podchodząc jeszcze bliżej. Prawie czułam na sobie jego oddech, a gdy odwróciłam się gwałtownie, jego wargi znalazły się stanowczo za blisko mnie. Przełykając ślinę tworzącą gulę w moim gardle, cofnęłam się, aby nie musieć się z nim konfrontować.
Jestem kompletną idiotką!
Teraz byłam już pewna. Zamiast cholernego podłoża pomostu, moja noga oparła się o nicość, a ciało straciło równowagę, lądując w lodowatej wodzie.
Momentalnie przeszedł mnie dreszcz pełen przerażenia. W moje ciało uderzyła bezwzględna ciecz odcinająca mi dostęp do tlenu. Zaczęła mnie bestialsko atakować, lecz ja nie mogłam się bronić.
Zewsząd docierała do mnie szarówka bezwzględnego żywiołu. Chociaż światło u góry podpowiadało, aby kierować się ku niemu, moje członki były jak cholerna wata i nie ruszały się. Nie robiły nic!
Tylko głowa miotała się na wszystkie strony i próbowała zaczerpnąć powietrza. Zachłysnęłam się wodą, która wpadła do mojego gardła i zaczęła rozrywać mi płuca.
Oddechu nie było, a usta bezwiednie uchyliły się - tym samym zapraszając do środka jeszcze więcej śmiercionośnej cieczy. Oczy wyrażały przerażenie, ale już dawno się poddały.
Sparaliżował mnie strach osuwający mnie w głębię.
...
George "Feorge" Weasley
...
- Suzanne - powiedziałem, widząc jej drobną postać na końcu tego pomostu. Wyglądała jak jakiś samobójca, który chce ze sobą skończyć. Na moje słowa dziewczyna wzdrygnęła się, ale nie odwróciła głowy w moją stronę.
Nawet w tak poważnych chwilach mój umysł karze oczom wodzić po jej ciele. Miała na sobie opinające, granatowe spodnie i szkolną koszulę wkasaną do środka. Jej prawe przedramię było odsłonięte, a ja wyzywałem się w duchu od idiotów.
Obserwowałem ją na szlabanie u tej podłej jędzy. Lupin trzymałą się dzielnie, a jej wzrok biegał po kolejnych uczniach. Chociaż czułem pieczenie na lewej dłoni, nie mogłem oderwać się od niej. Jej oczy ze współczuciem i wyrzutami sumienia spoglądały na kolejnych uczniów.
Nie wiedziałem nawet, kiedy to się stało, ale dziewczyna zamknęła oczy, a jej obie dłonie złożyły się w drobne piąstki. Po chwili znów zaczęła pisać, a na jej twarzy widniał ból. W przeciwieństwie do mnie - nagle poczułem ulgę.
- Odczepcie się! - syknęła, zapatrzona w spokojne jezioro.
Ta idiotka po raz kolejny chciała zbawić cały świat swoją dobrą duszą. Miałem ochotę walnąć ją tak mocno, aby nigdy więcej nawet nie ważyła się bawić w ten pieprzony wolontariat i zbawiciela, a jednocześnie chciałem podejść i objąć ją zachłannie, aby już nigdy nie stała jej się krzywda.
- Jestem sam - powiedziałem nieco rozeźlony, że nawet ONA traktuje mnie i Freda jako jeden pieprzony byt.
- A co to się stało, że zgubiłeś brata? Przecież jesteście tacy nierozłączni! - rzuciła z irytacją, a ja podszedłem do niej jeszcze bliżej.
- O ile mi się przypomina, możemy poruszać się oddzielnie. - Moje usta wykrzywiły się w wymuszony uśmiech pełen irytacji.
- Zapiszę sobie. - Przybliżyła się do skraju pomostu. Miałem wrażenie, że zaraz z niego spadnie pod wpływem wiatru.
- Suzanne. - Podszedłem do niej, chcąc ją odciągnąć od linii z wodą.
Jednak nim zdążyłem ją złapać, Suzanne odskoczyła ode mnie jak oparzona i, nie znajdując za sobą dalszej powierzchni, wpadła do wody.
Jestem kompletnym idiotą!
Mogłem się domyśleć, że ona wybierze spotkanie z wodą, niż mój dotyk na swojej skórze. Kurwa, przecież po coś unikała mnie przez ostatnie tygodnie!
Gładka tafla wody wybrzuszyła się pod wpływem jej ciała uderzającego o nią. Zakląłem pod nosem, gdy po kilku sekundach dziewczyna się nie wynurzała.
Ona jaja sobie robi?
Przecież potrafiła pływać! Dlaczego więc jeszcze nie widziałem jej na powierzchni?
Przez moje ciało przeszedł dreszcz niepokoju - chyba nie była taką idiotką, aby, robiąc mi na złość, się utopić! Niestety ta myśl wydała się dziwnie prawdziwa! Ona przecież była zdolna do wszystkiego.
Nie myślałem wtedy. Jakby mój cholerny mózg się wyłączył. Strach przed tym, że moja przyjaciółka zaraz będzie topielcem sprawiła, że moje serce na chwilę stanęło.
Wskoczyłem do wody, a zewsząd dobiegła do mnie przezroczysta toń wodna.
Kurwa!
Nigdzie nie dostrzegałem Suzanne. Przecież jej arogancka twarz powinna wyróżniać się w toni jeziora.
Nagle ją dostrzegłem! Jej ciało było bezwładne, a rozpuszczone włosy okalały bladą twarz. Miała zamknięte oczy i osuwała się w dół.
Rzuciłem się w jej stronę, a odległość między nami jak na złość nie zamierzała maleć. Czułem się jak uczestnik tego cholernego Turnieju Trójmagicznego, który ratuje osobę najbliższą jego sercu.
Suzanne!
To imię kołatało mi w głowie bez przerwy. Sprzeciwiając się wodzie, znajdowałem się coraz bliżej dziewczyny. Czy gdybym się dostał do Turnieju, a ona byłaby w Hogwarcie, to czy istniałaby szansa, że w II zadaniu ratowałbym właśnie ją> Czy ta cholerna Lupin była dla mnie ważniejsza od mojego brata bliźniaka!?
Moja dłoń chwyciła za jej lodowaty nadgarstek. Zakląłem w duchu, przyciągając ją bliżej siebie, lecz woda bardzo utrudniała ten zabieg. Mając ją w swoich ramionach, skierowałem rękę w górę i wystrzeliłem nas, abyśmy mogli zaczerpnąć świeżego powietrza.
Nasze głowy wydostały się z cieczy w tym samym momencie. Wziąłem tęskny wdech tlenu w płuca, gdyż podczas tego wszystkiego zapomniałem, że mi także przydaje się powietrze.
Spojrzałam na Suzanne, spodziewając się zobaczyć w jej niebieskich oczach irytację i złość. Prawidłowa z jej strony reakcja na uratowanie jej życia. Jednak wtedy poczułem wzmagające przerażenie.
Oczy dziewczyny były zamknięte, usta lekko rozchylone, a tlen wokół niej bezużyteczny.
- Suzanne - warknąłem, potrząsając ją w miarę możliwości. Teleportowałem nas z lodowatej wody na pomost, ciesząc się że jest ciepła pogoda na dworze.
Jej mokre ciało spoczywało tuż przy mnie, a klatka piersiowa wzięła sobie wolne.
- Kurwa, Suzanne, nie rób mi tego - warknąłem, szukając po kieszeniach różdżki.
Po co ci różdżka, kretynie!
W takich chwilach naprawdę nie myślałem logicznie. Położyłem dłonie pomiędzy jej piersiami, rzucając na nią zaklęcie. Powinno być skuteczne, ale jej serce najwyraźniej nie zamierzało zacząć bić.
- Suzanne - syknąłem, czując w oczach napływające łzy i ponawiając czar.
Kurwa, co ja mam zrobić?
Nadal leżała w bezruchu. Jak pieprzony topielec i samobójca. Zacząłem uciskać jej klatkę piersiową, ślepo wierząc, że to odda jej życie. Nie podziałała magia, a ja, naiwny, łudziłem się, że mugolskie sposoby dadzą radę.
- Kurwa! Lupin, nie rób mi tego! - Z całej siły złapałem ją z jej zimne ramiona i potrząsnąłem nią.
Po moim policzku spłynęła jedna łza. Była martwa! Kurwa mać! Nie mogłem pozwolić jej odejść.
Ponownie zacząłem uciskać jej klatkę piersiową, równocześnie kierując w jej kierunku zaklęcia. Gówno dało, a moje serce zaczęło bić coraz mocniej.
- Suzanne, proszę cię... - powiedziałem drżącym głosem, ponownie z całej siły napierając dłońmi na jej klatkę. Nic się nie działo.
Odsunąłem się od niej, patrząc na tę bladą, martwą twarz. W bezruchu.
Wargi były kusząco rozchylone, a oczy ciasno zamknięte. Kolejna łza spłynęła po moim policzku, a ja zacząłem wrzeszczeć w duchu jak oszalały.
Przez moje ciało przeszedł paraliżujący dreszcz, a moje dłonie zaczęły się trząść.
Kurwa! I to wszystko jest moją winą!

piątek, 13 lipca 2018

Rozdział 101


...
Uśmiechnęłam się pod nosem. W moich oczach pojawił się cień rozbawienia, a dłoń drgnęła pomimo tego, że sumiennie starałam się zapisywać słowa urzędniczki. Dzisiejsza lekcja Obrony była jak średniowieczne tortury.
Nie dlatego, że była po prostu nudna, a właśnie z całkiem odwrotnego powodu.
Zerknęłam na dumną postać Umbridge, która, niczego nieświadoma, nadal dyktowała nam nasze notatki - będą nam one "wręcz niezbędne" w czasie egzaminów odbywających się już za dwa miesiące.
Była ubrana tak jak zwykle; w różowe ubrania wprost ze sklepu z dziecinnymi zabawkami. Jej włosy układały się w pretensjonalne loki, a po lewej stronie głowy widniała broszka. Jej klątwa jeszcze nie objawiła się w moim życiu niczym konkretnym.
Wszystko odbywało się jak zwykle.
Do czasu gdy Umbridge kichnęła, a z jej czaszki wyrosło okazałe poroże. Mimowolnie kąciki ust uniosły się w górę. Kobieta nadal stała prosto i okazywała nam powagę i wyższość. Nie zorientowała się.
Znowu! Ponieważ od rozpoczęcia lekcji te rogi wyrosły jej już siódmy raz.
Bliźniacy byli genialni. Pomimo tego, że ostatnie podrzucenie Umbridge ciasteczek z nowymi pastylkami skończyło się fiaskiem, oni wpadli na pomysł, który zmusił ją do zażycia ich. W ryzykowny sposób wrzucili jej te pigułki do świeżo zaparzonej herbaty.
Kilka osób w pomieszczeniu zaczęło wiercić się na krzesłach, aby ukryć rozbawienie. Umbridge wtedy instynktownie sięgnęła dłonią do włosów i poprawiła krótkie loki. Robiła tak zawsze, małym palcem dotykając broszki, gdy była zdezorientowana.
Rogi zniknęły w momencie, gdy jej dłoń znalazła się blisko nich.
Ale spokojnie... One wrócą, wrócą, gdy tylko ta baba kichnie, a będą wracać dopóki pastylka będzie działać. A będzie działać długo.
Poczułam przyjemny kurcz w żołądku. Jakby satysfakcja wymieszała się z czymś jeszcze. Podniosłam wzrok na George'a siedzącego w rzędzie obok. Posłałam mu radosny uśmiech.
- To nie wszystko - odpowiedział bezgłośnie, zmuszając mnie do ciekawego zerknięcia na Umbridge.
Ponownie kichnęła, a z jej głowy wydobyło się poroże. Pokręciłam głową, niedowierzając. Pomysły chłopaków stawały się coraz bardziej wyszukane.
- Uczniowie, a teraz przestańcie pisać! - Po klasie przebiegł głośny głos profesorki.
Posłusznie odłożyliśmy pióra na biurka i spojrzeliśmy na profesorkę. Na jej twarzy jednak zamiast spodziewanej dumy, zastałam zdziwienie.
- Uczniowie! - Ponownie rozległo się w sali, ale usta Umbridge były zaciśnięte w cienką linię. To była kolejna część zemsty bliźniaków. - Proszę wstać i drapać się po głowie!
Wszyscy podnieśli się i z rozbawieniem zaczęli wykonywać jej kolejne polecenia.
- Stójcie! - Prawdziwa Umbridge nareszcie zdołała wydobyć z siebie głos. - Przestańcie natychmiast!
- Proszę o ładne uśmiechy z waszej strony! - Jej protesty zagłuszył jej zmodyfikowany głos.
Warto było mieć Vincenta po swojej stronie. Ślizgon transmutował się w stojak przy oknie i wołał na nas głosem urzędniczki.
- Uczniowie! - fuknęła prawdziwa Umbridge po raz kolejny.
- Bardzo proszę dziewczyny o rozpuszczenie włosów! - zawył drugi głos kobiety, a wszyscy ponownie parsknęli śmiechem.
Dziewczyny, które miały spięte włosy, zdjęły z nich wsuwki z rozbawieniem.
Przeniosłam drwiący wzrok na bliźniaków, którzy obdarowali mnie jedynie zadowolonym spojrzeniem. Pokręciłam głową, czekając na dalszy rozwój wydarzeń.
Znając życie, jeżeli Umbridge za chwilę go nie powstrzyma, będzie kazał wszystkim w tej sali ściągać spodnie.
...
Na Obronie nie wydarzyło się nic bardziej niecenzuralnego. Po kilku chwilach w sali rozbrzmiał dzwonek, co na dobre skończyło nasze zajęcia.
Obecnie przebywałam w dormitorium i szarpałam się z zawiązaniem przydługich sznurówek, a po kilku sekundach odpuściłam to sobie i użyłam czarów. Układając poprawnie kołnierzyk białej koszuli szkolnej, luźno obwiązałam szyję szalikiem w granatowym odcieniu.
Stanęłam przed lustrem i szybko poprawiłam włosy, pozbywając się na dobre przedziałka. Mój wygląd był znośny, a przynajmniej wszystko wyglądało harmonijnie, przez co na te stwierdzenie skarciłam się w duchu.
Ostatnimi czasy zaczęłam na poważnie używać lustra. Siwe poliestrowe spodnie lekko opinały moje zgrabne nogi, a talię podkreślała wkasana do środka koszula szkolna. Jej rękawy były zawinięte na raz i odsłaniały nadgarstki. Na nogach miałam granatowe tenisówki ujawniające beżowe skarpetki.
Opuściłam pomieszczenie, szykując się na najgorsze.
Kiedy bliźniacy wzywali mnie na pilne zebranie, to nigdy nie kończyło się to dobrze. Przebywszy przez pokój wspólny, w kilku krokach minęłam korytarz męskiego dormitorium.
Nie kłopocząc się pukaniem, wtargnęłam do pokoju bliźniaków, gdzie momentalnie mój wzrok padł niefortunnie na nagie plecy George'a stojącego do mnie tyłem. Przez chwilę wpatrywałam się jak zaklęta w ten widok, a przez moje ciało przeszedł intensywny dreszcz.
Jakiś kretyński głosik w mojej głowie krzyczał we mnie, że muszę się na niego teraz rzucić.
Jednak ja zdobyłam się jedynie na przełknięcie śliny i zignorowanie nagłego kurczu w moim podbrzuszu. Jeżeli tak wygląda pożądanie, to, kurde, długo już nie wytrzymam.
Z moich ust wydobyło się ciche chrząknięcie. Wywołała je jakaś ostatnia cząstka moralności w moim umyśle, bo całą sobą chciałam, aby chłopak nie zmieniał pozycji.
George odwrócił się w moją stronę ze zdezorientowaniem, a kiedy zobaczyłam zarys jego klatki piersiowej, moje nogi stały się jak z waty. Niezauważalnie oparłam się dłonią o blisko stojące krzesło, a dreszcze nasiliły się.
Cholera jasna!
- Jesteśmy kwita - stwierdził z zadowoleniem George, przypominając mi o jego wtargnięciu do mojego pokoju, gdy byłam w staniku. Cholera! Nie wiem dlaczego, ale ta myśl tylko mnie nakręcała.
- Co ty robisz? - Zdobyłam się na srogi głos i zlustrowałam bok chłopaka. Kurde!
- Ubieram się - odparł swobodnie, chowając ciało za koszulką. Fuknęłam w duchu. - Fred, przyszła już! - rzucił do brata, a w tej samej chwili z łazienki wybiegł drugi bliźniak. Był w pełni ubrany w strój do Quidditcha.
Zmarszczyłam czoło.
- Fred - zaczęłam niemrawo. - Zapomniałeś, że wywalili cię z drużyny. - Wskazałam na jego ubiór.
- Wszystko ci wyjaśnię na boisku - skarcił mnie.
- Jak to na boisku?
- Po siedmiu latach musisz w końcu nauczyć się grać w Quidditcha! - wtrącił jego brat, narzucając na siebie jeszcze czerwoną bluzę.
...
Usiadłam na murawie, po chwili lądując na niej całym ciałem. Skrzyżowałam ręce na piersi i posłałam bliźniakom zuchwałe spojrzenie. Czułam na swojej twarzy przyjemne promienie słońca. Był koniec marca, a natura pełną parą budziła się do życia.
- Chyba was powaliło do reszty! - warknęłam, gdy rudzielcy przynieśli ze sobą trzy miotły ze składziku, skrzynię z piłkami i kij.
- Zdziwiłabyś się. - George posłał mi ironiczny uśmiech i wystawił dłoń w moją stronę.
Prychnęłam pogardliwie, odtrącając nogą jego rękę, co w sumie wywołało na jego twarzy jeszcze większe rozbawienie. Fred jak na razie biernie uczestniczył w sytuacji.
- Mam lęk wysokości - zaargumentowałam. - Możecie ze mną pograć w jakieś mugolskie sporty, ale nie w Quidditch! Są pewne granice rozsądku!
- Musisz się tylko przełamać i...
- Niczego nie muszę, George! - zaprzeczyłam, zamykając oczy. Promienie słońca muskały delikatnie moje policzki, co wywołało na mojej twarzy lekkie zadowolenie.
- Jak chcesz - stwierdził rudzielec, mrucząc jeszcze coś pod nosem, a następnie poczułam jakiś ruch obok siebie i nagły uścisk chłopaka na moim ciele.
- Co do... - zaczęłam, podnosząc powieki. Znajdowałam się w ramionach chłopaka, szczerzącego się do mnie wrednie. - Weasley, odstaw mnie na ziemię! - dodałam, próbując się wyrwać, jednak jego ręce pod moimi kolanami i plecach robiły swoje. - Proszę! - jęknęłam, uderzając go w ramię teatralnie.
- Chyba mi ją amputują! - zawył na mój ruch, co jego brat skomentował głośnym parsknięciem.
- Żeby nie czasem. - Ponownie skrzyżowałam dłonie.
- Nie chcesz być pałkarzem? - spytał George, a kiedy pokręciłam pewnie głową, wypuścił mnie ze swoich objęć.
Spadłabym z gruchotem na ziemię, gdybym nie rzuciła na siebie zaklęcia. Uniosłam głowę, patrząc na George'a z pretensją. Moje palce u dłoni były szeroko rozstawione i starały się utrzymać mój ciężar kilka centymetrów nad powierzchnią.
- Nie Quidditch! - jęknęłam, ruchem ręki teleportując sprzęt do komórki. - Skuszę się na jakiś mugolski sport. - Podniosłam się z ziemi.
- Piłka nożna? - George zmrużył oczy.
- Może być. - Wzruszyłam ramionami, spoglądając na Freda. - Przebrałbyś się - skarciłam go, na co on, nawet na chwilę nie odrywając wzroku ode mnie i George'a, pstryknął palcami. Jego ubrania zmieniły się na bardziej odpowiednie. Gdy pstryknął po raz drugi w moich dłoniach pojawiła się piłka do nogi.
- Ja zaczynam? - parsknęłam, po czym rzuciłam przedmiotem o podłogę i skierowałam go w kierunku wyjścia z boiska.
Bliźniacy siłą rzeczy popędzili za piłką. Zaśmiałam się na ten widok i pędem ruszyłam za nimi.
Chłodny wiatr uderzał w moją twarz, dając mi cudowny oddech. Co kilka kroków wybuchałam śmiechem, starając się odbić chłopakom piłkę. Nieświadomie kierowaliśmy się polną drogą wzdłuż jeziora.
Fred kopnął czarno-biały przedmiot, kierując go daleko przed nami. Zaśmiałam się dźwięcznie, wysuwając się na prowadzenie.
Moje szybkie kroki niosły się echem i przebijały się przez ścianę z Zakazanym Lasem. Oddech stawał się płytszy, a dłonie swoimi ruchami przy klatce piersiowej ciągnęły mnie do przodu. Szalik zaczął lekko zsuwać się z ramion, a drgające powietrze ochładzało ciepłe ciało.
Bliźniacy biegli tuż za mną. Nasze kroki robiły się coraz dłuższe, a piłka, jakby na złość, toczyła się przed siebie.
Wpadliśmy zdyszani na polanę i upadliśmy na trawę. Nim zdążyłam odzyskać równy oddech, wybuchłam śmiechem, który pokierował się dalej. Posłałam bliźniakom zwycięskie spojrzenie, na co oni jedynie przewrócili oczami.
Po chwili jednak poczułam, jak w moje nozdrza wpada znajomy zapach.
Kwiatowy zapach fiołków, hiacyntów i narcyzów. Wzięłam głęboki wdech, aby lepiej poczuć ten słodki aromat, a wtedy poczułam krótkie ukłucie w sercu. Przełykając ślinę, podniosłam się z ziemi i spojrzałam przed siebie.
W niedalekiej odległości od nas rosło drzewo, na którego potężnych konarach majaczył fioletowy obłok. To te liście wielkości manny dawały taki efekt. Ich ametystowy kolor i poświata nie pozwalały przejść obojętnie.
Tak jak wtedy drzewo rosło w osamotnieniu. Wyglądało jak z innej rzeczywistości czy krainy. Nie przejmowało się niczym, a jego rajski wygląd był tylko maską ostrej natury. Jego korzenie zachłannie wpijały się w ziemię i wybrzuszały ją, aby dostać się także do jeziora.
- Ja... - wydało się z moich ust, przez co bliźniacy stanęli obok po chwili.
- Nieźle - skwitował młodszy z nich, a ja jedynie skinęłam głową.
- Co to za miejsce? - spytał George. - Znasz je? - Przeniósł na mnie wzrok.
- Tak - powiedziałam niepewnie, podchodząc do osobliwej rośliny. Gdy znaleźliśmy się na tyle blisko niej, aby zauważyć wyżłobienia w grubym pniu.
- Jest niesamowite - powiedział Fred, podbiegając do jednej z gałęzi i podnosząc z niej jeden z pierwszych płatków, który niefortunnie został zdmuchnięty przez wiatr.
- Byłam tutaj, kiedy dowiedziałam się o porwaniu Ginny - rzekłam. - Nocą jest tutaj przepięknie.
- Jak je znalazłaś? - rzucił George, z zainteresowaniem przyglądając się drzewu, chociaż nie odstępował mnie na krok.
- Cedrik mi je pokazał - mruknęłam, momentalnie spuszczając głowę, jakby spodziewając się z ich strony reprymendy. Przecież nigdy go nie lubili.
Zamiast tego, poczułam jednak, że George przybliża mnie do siebie.
- Diggory był... - zawahał się przez chwilę. - z resztą sama wiesz. - Jego wargi zetknęły się z czubkiem mojej głowy.
Parsknęłam na jego słowa, niechętnie odsuwając się od jego ciała. Kiedy przeniosłam wzrok na Freda, ten patrzył na nas z pewną zagadką w oczach.
Zignorowałam go i podeszłam do drzewa, a następnie dotknęłam jego pień. Był chropawy a jednocześnie przyjemny w dotyku.
- Kiedyś na prawdę wyjdę z siebie i stanę obok! - Nagle usłyszałam szorstki głos, w którym dało się wyczuć dzikość.
Odskoczyłam od drzewa jak oparzona, odwracając się w kierunku lasu. W naszym kierunku galopował rozeźlony centaur.
- Margorm! - przywitałam go jedynie imieniem, bo nic innego nie mogło mi przejść przez gardło.
- We własnej osobie - rzekł uważnie lustrując mnie wzrokiem. Zatrzymał się kilka metrów przed Georgem. - Jak samopoczucie po roku nieobecności?
- Mamy marzec, ale jakoś udało mi się wdrożyć w system - skinęłam, na co centaur spojrzał z rezerwą na bliźniaków.
- A wy? - spytał podejrzliwie. - Jak widzę, nie rozerwaliście jej za tę animagię.
- Nie było okazji. - Fred wzruszył ramionami.
Margorm uśmiechnął się przychylnie, a następnie, rozglądając się wokół za niebezpieczeństwem, spoczął na trawie. Wraz z bliźniakami zrobiłam to samo, ale w pewnej odległości od niego. Nawet zaprzyjaźniony centaur był nieprzewidywalny.
...
Z różdżki George'a wystrzeliło jasne światło, z którego po chwili ułożyła się hiena. Mglista forma patronusa wzbiła się w powietrze, zostawiając za sobą błękitne smugi, a po chwili znów pojawiła się przy swoim właścicielu. Zamachnęła się ogonem, a następnie ukazała ostre kły i pysk naśladujący uśmiech.
Chłopak wyciągnął w jej stronę dłoń, jednak ona zachichotała kpiąco i, ku mojemu zaskoczeniu, podeszła do mojej siedzącej osoby i oparła łapę na moim kolanie.
Przez moje ciało przeszedł dreszcz, który palił moje penetrowane przez siebie ciało. Przełknęłam ślinę, wpatrując się w granatowe oczy zwierzęcia. To zadziwiające, ale jej obecność działała na mnie w podobny sposób jak George'a. Westchnęłam ciężko, przejeżdżając dłonią po karku zwierzęcia.
Hiena syknęła cicho i rozpłynęła się, pozostawiając po sobie jedynie białe smugi.
- Jesteście podobni - rzuciłam do chłopaka, który wpatrywał się we mnie z zaintrygowaniem w oczach.
Uśmiechnął się na moje słowa, ale nic nie powiedział. Przeniósł wzrok na brata, który bawił się właśnie z wyjątkowo złośliwym kojotem, który podgryzał przyjaźnie nogawki jego spodni.
Nieco dalej znajdował się Jordan, na którego ramieniu spoczywała ogromna tarantula wielkości dwóch rąk chłopaka. Zaśmiałam się w duchu, gdy pająk złapał go za jedną z dred.
Angelina wraz z Maureen chichotała, podziwiając swoje patronusy. Johnson wpatrywała się w ogromnego orła o jasnych skrzydłach szybującego nad nią, a czarnowłosa próbowała przywołać do siebie gazelę przypatrującą się jej z niechęcią.
To było zadziwiające jak bardzo te błękitne duchy przypominały moich przyjaciół. Poczułam zimny dreszcz, a oddech w moich płucach na chwilę się zatrzymał. Ciarki sprawiły, że moja lewa noga zesztywniała, a z ust wydał się cichy syk.
Patronus George'a właśnie przebiegł przeze mnie i na dosłownie moment znalazł się w moim ciele.
Przymknęłam oczy, czując napływające przez ból łzy. Patronus był niezwykle osobistym tworem, a jego obecność w czyimś ciele odbijała się na tej osobie bardzo negatywnie.
- Suzanne, wszystko okay? - rzucił George, a ja zdobyłam się jedynie na skinięcie głową.
Cholera!
Palący ból zebrał się w mojej klatce piersiowej i nie chciał puścić. Nie mogłam złapać swobodnego oddechu.
- Suzanne? - Tuż przy uchu usłyszałam głos chłopaka, a po chwili jego dłoń dotknęła mojego ramienia.
Wzdrygnęłam się na ten ruch, ale wszystkie dreszcze nagle ustały. Podniosłam wzrok na chłopaka.
- Już jest okay - odparłam, strzepując z ramienia jego dłoń. Jak nie ból, to inne niepoprawne uczucie w jego obecności wypełniało moje ciało.
Kwadrans później Potter zarządził kolejną serię pojedynków. Tym razem to jednak on postanowił dobrać nas w pary. Spojrzał po wszystkich krytycznie i zaczął wskazywać na kolejnych uczniów.
Kiedy doszedł do nas, zmrużył lekko oczy, jakby się nad czymś zastanawiając. Po chwili uśmiechnął się pod nosem i podzielił nas szybko, a następnie odszedł do kolejnych osób.
- Maureen i Jordan, Fred i Angelina, George i Suzanne.
Zaśmiałam się w duchu. Tak ironicznie, że, gdybym śmiała się naprawdę, udławiłabym się jak przed chwilą. Spojrzałam na George'a, ale on posłał mi jedynie hardy uśmiech.
- Powodzenia, moja droga - ostrzegł, momentalnie rozpoczynając serię rzutów w moją stronę.
Tylko cudem udało mi się uniknąć je wszystkie, a następnie zrobiłam na nim odwet. Trudność tego pojedynku nie polegała koniecznie na tym, że większość naszych zaklęć była niewerbalna. Polegała ona na tym, że oczy chłopaka były tak cholernie hipnotyzujące - nie mogłam się skupić.
Gdy za drugim razem oberwałam w ramię czarem, który przy okazji stworzył dwa rozcięcia na moim swetrze, postanowiłam się wybudzić z tego transu.
Naparłam na chłopaka serią zaklęć, które on obronił. Ba! Jedno z nich skierował przeciwko mnie! Uchyliłam się w ostatniej chwili, przez co ściana za mną jęknęła z nagłego uderzenia.
- Tak chcesz się bawić? - prychnęłam, a z mojej różdżki wypadło błękitne światło. Oczywiście chłopak poskromił je szybko, ale w tej samej chwili wysłałam mu dwa kolejne zaklęcia. Widział moje ruchy różdżką, więc doskonale wiedział, jak ma się bronić!
Ruch dłoni załatwił sprawę.
Pozornie - George wywrócił się na podłogę przez nagły ruch powietrza za plecami.
Parsknęłam na jego zaskoczoną minę.
- Suzanne! - warknął i, nadal leżąc na podłodze, skierował na mnie swoją dłoń, z której wyleciało przezroczyste zaklęcie.
Uchyliłam się. A z mojej różdżki wypadło różowe światło.
George rzucił zaklęcie w tym samym momencie, a nasze dwa promienie zderzyły się ze sobą.
Przełknęłam ślinę.
Chłopak zaczął przeciągać wiązkę w moją stronę. Nie mogłam na to pozwolić!
Kumulując moc, przepchnęłam ją o kilka cali, a George ułożył usta w cienką linię.
Moje mięśnie nagle stały się napięte, a mózg przestał klarownie przetwarzać informacje.
Liczyło się tylko jedno - wygrać ten pojedynek.
Zmrużyłam oczy, koncentrując się na miejscu styczności naszych świateł.
Zbliżało się ono w moją stronę!
Naparłam na nie z całej siły.
Przez chwilę zatrzymało się ze zgrzytem, a następnie puściło.
Uderzyło we mnie zaklęcie chłopaka, przez co upadłam na ziemię i przeturlałam się kilka kolejnych metrów. Mój policzek zetknął się z chłodnym podłożem, a po moim ciele rozlała się silna energia. Że też musiał użyć akurat tego zaklęcia! Wewnątrz mnie wbijały się teraz małe igiełki, powodujące skurcze moich kończyn. Contractio nigdy nie przypadło mi do gustu.
Przez chwilę czułam wokół siebie ciszę. Dopiero po chwili ludzie zwrócili na nas uwagę - czułam na sobie ich czujne spojrzenia.
- Suzanne! - Usłyszałam nad głową głos Maureen, szturchającej mnie w ramię.
Przygryzłam wargę, nie mogąc się ruszyć. Uchyliłam lekko powieki i zerknęłam w jej stronę.
Chciałam ją puknąć w czoło, że obdarza mnie teraz zatroskanym spojrzeniem. Chociaż z drugiej strony poczułam pewnego rodzaju ciepło na sercu, że ktoś się o mnie martwi. Po chwili zdołałam z siebie wydać głośne prychnięcie pełne drwiny.
- Usp...pokój...s...s...się - mruknęłam, na co Maureen momentalnie uśmiechnęła się półgębkiem.
- Oczywiście - stwierdziła ironicznie, a tuż obok niej pojawił się Jordan.
Z jego pomocą dziewczyna odwróciła mnie na plecy i ułożyła moje ręce wzdłuż ciała.
- Możesz się ruszać? Jakkolwiek? - spytał Lee, co rozbawiło mnie nieznacznie.
- A...j...j...jakm...yślisz...z...z - rzuciłam, starając się oszczędzić tlen.
- Wszystko z nią w miarę dobrze? - Usłyszałam nad sobą kolejny głos.
- Żyje, Harry - odparł Lee, odwracając wzrok w jakąś stronę. - Co z Georgem? - spytał, ściszając ton.
- Lepiej.
- Nieźle się załatwiłaś - skwitowała Maureen, odsuwając kilka kosmyków z mojej twarzy.
Wypuściłam z świstem powietrze z ust na jej uwagę.
George! - nagle zakołatało mi w głowie.
Uniosłam głowę, aby móc się rozejrzeć za rudzielcem, ale kolana Jordana skutecznie mi to uniemożliwiały. Prychnęłam pogardliwie, stykając się potylicą z zimną podłogą.
Czułam, że mięśnie powoli odzyskują władzę nad statycznym ciałem.
Po kilku chwilach podciągnęłam rękę i podniosłam się delikatnie na przedramieniu. Pomiędzy Maureen a Jordanem ujrzałam opartego o ścianę George'a. Miał zamknięte oczy.
Z zaskoczeniem przeniosłam wzrok na przyjaciół.
- C...co...mu...u...j...e...s...s...t? - Ponownie wróciłam do niego wzrokiem.
- Zapytasz go, jak wrócisz do siebie - powiedziała Maureen, zmuszając mnie do ponownego położenia się na posadzce.
Westchnęłam ciężko.
Po podłodze niosły się dźwięki kroków uczniów (zapewne spotkanie właśnie się skończyło) i atakowały zdradziecko moje uszy. Przygryzłam wargę, czując jak moja głowa rozsadza się od głośnych tupnięć.
- Cholera - syknęłam (nareszcie pełnym zdaniem) i podniosłam się na przedramionach.
Powolnie rozejrzałam się po pokoju życzeń. Wyszli wszyscy - poza naszą szóstką. George'owi, siedzącemu przy równoległej ścianie, towarzyszyli Fred i Angelina.
- Ile będę taka niepełnosprawna? - zwróciłam się do Lee i Maureen, lecz oni pokręcili głowami.
- Raczej na wózku nie wylądujesz - pocieszył mnie Jordan, na co parsknęłam kpiąco, po chwili zdając sobie sprawę, że nie mam przy sobie różdżki.
Westchnęłam, wystawiając rękę przed siebie.
- Accio - jęknęłam, a w następnej chwili przedmiot znajdował się w mojej dłoni. - Przynajmniej tyle pożytku - dodałam, celując nim w nogi.
- Suzanne! - Maureen po raz kolejny spojrzała na mnie karcąco.
- Sentirio - rzuciłam, a nagle w moich kończynach moc odbiła się echem. - Sentirio - spróbowałam jeszcze kilka razy, aż zdołałam wstać o własnych siłach.
Jednak Lee i Maureen dla pewności złapali mnie za ramiona, co skomentowałam drwiącym śmiechem.
- Co ci się... - zaczęła Angelina, gdy doczłapałam się do nich, ale pokręciłam z rezygnacją głową.
- Mi już nie jest nic, ale ta dwójka... - Wskazałam głową na Maureen i Jordana. - uparła się, że nie potrafię chodzić.
- Bo nie potrafisz! - fuknęła Store.
- Zabawne! - odparłam, czując, że przyjaciele puszczają mnie zgodnie, a ja tracę równowagę i z hukiem ląduję na podłodze.
Parsknęłam cicho, kręcąc głową z rezygnacją, zaszczycając ich drwiącym spojrzeniem.
Po chwili jednak przeniosłam wzrok na George'a, który patrzył na mnie niepewnie.
- Przepraszam, poniosło mnie - mruknął, uważnie lustrując mnie wzrokiem.
Nawet na tak drobny ruch z jego strony poczułam dreszcz przechodzący wzdłuż mojego kręgosłupa.
- A ja wolałabym na twoim miejscu oberwać Contractio niż Expulso - przyznałam.
- Fakt. - Dotknął się w głowę z pewnym grymasem na twarzy. - Jeszcze nigdy nie zderzyłem się tak mocno ze ścianą.
...
*skurcz (łac.) - powodowało długo bądź krótkotrwały kurcz wszystkich mięśni w ciele. Zbyt gwałtowne rzucenie zaklęcia może skutkować nawet niedowładem kończyn.

poniedziałek, 9 lipca 2018

Rozdział 100


...
Rozejrzałam się z niepokojem po korytarzu. Upewniwszy się, że był całkowicie pusty, pociągnęłam za sobą Angelinę i ruszyłam pędem wzdłuż chropowatej ściany.
- Spóźnić się na pierwsze spotkanie po świętach - prychnęłam, puszczając jej rękę.
- Może nas za to nie wyrzucą - mruknęła ironicznie. - Poza tym mamy wymówkę, przecież Potter poprosił cię o wyświadczenie mu przysługi. - Uśmiechnęła się drwiąco.
- Ta przysługa miała być na czas - wymamrotałam przez zęby.
Kiedyś nie wywoływało u mnie to takiej irytacji, ale dzisiaj spokojnie mogłam stwierdzić, że spóźnialstwo było najgorszą zakałą uczniów Hogwartu.
- Powiemy, że musiałaś ochłonąć. Jeszcze się nie pozbierałaś po rozstaniu z Alexem - podsunęła z entuzjazmem.
- Sukinsyn!
- Z twoich opowieści wynika, że bardzo przystojny sukinsyn. - Zachichotała.
- Przestań! Nie chcę go już nigdy więcej widzieć.
- To nie będzie trudne, zważając na fakt, że Kanada jest odrobinę oddalona od Szkocji. - Ponownie parsknęła śmiechem.
- Okropnie się cieszysz na to moje zerwanie - zauważyłam. - Jesteś pewna, że oni zdołają nam uwierzyć?
- Jasne. - Zatrzymałyśmy się przed ścianą, w której zaczęły pojawiać się wysokie wrota. - Wystarczy tylko taki drobny szczegół... - Urwała, wykonując szybko ruch ręką. Po chwili poczułam, że łzy zbierają mi się do oczu. - Jesteś gotowa.
- Zaklęcie na pocenie się oczu? - syknęłam w momencie, w którym podwoje otworzyły się, a część uczniów zwróciła na nas chwilowo uwagę.
Przełknęłam ślinę, przepuszczając Angelinę w drzwiach. Z czystej złośliwości, aby wymierzyć sprawiedliwość, rzuciłam w jej włosy nieodczuwalny promień. Po chwili na jej fryzurze zadomowiły się wyjątkowo ciche jaskółki.
- Harry - wyjąkałam, czując na sobie uważny wzrok Wybrańca i podeszłam bliżej niego.
- Suzanne. - Przywitał mnie zawiedzioną miną. - Miałaś załatwić dużo czekolady - przypomniał, jakbym sama nie pamiętała. - I co ci się stało? - mruknął, gdy po raz kolejny otarłam łzę z policzka.
- Według oficjalne wersji? - podrzuciłam. - Wolisz nie wiedzieć. - Machnęłam ręką, w końcu wyczarowując sobie chusteczkę. Przyłożyłam ją do oczu, tym samym ograniczając sobie pole widzenia do zera.
- Suzanne? - powtórzył Potter z dezorientacją.
- Nie przejmuj się, zaraz mi minie. - Machnęłam lekceważąco dłonią, a w tej samej chwili z moich ust wydobył się krótki szloch. - Nie zwracaj uwagi - poprosiłam. - I nadal mam pytanie, czy po prostu nie mogłeś sobie zapragnąć całej skrzyni czekolad? Przecież ten pokój spełnia wszystkie nasze zachcianki!
- Te twojego brata są najlepsze - pochwalił.
- Można je kupić w prawie każdym sklepie mugoli - mruknęłam, wyciągając z kieszeni różdżkę i trochę po omacku kierując ją w jakiś punkt przede mną. - Czysto? - spytałam, lecz zanim zdążyłam poznać odpowiedź, zamachnęłam się, materializując przed sobą trzy skrzynki czekoladowych łakoci. - Wyszło? - Zdjęłam z oczu chusteczkę, ponieważ łzawienie właśnie ustało.
- Dziękuję ci serdecznie. - Potter wyszczerzył się do mnie radośnie, a następnie skierował się na środek sali.
Tymczasem ja rozejrzałam się za przyjaciółmi, którzy, ku mojej radości, stali niedaleko mnie.
- Witam. - Przywitałam ich promiennym uśmiechem. Po zerwaniu z Alexem czułam w sobie niewyobrażalne uczucie ulgi. Jakby blondyn był dla mnie niepotrzebnym balastem, którego nareszcie udało mi się pozbyć.
- Dobry humor udziela ci się nieprzerwanie już od kilku dni - pochwalił mnie George.
- I oby tak zostało - wtrącił jego brat, przez co wyszczerzyłam się jeszcze radośniej.
- Uwaga! Słuchajcie mnie bardzo uważnie! - Potter zwrócił na siebie uwagę wszystkich. - Dzisiaj spróbujecie wyczarować cielesną formę zaklęcia patronusa!
Jego słowa zrobiły niemałe wrażenie na wszystkich zgromadzonych. Nie ukrywając, ja także uniosłam brew z zaskoczeniem. Potter jednak nie próżnował i naprawdę wierzył w tych mało niepojętnych ludzi.
- Do zaprezentowania tego czaru przyda mi się pewna osoba - dodał, kiedy szepty wśród nas ustały, a ja zdziwiłam się na jego słowa. Po jaką cholerę jest mu ktoś potrzebny w tym zaklęciu? Jego wzrok przez chwilę rozglądał się po tłumie, aż spoczął na mnie. - Suzanne, miałem na myśli ciebie.
- Mnie? - powtórzyłam to na tyle głośno, aby mój głos stał się nagle strasznie wysoki.
- Sądzę, że masz lepszą wprawę w uczeniu kogoś tego zaklęcia - potaknął.
- Pozwól, że powtórzę: mnie? - mruknęłam, jednak uśmiech nie znikał z jego twarzy. - Będziesz tego żałował, Potter - zagroziłam, nieśpiesznym krokiem podchodząc bliżej.
- Dla sprostowania... - dodał Harry. - Suzanne jest siostrą naszego profesora Remusa Lupina, który to nauczył mnie tego zaklęcia. Dzięki niemu udało mi się, tak jak wcześniej wspomniała Hermiona, pokonać kilku dementorów.
- Harry! Ich tam było setki! - fuknęła Hermiona, jednak ja skupiłam się na wyrazach twarzy innych.
Nie byli zbytnio zadowoleni z mojej obecności. Bardziej pałali niechęcią niż jakąkolwiek dozą sympatii.
- To żeś sprostował - mruknęłam do Harry'ego, a ten posłał mi niezrozumiałe spojrzenie. - Remus to wilkołak, o ile mnie pamięć nie myli. A oni świetnie to wiedzą i...
- Proszę cię - skarcił mnie. - Wszyscy pamiętają go jako dobrego nauczyciela.
- ...I wilkołaka biegającego nocą po lasach - wtrąciłam, nie mogąc się powstrzymać.
Wybraniec jedynie pokręcił karcąco głową.
- No dobrze - Westchnął. - A zatem Suzanne pokaże wam praktykę tego zaklęcia, a ja będę w tym czasie dopowiadał niezbędną, tym razem, teorię.
Większość potaknęła z entuzjazmem, a ja sięgnęłam po różdżkę.
- Na samym początku oczyśćcie umysł ze wszystkiego - powiedział, a ja mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem. - Następnie musicie wybrać szczęśliwe wspomnienie. - Chwila skupienia i retrospekcja. Przeniosłam się do swobodnego biegania po łąkach w ciele wilka. - Na koniec smagnięcie różdżką i powiedzenie...
- Expecto Patronum! - krzyknęłam, tym samym przerywając mowę chłopaka. Jednak w chwili rzucania czaru, moje myśli zmieniły bieg i nakierowały się na ostatnią imprezę, podczas której odbył się mój pocałunek z Georgem.
Wzdrygnęłam się, ale było już za późno. Z końca mojej różdżki wypadł snop oślepiającego światła, który po chwili podzielił się na kilka drobnych wstęg.
Błękitne iskry krążyły szybko w powietrzu, układając się w piękny kształt zwierzęcia, które już za chwilę wszyscy mieliśmy zobaczyć.
Opuściłam różdżkę, czekając z zadowoleniem na finał, którego kulminacją miała być nienajgorsza forma kota.
W ostatniej chwili jednak błyski skręciły, a kiedy znów się ułożyły, mój patronus przebiegł po pomieszczeniu gładko omijając napotykane osoby.
Po kilku sekundach wrócił do mnie z ogromnym uśmiechem na pysku i wysoko stojącymi uszami. Oczy były czujne, ale przyjaźnie nastawione, jednak ja poczułam szybsze bicie serca w mojej klatce.
Usłyszałam wokół siebie wiwaty, ale dochodziły do mnie jak przez mgłę. Z przyspieszonym tętnem wpatrywałam się w twór przede mną.
No kotem to ja bym tego nigdy nie nazwała.
- Ja... - wyjąkałam w końcu, odsuwając się od zwierzęcia.
Tuż przede mną znajdowało się coś na kształt dzikiego psa, którego dymne błękitne ciało gdzieniegdzie pokrywały granatowe plamy. Duże uszy odstaburczały się nad głową, a ogon wyglądał jak eleganckie pióro do pisania przysłonięte mgłą.
- Likaon - zakrzyknął ktoś z tłumu.
- Ale fajny patronus! - dodał ktoś inny.
- Tak? - przytaknęłam naiwnie, chcąc w myślach dopowiedzieć: lecz nie mój.
Przeniosłam wzrok na bliźniaków, którzy wpatrywali się we mnie z szeroko otwartymi ustami. Nie mogłam zdobyć się na nic innego, jak na potulne wzruszenie ramionami i głębokie westchnienie.
Gdy znów spojrzała na mojego likaona, została z niego jedynie szara mgiełka.
- Okey, ludzie! - powiedział Potter. - Zaczynamy ćwiczenia, ja i Suzanne będziemy wam pomagać! - Podszedł do najbliżej stojącej krukonki.
Ja jednak nie potrafiłam się ruszyć. W mojej beztroskiej głowie znów pojawiły się uporczywe myśli. Skąd to się tu wzięło? Gdzie jest mój kuguchar? Dlaczego mój patronus w ogóle się zmienił!?
Ukucnęłam, aby smagnąć dłonią powierzchnię, po której jeszcze chwilę temu poruszał się mój likaon. Przełykając ślinę, poczułam na swoim ramieniu czyjąś dłoń. Momentalnie przeszedł mnie dreszcz.
- Ja... - zaczęłam nieudolnie.
- Mówiłaś, że twój patronus jest kotem - powiedział rudzielec, przykucając obok mnie.
Podniosłam na niego wzrok.
- Był kotem, George. - Prawie że wyszeptałam. - Ale teraz jest jakimś... likaonem.
Zmarszczył nieco brwi.
- To znaczy, że zmienił ci się patronus?
- Na to wygląda. - Potaknęłam, wstając, co chłopak zrobił zaraz po mnie. - No dobra, nie przejmuję się tym. Tak w sumie mam to gdzieś. - Zapewniłam. - Teraz trzeba was nauczyć tego nieszczęsnego zaklęcia. - Zmusiłam się do uśmiechu.
...
Wertowałam kolejną książkę, której treść prezentowała się podobnie do poprzednich. Przygryzłam wargę, licząc na sprofanowanie tych dzieł. W każdym było napisane jasno i wyraźnie, ale te kilka wyrazów nie mieściło się w mojej głowie.
Czyli to było silniejsze, niż mogłam przypuszczać. Nie można było tego zadusić w sobie, bo zakończyłoby się to bezprecedensowo fiaskiem.  Przymknęłam powieki, odchylając się lekko na krześle.
Spędzanie czterech godzin w bibliotece nie działało na mnie kojąco. Panowała tutaj idealna atmosfera do rozmyślań, na które wtedy nie miałam siły. A jednak wdrażałam się coraz głębiej w swój umysł i próbowałam go zrozumieć. Na próżno.
Dlaczego podobał mi się George? - wspaniałe pytanie, na które nie potrafiłam znaleźć jednoznacznej odpowiedzi. Miał w sobie coś takiego, co przyciągało mnie do niego, a jednocześnie kazało mi uciekać.
Jego magnetyzm kazał mi poświęcać mu czas. Kazał mi myśleć o nim i zapominać o bożym świecie.
Zdarza się, że forma patronusa ulega zmianie w czasie życia czarodzieja. Dzieje się tak pod wpływem silnych emocji (tj. miłość, smutek) lub głębokich zmian w charakterze.
Jak bardzo chciałam wierzyć, że mój charakter zmienił się przez ostatni rok. Może i nie byłam tym samym człowiekiem, który prawie siedem lat temu przeszedł próg Hogwartu, a w jego głupiej główce kołatały się myśli o zbawieniu świata, ale...
Uczucie do George'a sprawiło, że mój patronus zmienił swoją postać!
No bo przecież to o nim pomyślałam, przywołując radosne wspomnienie. O jego wargach, dotyku, oczach pełnych charakterystycznych ogników.
- Jak tam, Suz? - Maureen usiadła na przeciwko i wlepiła we mnie swój władczy wzrok. Pałętało się w nim rozbawienie i niedowierzanie.
- A jak ma być. - Wzruszyłam ramionami, odkładając na stolik bezużyteczną książkę. - Przecież to tylko patronus, nie ma co się zamęczać.
- Dlatego cały stolik jest wręcz obłożony w książkach o nim? - zauważyła, wskazując na zastawiony blat.
- Racja. - Przygryzłam wargę, przenosząc wzrok na regał za nami.
- Też szukałam - przyznała, przez co byłam zmuszona do ponownego spojrzenia na nią.
Maureen nic nie mówiąc, podsunęła mi jakąś starą encyklopedię.
- Likaon? - mruknęłam, lustrując obrazek ze smukłym zwierzęciem o długich kończynach i szerokich uszach, na którego ciele widniały liczne brązowe plamy.
- Przeczytaj - poleciła spokojnym głosem.
Posłusznie utkwiłam wzrok w kartkę.
Przeczytałam o wyglądzie, zachowaniu w stadzie, systematyce i po dłuższej chwili spojrzałam na Maureen z niezrozumieniem. Jej rozumowanie było nielogiczne. Przecież charakterystyka tych zwierząt na niewiele mogła mi się teraz przydać!
- Suzanne! - skarciła mnie czarnowłosa, wskazują palcem w jakiś fragment tekstu. - Jak drzewo stoi, że likaony w budowie ciała przypominają hieny! - fuknęła, przez co momentalnie zatkałam jej usta dłonią. Dziewczyna jednak nie zamierzała się poddać i wyrwała się z mojego uścisku. - A ich zachowanie stadne przypomina te u wilków! - kontynuowała głośno, przez co kilka osób zwróciło na nas uwagę.
- Maureen, zamknij się - syknęłam przez zęby, zamykając jej książkę.
Czarnowłosa wróciła na swoje miejsce, a następnie ruchem ręki sprawiła, że wszystkie tomy wróciły na odpowiednie półki. Blat znów był czysty.
- Nie! - warknęła, chociaż jej głos był już cichszy. - Nie zamknę się ja ale ty! I to ty będziesz mnie słuchać!
Przewróciłam oczami, podpierając się łokciami na stole.
- Oświeć mnie - rzuciłam. Powiedz mi coś, czego jeszcze nie wiem.
- Wilk jest banalny. To przecież patronus twojego brata! - zaczęła hardym tonem. - A hiena? Pomyślmy. Ale nie wierzę, abyś miała tak słabą pamięć! Jeszcze z pięć godzin temu widziałam taką formę patronusa. Błękitną, mglistą hienę! - mówiła ironicznie, przez co nabierałam przeświadczenia, że zaraz się udusi od tego drwiącego tonu.
- Nie przypominam sobie...
- Jak ty mnie wnerwiasz. - Wypuściła powietrze przez zęby. - Nie udawaj głupiej, Suzanne. Błagam cię! Likaon nie jest przypadkowym zwierzęciem. Twój patronus zmienił się pod wpływem George'a i zapewne przybrałby postać hieny, gdyby Remus nie miał na ciebie tak ogromnego wpływu!
- Całe szczęście - wyszeptałam, chowając twarz w dłoniach. Byłam zmęczona.
- Suzanne! - skarciła mnie dziewczyna, ale postanowiłam nie reagować. Miałam nadzieję, że zaraz się odczepi.
Moje niedoczekanie.
- Nie ignoruj mnie. - Przy moim uchu rozbrzmiał jej pewny głos. Podniosłam na nią wzrok i westchnęłam ciężko. - Myślałam, że nie mamy przed sobą tajemnic - powiedziała czarnowłosa.
- To nie jest tajemnica. - Wzruszyłam ramionami. - Tylko stek bzdur, których nie mam zamiaru rozpowszechniać!
- Suz. - Jej dłoń chwyciła mnie za nadgarstek i zacisnęła się na nim boleśnie. - Stek bzdur? Wstydzisz się tego, że... - zaczęła, ale przerwałam jej szybko.
- Nie mam się czego wstydzić. Zaraz mi minie - przyznałam.
- Zakochałaś się w George'u. Takie rzeczy nie mijają od tak. - Pstryknęła palcami wolnej ręki.
Skrzywiłam się na jej słowa. W moich uszach zabrzmiały one tak abstrakcyjnie, że aż nie w sposób było je zaakceptować.
- Nie obchodzi mnie to - jęknęłam, uwalniając się z jej uścisku.
- Ale ty przecież spotykasz się teraz z Alexem? - Maureen zmrużyła oczy. - Sama mi mówiłaś, że się z nim przespałaś.
- Jestem idiotką i się z nim przespałam. - Potaknęłam.
Maureen przełknęła głośno ślinę.
- Zrobiłaś to tylko po to, aby zapomnieć o George'u? - Spojrzała na mnie z trwogą.
- Nie mów tego na głos. I tak już czuję się podle! - wyznałam, opierając głowę na splecionych dłoniach.
Przecież świetnie zdawałam sobie z tego sprawę! Byłam zwykłą idiotką, która nie widzi niczego prócz czubka własnego nosa. Wykorzystanie Alexa było chwytem poniżej pasa, które tylko narobiło mi problemów. Z resztą nie miałam pojęcia, że tak bardzo mu zależało. Myślałam, że... W zasadzie nic nie myślałam. Po prostu chciałam zapomnieć o George'u!
A przekonanie, że Alex miał przede mną wiele dziewczyn, tylko uspokajała moje myśli. Aż do jego słów, w których nazwał mnie dziwką! Z jednej strony miał rację, ale przecież przez ten sex on fizycznie niczego nie stracił.
Ja niestety tak - dziewictwa nie można odtworzyć przecież magią, do cholery!
Gdybym miała wybór, nie zrobiłabym tego drugi raz. Wywaliłabym go z pokoju i usunęła mu część pamięci ze mną. Odpowiedzialność za drugiego człowieka, wynikająca ze świadomości, że druga osoba coś do ciebie czuje, była dla mnie zbyt przygnębiająca i przytłaczała mnie doszczętnie.
- Nie oceniam. - Maureen uniosła ręce w geście poddania. - Ale w takim razie wytłumacz mi, dlaczego nie chcesz być z Georgem?
Westchnęłam ciężko.
- Bo się boję, Maureen - powiedziałam drżącym głosem. - Nasza paczka jest dobra teraz. Ja, ty, Angelina, Jordan, Fred i George. Jeżeli wyznam George'owi, że mi się podoba, to to wszystko może się rozlecieć. Jest dobrze tak, jak jest teraz.
- Męczysz się z tym.
- Inaczej będą męczyć się z tym wszyscy. Poza tym spójrz na George'a. On nie chce dziewczyny na stałe.
- A tutaj nie wiem w sumie, z czego to wynika - mruknęła. - Nagle zaczął flirtować prawie z każdą ładniejszą dziewczyną i umawiać się na randki. Robi się z niego drugi Fred.
- Tego świat może nie przetrwać. - Skinęłam. - Ale wiem jedno, Maureen. Dalsze kroki w tym kierunku nie mają żadnego sensu.
...
Pierwszy trening drużyny bez Pottera i bliźniaków. Rozejrzałam się po dwóch nowych twarzach w drużynie i dosłownie dostałam białej gorączki. Bell gromiła mnie swoim jasnym spojrzeniem, przez co tylko cudem zdołałam się na nią nie rzucić.
Angelina tłumaczyła jej i Deanowi z roku niżej na czym mniej więcej będzie polegała ich rola w drużynie. Robiła to z nerwów, bo oni wiedzieli to już od dawna.
Gdy po raz trzeci pokazała im piłki, jakimi zawodnicy grają na boisku, chrząknęłam znacząco, aby biedaczka przestałą się produkować. Sezon Quidditcha zaraz miał zostać wznowiony, a my mieliśmy nieprzećwiczoną drużynę. Johnson była sfrustrowana - zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że była naszym kapitanem.
- Może przejdziemy już do praktyki? - zaproponowałam, co pozostali skwitowali z ogromną aprobatą. Podnieśli się z podłogi, chwycili za miotły i udali się do wyjścia. To znaczy udały się trzy osoby: Maureen, Ron jako bramkarz i Spinnet.
Angelina patrzyła na mnie z irytacją, jednak nie miałam zamiaru jej niczego wyjaśniać. Wywołałoby to w niej jeszcze większe rozzłoszczenie. Także wyszłam z szatni i szybkim tempem wkroczyłam na odśnieżone boisko.
- Mamy dwóch ścigających i bramkarza. - Wskazałam na tę trójkę. - Popróbujecie na razie sami. Przepraszam was za zmarnowanie ostatnich trzydziestu minut, ale, jak wiecie, mamy pewien kryzys.
Pokiwali głowami, wzbijając się w powietrze.
Zapewne teraz otaczała ich wolność. Lot w powietrzu musiał być czymś naprawdę przyjemnym, jednak ja nie miałam nigdy zaznać czegoś podobnego. Moje wybrakowanie - lęk wysokości - było dla mnie znaczącym argumentem, aby wcale nie dotykać się mioteł.
- Na szczęście mogę jeszcze na nie patrzeć - mruknęłam pod nosem, zmierzając w stronę środka boiska.
Nagle uśmiechnęłam się bez powodu. To znaczy miałam powód; nawet konkretny. Przypomniał mi się ostatni dowcip bliźniaków na Umbridge. Za kobietą chodziło stadko ropuch, które wydawały z siebie dźwięki rechotania zmieszanego z bluzganiem. Na twarzy urzędniczki malowała się wtedy ogromna złość, ale, ku zadowoleniu wszystkich, nie mogła nic zrobić.
Ilekroć pozbywała się jednego płaza, w jej kierunku już szturmowały następne.
Niestety skutkowało to kolejnym dekretem. Na ścianie przed wielką salą znajdowało się ich coraz więcej i już niedługo zaczną zajmować też inne mury.
Hogwart powoli stawał się obcym miejscem, którym zaczynało rządzić Ministerstwo. Widać było, że Dumbledore tracił nad nim kontrolę.
...
Na miękkim materacu w dormitorium leżało mi się tak wspaniale, że nie zamierzałam nawet podnosić powiek, gdy drzwi pomieszczenia otworzyły się i po sekundzie znów uderzyły z hukiem o futrynę. Chwilę czekałam w spokoju, a moja klatka piersiowa unosiła się pod wpływem miarowego oddechu, gdy nagle tuż przy szyi poczułam gorący ruch powietrza.
- Cholera! - syknęłam, instynktownie otwierając oczy i podnosząc się na przedramionach, co okazało się błędem.
Twarz George'a znajdowała się o wiele bliżej niż przypuszczałam, przez co teraz nasze usta oddzielały nieznaczne centymetry. Mimowolnie wróciłam wzrokiem do jego oczu, w których tańczyły teraz te szalone iskierki.
- Czego chcesz? - rzuciłam, nie odsuwając się od rudzielca nawet o milimetr, a mój oddech smagnął niechcąco wargi chłopaka, które wykrzywiły się przez to drwiąco.
- Poinformować - wyznał z dumą, a ja poczułam jego perfumy włamujące się bezlitośnie do moich nozdrzy. Otępił mnie ich intensywny zapach, a wzdłuż kręgosłupa przebiegł dreszcz.
- Poinformować? - powtórzyłam obojętnie. - Niby o czym?
Przeniosłam wzrok na usta rudzielca, które wydawały się być tak blisko. Ponieważ były bardzo blisko. Wręcz niebezpiecznie, przez co powstrzymywałam się całą sobą, aby nie wpić się w niej gwałtownie. Wystarczyłby tylko jeden szybki ruch.
- A o czym konkretnie? - dodałam znowu, czekając z niecierpliwością na jego odpowiedź. Te cholerne perfumy nie pozwalały mi się skoncentrować!
- To bardzo istotne. - Głos chłopaka wydał mi się teraz dziwnie intymny. Nie wytrzymałam.
Odwróciłam wzrok, przy okazji szybko odsuwając się od niego. Dopiero teraz zauważyłam, że przez cały ten czas siedział na moim łóżku. Podsunęłam się jeszcze głębiej materaca.
- Spokojnie - parsknął, wstając, przez co skarciłam go wzrokiem. 
Ponownie podczołgałam się na krawędź łóżka i stanęłam na kolanach, przez co ja i George zrównywaliśmy się ze sobą. Przypomniałam sobie wtedy mój wyskok, i to dosłowny, na IV roku, gdy wyszłam na dach podczas zimy.
- Wtedy byłaś cholernie przerażona - przerwał George ciszę. - Ja w sumie też się bałem.
- Też sobie o tym pomyślałam - mruknęłam, wspominając, że wtedy chłopak także podszedł do mojego łóżka. Wtedy nasze twarze znajdowały się bardzo blisko siebie, a nasze spojrzenia były w jednej linii. - Ale teraz patrzę na ciebie trochę z góry - dodałam z satysfakcją.
- Ponieważ łóżka są wyższe i ty jesteś wyższa - odparł. - Nie wiń mnie za mój niski wzrost, karzełku.
- Ja karzeł? - rzuciłam, czując rozlewające się po moim ciele przyjemne ciepło. W zasadzie to określenie w cale mi nie przeszkadzało.
- Jesteś karłem, dla mnie zawsze nim będziesz - wyjaśnił chłopak, a ja uśmiechnęłam się w duchu.
- Byłaś cała blada - wspominał. - Do tej pory zastanawiam się, co by się stało, gdybyśmy cię wtedy nie złapali.
- To ty mnie złapałeś - poprawiłam, czując kwitnący rumieniec na policzku. - Rozbiłabym się o skałę - dodałam pośpiesznie, ale chłopak już nic nie odpowiedział.
Wpatrywał się we mnie swoim czujnym spojrzeniem, a ja mimowolnie skierowałam wzrok w dół. Jego usta kusiły samą swoją obecnością. Były wykrzywione w smutny uśmiech.
Nagle nachyliłam się, aby jeszcze raz poczuć na swoich wargach ich cudowny smak, jednak tuż przed nimi ocknęłam się z tego amoku. Przełknęłam ślinę, czując tuż przed sobą ich kuszącą fakturę. Przekręciłam głowę, składając drobny pocałunek na gładkim policzku Weasleya.
Przez moje ciało przeszedł silny dreszcz, który zmusił mnie do odsunięcia się od rudzielca.
- Za co to było? - Dotarł do mnie jego lekko zachrypnięty głos. Był podobnie zaskoczony do mnie.
- Dziękuję - Tylko tyle zdołało wyrwać się z moich ust, bo w następnej chwili chłopak objął mnie delikatnie ramieniem i przytulił mnie do siebie.
Westchnęłam z ulgą. To było niesamowite jak wiele doznań przyniósł mi dziecinny pocałunek w policzek. Może mój umysł nastawił się na styknięcie z jego wargami, ale cóż zrobić?
Miałam wrażenie, że idealnie wpasowuje się w ciało rudzielca. Moja głowa spoczywała na jego ramieniu, a nozdrza były zaczepiane przez zwodniczy zapach perfum.
Po chwili odsunęliśmy się od siebie, a na naszych twarzach widniało lekkie speszenie.
- Co to była za ważna informacja? - zmieniłam temat, nie mogąc znieść tego palącego spojrzenia.
George pośpiesznie sięgnął do swojej kieszeni i wyjął z niej białą kopertę.
- Byłem z Fredem w gabinecie Umbridge - powiedział z zadowoleniem. - Wiesz, mieliśmy podrzucić jej tą testowaną przez nas pigułkę w ciastkach. - Podrapał się po łokciu. - Przez przypadek natknęliśmy się na to. - Zmarszczyłam czoło. - To wyniki twoich egzaminów. Poszło ci lepiej, niż mówiła Umbridge. W obydwu przypadkach powinnaś dostać Wybitny.
Wzięłam od niego pergamin i rozwinęłam go.
W prawie wszystkich podpunktach miałam maksymalną liczbę podpunktów.
Uśmiechnęłam się do niego wdzięcznie, widząc na kartce pieczęć ministerstwa. Może kiedyś przyda mi się tego typu dokument.
...
Aby dowiedzieć się więcej o likaonach:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Likaon_pstry

piątek, 6 lipca 2018

Rozdział 99


...
Są pewne granice, których nie należy przekraczać. I chociaż był to chwyt poniżej pasa, wiedziałam, że nie mogę nic zrobić, bo Umbridge grała zgodnie z zasadami. Podczas ostatniego meczu Quidditcha Malfoy sprowokował Harry'ego, Freda i George'a, co skończyło się dla niego trochę brutalnie. Też coś, dwa siniaki po jednym mocniejszym uderzeniu. Gryfoni jednak przypłacili to członkostwem w drużynie. Tak, zgadza się. Straciliśmy dwóch pałkarzy i szukającego, co, nie ukrywajmy, było dotkliwą stratą, bo ta trójka była świetna w tym, co robiła!
Westchnęłam ciężko, spoglądając na Angelinę, która jako honorowy kapitan drużyny wypisywała wszystkich, którzy mogliby się nadawać do zostania przyjętym do naszego składu. Mówiła to na tyle głośno, abym mogła z jej wypowiedzi wychwycić najważniejszą myśl, ale prawda była taka, że nie za bardzo mnie to interesowało - nawet jeśli byłam jej zastępcą.
Mój wzrok wręcz nachalnie wyrywał się w stronę George'a, który siedział w kącie pokoju wspólnego i dyskutował o czymś zacięcie z Jordanem i bratem. Bujał się na krześle, odpychając się lewą nogą od blatu, a co kilka chwil robił zdziwioną minę, jakby jego rozmówcy byli jakimiś heretykami. 
W dłoniach trzymał książkę, którą czytał dopóki jego współlokatorzy nie przysiedli się do niego.
George miał bardzo ładny profil. Karcąc się za takie myśli, nadal wpatrywałam się znad zeszytu na spokojną twarz chłopaka, z którego ust od czasu do czasu wydobywały się jakieś wypowiedzi. Musiały być zabawne (lub wyjątkowo głupie) ponieważ Fred i Lee za każdym razem wybuchali śmiechem.
Założyłam kosmyk swoich jasnobrązowych włosów za ucho. Były takie proste, że czasami miałam po prostu ochotę się ich pozbyć. Ta cecha na szczęście stanowiła też doskonałą zaletę, bo dzięki temu nie plątały się i zawsze wydawały się miękkie w dotyku.
Dotknęłam delikatnie jeden z pukli opadających na moje lewe ramię.
Miękki i pachnący kokosem.
Zaklęłam, przypominając sobie eliksiry na piątym roku. George wyczuł w Amortencji właśnie ten owoc. Było to dosyć dziwne uczucie, ale cóż. Zapewne miało jakieś logiczne wyjaśnienie.
Znów skierowałam wzrok na George'a. Szlag! Patrzył tymi swoimi czekoladowymi oczami na jakąś dziewczynę, stojącą obok nich. Jawnie z nim flirtowała, a on jeszcze się dawał! Szlag! Ale musiałam się uspokoić. Nie mogłam być jak te wszystkie zakochane nastolatki w mugolskich filmach, które interweniują za każdym razem, gdy ich chłopak gada z jakąś inną dziewczyną.
Zaraz, zaraz! Suzanne, wstrzymaj konia!
Po pierwsze: nie byłam zakochaną nastolatką, po drugie nie byłam zakochana w George'u, a jedynie odczuwałam względem niego chwilowy pociąg fizyczny i po trzecie - najważniejsze - on nie był moim chłopakiem!
I niestety nigdy taki stan się nie zmieni.
- Cholera jasna! - zaklęłam trochę za głośno niż zamierzałam, bo tusz z pióra przez cały ten czas spływał swobodnie po moim nadgarstku aż do łokcia, a następnie na spodnie.
Siłą rzeczy sprowadziłam na siebie spojrzenie Angeliny i chłopaków w rogu pokoju. Na moje szczęście nie było już z nimi tej dziewczyny.
- Suzanne, spokojnie! - krzyknął Fred w moją stronę. - Złość piękności szkodzi!
- Jak na ciebie patrzę, to zaczynam ci wierzyć - odrzekłam, ruchem ręki usuwając z ubrania i siebie plamy po atramencie.
- Jakbyś patrzyła w kartkę, a nie na nas to byś się nie upaćkała. - Słowa Freda sprawiły, że zacisnęłam zęby i usiadłam na fotelu, odwracając od nich głowę.
- Nie znoszę ich - fuknęłam, na co Angelina zerknęła na nich niedyskretnie.
- Mi to mówisz? - spytała z kpiną. - Dobrze wiesz, co było pomiędzy Fredem a mną.
- Jakim cudem to się schrzaniło? W sumie pasujecie do si...
- O nie, Suz! - przerwała mi szybko, na dodatek zatykając mi usta dłonią, jakbym co najmniej wyzywała ją przy tym. - Nie pasujemy do siebie. Poza tym spójrz na niego. - Odchyliłam delikatnie głowę. - On i George to fajni kumple, zgadzam się. Ale jako stali partnerzy, czytaj randki, całusy i tak dalej, to są beznadziejni. Nie dojrzeli do tej roli.
Zmrużyłam lekko brwi.
-  Co to znaczy, że są beznadziejni?
- Są dziecinni, brak im powagi, niczego nie biorą na poważnie. Sprzedaliby nas, żeby tylko zrobić dobry numer. - Przygryzłam lekko wargę. - Suzanne...? - Angelina nagle popatrzyła na mnie z trwogą. - Czy ty się przypadkiem...
- Oszalałaś? - prychnęłam, uderzając ją dla żartu w ramię. - Prędzej umówię się z Jordanem! - zapewniłam, mówiąc odrobinę za głośno imię przyjaciela.
Rudzielce i Lee odwrócili się gwałtownie w naszą stronę.
- Też cię uwielbiam, Suzanne - zapewnił czarnoskóry, przejeżdżając po nowo wychodowanych dredach.
- A wracając - rzuciła, a ja przeniosłam na nią wzrok z zainteresowaniem. - Nie chcę nic mówić, wiesz, że bardzo lubię George'a i nie chciałabym go obrażać, ale... ostatnimi czasy coraz więcej dziewczyn się obok niego kręci.
- Też to zauważyłam. - Ponownie przygryzłam wargę i opowiedziałam przyjaciółce o jego ostatnim tekście o tym, że nie może się oderwać od nowej sytuacji.
Angelina zerknęła na chłopaków.
- Wiesz, co to znaczy? - mruknęła z rezerwą.
- Że się całowali. - Wzruszyłam ramionami.
- Co? - Zmrużyła brwi. - Nie, Suz. Oni poszli ze sobą do łóżka - mruknęła półgłosem.
Przełknęłam ślinę. On przespał się z jakąś dziewczyną? Nie wiem dlaczego, ale nagle poczułam pewne zranienie. Chociaż może była to jakaś doza hipokryzji z mojej strony, skoro ja i Alex też...
- Przecież o całowaniu nie mówiłby z takim zadowoleniem. Błagam cię, co to za sztuka pocałować się z jakąś napaloną dziewczyną?
- A co to za sztuka przespać się z jakąś napaloną dziewczyną? Z resztą - skarciłam się, czując, że niepotrzebne obrazy napływają mi do głowy. - co mnie to w ogóle interesuje? Niech robi, co chce.
Angelina zlustrowała mnie krytycznym wzrokiem.
- Jak uważasz. - Wzruszyła ramionami, a ja poczułam lekki dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Pojawiał się on tylko wtedy, gdy George znajdował się blisko.
- Co tam słychać, piękne panie? - Usłyszałam tuż przy uchu jego pociągający głos. Momentalnie wewnętrznie skazałam się na szubienicę. Podniosłam się gwałtownie z fotela, czując jego oddech na karku oraz perfumy oplatające mnie bezlitośnie. - O czym koleżanki tak zacięcie dywagują? - Posłał nam ironiczny uśmiech.
- O tobie, wiesz - fuknęłam. - Bo niby o kim innym mogłybyśmy gadać! - Wyrzuciłam ręce w powietrze.
- A tak na serio? - drążył.
- O... - zaczęła Angelina. - O tym, że Suzanne i Alex wrócili do siebie i konsumują swój cudowny związek.
 Na słowa przyjaciółki momentalnie przeszedł mnie zimny dreszcz, a kolana ugięły się pod moim ciężarem. Z twarzy George'a momentalnie zszedł uśmiech, a zastąpiło go zranienie. Nie! To na pewno było coś innego!
Przeniosłam wściekły wzrok na Johnson, która także zdawała się być zaskoczoną ze swoich słów.
- Masz jeszcze jakieś ciekawe newsy, Anielino!? - warknęłam, doskonale wiedząc, że jej słowa opływały wręcz w dwuznaczności.
Przynajmniej George przestał wykrzywiać usta w ten swój irytujący uśmieszek.
...
Na kolacji nie mogłam się skupić. W głowie wciąż kołatały mi słowa dziewczyny. Skonsumowali swój związek! Na Merlina, jak to okropnie brzmiało. Ale czy nie taka była prawda? Może nie żałowałam samego incydentu... to znaczy przespania się z nim! Błagam cię, Suz, nazywaj rzeczy po imieniu! Ale czułam, że był to zbyt odważny i pochopny krok. Że pod wpływem chwili wykorzystałam wartościowego faceta.
Współczułam Alexowi, że musiał się ze mną użerać. Z pewnością mógł sobie znaleźć dziewczynę, która by go doceniła. Cóż, tą dziewczyną nie byłam ja, bo ilekroć chciałam stanąć po stronie blondyna, w drogę wchodził mi pewien rudzielec.
Blondyn był przystojniejszy od George'a. Dobra, to zależało od gustu, poza tym oczy George'a nie miały sobie równych. Alex miał lepsze ciało. Chociaż George ostatnio chodził w podkoszulku po dormitorium, przez co nie mogłam skupić się na odrabianiu lekcji z Transmutacji. Miałam wtedy wrażenie, że on robi to specjalnie. Ta biała tkanina tak świetnie opinała jego tors. Cholera!
Alex lepiej całował! Tak, to zdecydowanie działało na jego korzyść, tyle że... wcale tak nie było. Samo spojrzenie George'a sprawiało, że uginały się pode mną kolana, więc... Alex był dobry w łóżku!
Tak, Suzanne. Zrobiłaś to z nim pierwszy raz i masz ogromne porównanie do kogokolwiek innego.
Ale było mi przyjemnie.
O nie! Wiem, do czego zmierza mój zdradziecki umysł! Nie mam zamiaru porównywać Alexa i George'a w tych sprawach!
Zwłaszcza, że to wiązałoby się z przespaniem z rudzielcem.
Momentalnie przeszedł mnie przyjemny dreszcz. Myśl o tym, że chłopak mógłby znajdować się tak blisko mnie powodowała wydzielanie się w moim mózgu endorfiny. Na mojej twarzy pojawił się szczery uśmiech, co wyglądało dosyć dziwnie, zwłaszcza patrząc na to, że wpatrywałam się w niedojedzonego gofra. W sumie straciłam już na niego ochotę - bita śmietana rozpuściła się w mleko.
- Musisz myśleć o czymś bardzo przyjemnym - zagadnął mnie nagle brat powodu mojego wynaturzenia.
- Hmmm? - Podniosłam głowę, dostrzegając uśmiechniętą twarz Freda. Gdy dotarł do mnie sens jego słów, przywdziałam na twarz powagę.
- Rumieńce się zdradzają. - Pokręcił głową i poklepał mnie po policzku.
- Spadaj! - prychnęłam, odsuwając się od niego, na co chłopak w odwecie zrobił zeza. Musiałam się zaśmiać na ten ruch. - Okey, możesz zostać. - Zgodziłam się.
- To o czym myślisz? - podrzucił.
- Za niedługo święta - powiedziałam, chwytając się najbardziej racjonalnego powodu mojej wesołości.
Bo co niby miałam powiedzieć? A wiesz, wyobraziłam sobie nago twojego brata... To musiałaby być bardzo ciekawa perspektywa. Na Merlina, Lupin!
W tamtej chwili dziękowałam wszystkim za to, że potrafiłam obronić się przed czytaniem w myślach. Aż strach pomyśleć, co by sobie wtedy ludzie o mnie pomyśleli.
- W zasadzie święta już za bardzo niedługo. Za trzy godziny odjeżdża pociąg. - Spojrzał na zegarek.
- To dobrze, że do domu wracamy w nocy. - Potaknęłam. - Będziecie na święta...
- Na Grimmauld Place. - Skinął. - Mama uparła się, że przecież nie poradzisz sobie sama z bratem i Blackiem i w ogóle.
- Nie poradzę? - prychnęłam. - Przecież jeszcze rok temu to z nimi spędzałam kolację świąteczną. Fajnie wtedy było. Syriusz podpalił nazajutrz choinkę, bo stwierdził, że jest mu za zimno. - Zachichotałam lekko, na co Fred mi zawtórował. - A Alex potrafił zachować się na cmentarzu. O dziwo.
- Alex? - powtórzył niechętnie. - Byłaś z nim na grobie rodziców?
- To taka mała tradycja, a że był u nas na świętach, to przecież nie zostawilibyśmy go samego w domu. - Wzruszyłam ramionami. - Syriusz w czasie wojny wraz z Jamesem, Lily i Pettigrew chodzili tam by wesprzeć Remusa. Opowiadał mi, że raz, kiedy ze mną poszli, mając dwa lata ...więc patrz jakim byłam cudownym dzieckiem... zdenerwowałam się na Remusa, bo było mi zimno, więc zaczęłam tak głośno płakać, że pękła pobliska płyta nagrobna. Obawiam się, że miała w tym coś wspólnego moja nieopanowana jeszcze wtedy moc.
- Mała Suzanne - rozczulił się. - Musiałaś być cudownym bobaskiem. - Chwycił mnie za oba policzki i zaczął je maltretować.
- Ej! - skarciłam go. - Zabieraj łapy, Fred!
Niechętnie spełnił moją prośbę.
- A właśnie! - Zrobił minę, jakby o czymś sobie nagle przypomniał. - To prawda, że znów jesteście razem? Ty i Alex?
- George cię przysłał? - fuknęłam, tracąc dobry humor. - Tak, a co?
Fred wyraźnie się zmieszał.
- To prawda... że wy ten... No tego no... - Spojrzał na mnie, jakby szukając pomocy.
Uniosłam wyzywająco brew.
- Naśladując Angelinę, powinieneś zapytać o konsumpcję związku. - Fred momentalnie parsknął śmiechem.
- A więc to ona powiedziała - zachichotał.
- A ty co sobie myślałeś?
- No wiesz... - Podrapał się po łokciu. - To określenie zabrzmiało tak abstrakcyjnie, że pomyślałem, że George szuka łagodnych synonimów, aby ukryć... - Nagle urwał.
- Co ukryć? - podłapałam.
- Nie wiem, czy powinienem to mówić. - Pokręcił głową.
- Fred! - warknęłam.
- Aby ukryć to, że... że chyba był o ciebie trochę zazdrosny.
Słowa chłopaka skomentowałam jedynie cichym prychnięciem. Przewracając oczami, podniosłam się z miejsca i spojrzałam w kierunku drzwi.
- Widzimy się później - mruknęłam, czując, że długo z tymi chłopakami już nie wytrzymam.
To uczucie do George'a przestawało mi się coraz bardziej podobać. Było bardzo irytujące, zwłaszcza patrząc na to, że spędzałam z nim jakieś trzy czwarte doby. Wychodząc z wielkiej sali, przystanęłam na chwilę, aby dokładniej przyjrzeć się ogromnemu plakatowi na równoległej ścianie.
Parsknęłam śmiechem na ten widok.
Na różowym tle stała Umbridge wystylizowana na Adolfa. Przełknęłam ślinę, dobrze wiedząc, że ten żart nie rozejdzie się spokojnie po kościach. Bliźniacy i Vincent przekroczyli właśnie kolejną granicę.
...
Pan Weasley trzymał się dobrze podczas świątecznej kolacji, na której pojawili się wszyscy Weasleye - oprócz Percy'ego, który nie odzywał się do nich już czwarty rok. Spojrzałam z uśmiechem na brata, gdy zegar w kuchni wybił godzinę dziewiątą, na co nikt oprócz nas nie zwrócił wybitniejszej uwagi.
- Black, zbieramy się - poleciłam, na co mężczyzna wepchnął do ust ostatnią łyżkę groszku i popił ją winem, a następnie zerwał się z miejsca.
- Hola, hola! - Głos pani Molly zatrzymał nas skutecznie. - Gdzie wy się wybieracie? - Zlustrowała nas uważnie wzrokiem.
- Luz, Molly - warknął Syriusz w jej kierunku. Ta dwójka nigdy się nie lubiła. - Kultywujemy tradycję - zapewnił dziarskim tonem, wychodząc pośpiesznie z kuchni.
Gdybym była na jego miejscu, także roznosiłby mnie entuzjazm. Nie wychodził z tego budynku od ponad pół roku - ten podły dom stawał się powoli dla niego więzieniem. Jak często powtarzał Syriusz: "wyrwałem się z Azkabanu, aby trafić do jeszcze gorszych męczarni".
- Wrócimy za góra dwie godziny. - Remus machnął ręką i także skierował się do holu. Zostałam sama przeciwko wszystkim oczom Weasleyów. Chociaż dwójka z nich doskonale wiedziała, gdzie idziemy.
- Suzanne? - Molly popatrzyła na mnie znacząco.
- Nie wiem, czy jestem dostatecznie uprawiona do tego, aby odpowiadać na to pytanie. - Wzruszyłam ramionami.
- A jeżeli coś wam się stanie? - jęknęła kobieta.
- Zapominasz chyba, że Remus i Black to absolutni mistrzowie. - Uśmiechnęłam się delikatnie. - Poza tym kto normlany odważyłby się zaatakować dwóch Huncwotów.
Molly skrzyżowała ręce na piersi, a jej brew powędrowała w górę.
- Możemy zabrać Freda i George'a jako ochroniarzy. - Wskazałam na bliźniaków, którzy jak na komendę podnieśli się z krzeseł. - Będą nas pilnować.
Widziałam, że pani Weasley już pragnie zaprotestować, jednak wtedy wtrącił się jedyny i niezastąpiony pan Weasley: głowa rodziny.
- Daj spokój, kochanie - mruknął słabym głosem. - Nic im się nie stanie.
Kilka minut później całą piątką staliśmy przed kamienną płytą nagrobną, gdzie znajdował się ten pamiętny cytat, który po tylu latach znałam już prawie na pamięć.
„Życie jest tylko dla odważnych, ponieważ odważni przeżywają je w całości.
Życie jest tylko dla mądrych, ponieważ mądrzy potrafią je dobrze wykorzystać.
Życie jest tylko dla prawych, ponieważ prawi potraktują je poważnie.
Życie jest tylko dla miłości, ponieważ ona nadaje mu sens.”
< Hope Lupin  14 luty 1930
< Lyall Lupin   8 listopada 1928
Zginęli śmiercią tragiczną  10 września 1978 roku na Woodcrafcie
Po tylu latach nareszcie rozumiałam też, co te pokręcone literki na nim znaczyły. Zwłaszcza teraz - w czasach rozpoczynającej się wojny - miały szczególną wartość.
Wiele razy zastanawiałam się nad ich sensem. Za każdym razem wysuwałam inne wnioski, chociaż tak naprawdę powinnam wysnuć tylko jeden.
W życiu nie jest istotna wartość ani cecha jaką się kierujesz. Tylko cel, do którego cię one prowadzą. Moi rodzice zginęli nie dlatego, że byli słabi czy opowiedzieli się za złą stroną.
Zginęli, wiedząc, że śmierć jest dopiero początkiem ich drogi.
Nieświadomie złapałam bliźniaków za dłonie i splotłam razem nasze place. Rudzielce posłali mi lekkie uśmiechy. Ech, żeby tylko zrozumienie George'a nie zajęło mi tak wiele czasu co cytatu tego nagrobka.
...
- Pamiętaj, Harry... - Usłyszałam stłumiony głos Blacka, więc nachyliłam się nad barierką. - że o człowieku nie świadczy to, jak traktuje ludzi równych sobie. - Harry skinął głową. - O nas świadczy to, jak odnosimy się do ludzi niżej nas.
Zaśmiałam się w duchu na jego słowa - hipokryta - nagle czując oplatające mnie silnie ramiona Alexa.
- Cześć - mruknęłam, umieszczając tył głowy w zagłębieniu szyi blondyna.
- Bawisz się w podsłuchy? - odparł, a ja parsknęłam nerwowo.
- Nie. - Pokręciłam głową. - Ja tylko... - Nie dokończyłam, ponieważ wargi Alexa znalazły się tuż przy moim uchu.
- Rozumiem - szepnął, a ja uśmiechnęłam się lekko. Po chwili blondyn obrócił mnie do siebie przodem. - Coś się stało? - Musnął opuszkami palców mój policzek, a jego usta powędrowały na moją żuchwę.
- Nic - stwierdziłam lakonicznie, wyrywając się z jego uścisku.
Nie mogłam dłużej znieść na swoim ciele jego dotyku, żeby nie wiem, jak ogromną sprawiał mi przyjemność.
- Suzanne, zrobiłem coś nie tak? - Zmarszczył czoło, próbując znowu wziąć mnie w ramiona.
- Zrezygnowałeś z ogromnej szansy pracy w Kanadzie - wyjaśniłam niechętnie. - Dla mnie? - dodałam z nutą pretensji w głosie.
- A dla kogo? - Blondyn uśmiechnął się kpiąco.
- Alex, ja... - Nagle urwałam. - Możesz tam jeszcze wrócić? To jest naprawdę ogromna szansa.
- Na razie zrobiłem sobie przerwę. Muszę sobie to wszystko poukładać... - zapewnił, zbliżając się do mnie i chcąc pocałować w skroń.
Zrobiłam sprawny unik.
- Alex, przestań! - warknęłam głośniej niż planowałam, co wzbudziło w chłopaku zdezorientowanie.
- Nie, Suz. To ja serio pytam, co ja ci takiego zrobiłem? - rzucił z pretensją, nonszalancko opierając się o balustradę schodów.
- Chcę, abyś wrócił na kolejny semestr: z tego co wiem zaczyna się w lipcu.
- Chcesz się mnie stąd pozbyć? - W jego głosie wyczułam zranienie i nutę irytacji.
- Nie chcę, Alex - zaprzeczyłam momentalnie. - Ale nie powinieneś zaprzepaszczać takiej szansy. W Kanadzie zdobędziesz doświadczenie i kto wie... może będziesz lepszy nawet od Alastora.
Chłopak momentalnie zacisnął dłonie w pięści, co było znakiem wkroczenia na skomplikowany temat.
Nie dobrze.
- Nie chcę być takim człowiekiem jak on! - Tym razem to on podniósł głos.
- I tak uważam, że nie powinieneś rezygnować przez wzgląd dla mnie. Marzyłeś o tym przecież: całe tygodnie gadałeś mi tylko o tym! - przypomniałam, lecz nie wywołało to u chłopaka żadnej krztyny uśmiechu.
- Wiedziałem, że nie powinienem wyjeżdżać w sierpniu. - Pokręcił głową z irytacją.
- Co? - zdziwiłam się. - Przecież od kilku minut ci powtarzam, że dobrze zrobiłeś, bo...
- Straciłem ciebie. - Podniósł na mnie wzrok, a po chwili zaśmiał się kpiąco. - Mogłem się domyśleć, że ty i ten rudy Weasley...
- Alex! - przerwałam mu, jednak on nie dał się już wyprowadzić z równowagi.
- Nie, Suzanne - teraz to on się wtrącił. - Przyznaj po prostu. Nigdy nie miałem z nim szans. To zdjęcia tych klonów stały na twojej szafce nocnej. To o nich myślałaś w wolnych chwilach. To z nimi się przyjaźniłaś przez ostatnie siedem lat! - Z każdym słowem jego głos podnosił się i stawał agresywniejszy. - Byłem twoją odskocznią i jakąś pieprzoną drugą opcją!
Przełknęłam ślinę, cofając się pod wpływem jego tonu.
- To nie prawda - powiedziałam twardo, sama w to nie wierząc.
- Nie udawaj, Lupin! - prychnął. - Bawiłaś się mną i chciałaś wyprzeć się czegoś, co czułaś do któregoś z nich - mówił jakby trafił w jakiś amok. Nareszcie wszystko ułożyło mu się w logiczną całość. - Kiedy wyjechałem, poczułaś ulgę, ale wracając do szkoły zrozumiałaś, że nie zgasisz w sobie uczucia do któregoś z nich! Więc, kiedy zobaczyliśmy się w październiku, postanowiłaś się ze mną przespać! - Przez chwilę zaśmiał się gardłowo. - Wiesz, co ci powiem, Lupin! - syknął, podchodząc do mnie i przypierając do ściany. - Puściłaś się ze mną, żeby tylko zapomnieć o tym rudzielcu! Jesteś zwykłą dziwką! - Z wypowiedzeniem ostatniego słowa nie wytrzymałam i wyrywając się z jego uścisku, uderzyłam go otwartą dłonią prosto w twarz.
Wraz z dotknięciem jego skóry, poczułam na swojej ręce ostre pieczenie.
Cholera!
Alex cofnął się do tyłu z zaskoczeniem.
- Dziwka - wysyczał po raz kolejny, zaciskając na chwilę usta w cienką linię. - Ale zapamiętaj sobie, że ja zawsze dostaję to, czego chce! - zagroził, teleportując się z trzaskiem.
Na schodach zostałam sama. Zamrugałam kilkakrotnie, przez chwilę z zaskoczeniem wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze sekundy temu znajdował się blondyn. Wraz z jego zniknięciem, moje ciało wypełniła nagłą ulga. Jeden problem z głowy.
- Na razie - mruknęłam lekceważącym tonem, czując nagle na sobie czyjeś silne spojrzenie. Przeniosłam wzrok na hol.
- Nigdy go nie lubiłem - zapewnił mnie Syriusz, a ja podeszłam do niego niepewnie.
- Sam jest sukinsynem - powiedziałam, na co Black uśmiechnął się lekko.
- Nie przejmuj się, Suzanne. - Objął mnie delikatnie. - Przynajmniej teraz będziesz miała już spokój.
...