niedziela, 20 maja 2018

Rozdział 86

Rozdział 86.
...
Przyjemne było lato na Wyspach Brytyjskich. Słońce dawało upragnione ciepło, do którego ludzie lgnęli z powodu jeszcze pradawnego przyzwyczajenia. Wiatr pochodzący od Atlantyku sprawiał, że twarz dostępowała przyjemnego ukojenia pod wpływem co chłodniejszego ruchu powietrza.  Dzisiejszy ranek dorównywał spokojem pogodzie z tą różnicą, że z tyłu głowy wyczuwałam zbliżające się burzowe chmury. Ten lęk był irracjonalny, ale zdawał się być tak wyraźny, przez co nie można było go tak po prostu zignorować. 
Black znów zabrał Maureen w jakieś ciekawe miejsce z jego przeszłości. Starał się odbudować więź z córką i w sumie udało mu się to już po części dokonać. Store'owie zostawili mu dobre podwaliny, aby Black znów mógł stać się ojcem.
Widziałam w jego szarych oczach, że nigdy nie przestał nim być. Zawsze martwił się o córkę - nawet pomimo znaczącej odległości między nimi. Maureen także to widziała. 
I zdawało mi się, że te ich dwie zagubione dusze dopiero teraz znajdują w sobie nawzajem ukojenie. Zachowywali się jak przyjaciele. Znający się od zawsze, chociaż prawda była taka, że w swoim życiu spędzili ze sobą bardzo niewiele chwil.
Uśmiechnęłam się niezauważalnie. Wszystkie pretensje, jakie Maureen wypowiadała w rozmowach ze mną, nagle stały się dla niej błahym pyłem. Pewnie dlatego tak szybko zaakceptowała tę sytuację. Chociaż ta myśl brzmi okrutnie, obawiałam się, że Maureen chciała poznać Blacka nie jako Syriusza Blacka, a jako kogoś, kto uratuje ją przed Store'ami. 
Poczułam na swojej tali dłonie Alexa.
- Jak tam? - rzucił, upierając brodę na moim ramieniu i wprawiając mnie w kołysanie.
- Myślę - mruknęłam prawie że nieprzytomnie.
- Nad czym? - drążył dalej.
- A czy to ważne?
- Cholernie.
Parsknęłam śmiechem, wyrywając się z jego objęć. Usiadłam na chłodnej powierzchni parapetu.
- Zastanawiam się... Nie jestem psychologiem, ale przez to, że przyjaźnię się z Maureen wysunęłam takie wnioski, bo... Myślisz, że jej uczucia względem Blacka mogą być szczere?
Alex przysiadł się do mnie, a po jego twarzy widziałam, że zachęciłam go tym tematem do dyskusji.
- Ona ma piętnaście lat, nie wiem, czy w tak ...umówmy się... późnym wieku, potrzebny jest jej nowy ojciec - dodałam szybko.
- Jeżeli Jack nie spełnił jej oczekiwań...
- Właśnie! Jeśli Jack nie zdał egzaminu, to czy ona ma prawo przekreślać piętnaście lat? Store'owie opiekowali się nią, wychowywali jak córkę.
- Znasz Maureen lepiej niż ja - stwierdził Alex. - To ty powinnaś wiedzieć, czy potrzebuje ona bardziej zrozumienia czy opieki.
Przygryzłam wargę, świetnie znając odpowiedź.
- Widzisz, a zatem decyzja Maureen jest słuszna. - Pogładził mnie po ramieniu. - Bądź, co bądź, to Store'owie przecież przyczynili się do tego, że przez tyle czasu nie mogła poznać ojca.
- Gdybym ja była na jej miejscu, podeszłabym do tego inaczej - przyznałam.
- Chyba o to chodzi, ludzie różnią się od siebie, zapomniałaś? 
- Wszyscy? - zadrwiłam.
- Wszyscy. - Potaknął. - Chodź, przejdziemy się do kuchni i zrobię ci herbatę.
...
- Suzanne, ja po prostu nie wierzę, że ja się z tobą jeszcze zadaję - rzekł Alex, patrząc na mnie z politowaniem.
Po pomieszczeniu co chwilę rozchodził się dźwięk mojego śmiechu.
- Ale spójrz jeszcze raz! - Upierałam się przy swoim. 
Ruchem ręki sprawiłam, że ze szklanki wypełzł niewielki strumień herbaty. Zrobił kilka obrotów w powietrzu, a kiedy wystygnął, wpadł wprost do mojej jamy ustnej.
- Ta dam! - mruknęłam z zadowoleniem, a chłopak zaśmiał się krótko.
- Dziękuję za danie przykładu - odparł, a ja mimowolnie znów parsknęłam śmiechem, co równało się z pozbyciem płynu z ust. Woda poleciała na czarne płytki szlachetnej kuchni Blacków i rozlała się strumieniem na przestrzeni wokół mnie.
- Ups! - Zachichotałam, nachylając się nad podłogą i w między czasie próbując zgarnąć z niej zaklęciem ciecz. Musiałam wtedy śmiać się naprawdę głośno, gdyż chłopak patrzył na mnie jak na kogoś, kto właśnie uciekł z Munga. 
- Nie marudź, tylko pomóż mi! - jęknęłam i w tej samej chwili herbata zniknęła z podłogi.
Nie zrobił tego jednak Alex. 
Blondyn patrzył się w pewien punkt za mną, przez co wyprostowałam się momentalnie, myśląc że to zapewne Alastor, gdyż na nikogo innego Alex nie patrzył w tak pokrętny sposób.
- Kupę lat - Usłyszałam za swoimi plecami i odwróciłam się natychmiastowo.
Stali tam bliźniacy! We własnych osobach. Poczułam jak na moją twarz wkrada się uśmiech, chociaż w sercu nadal tkwiło niedowierzanie. Bliźniacy także patrzyli na mnie z mieszanymi uczuciami.
Teraz przypominali bardziej mężczyzn niż chłopców. Piegi całkowicie opuściły ich twarze, na których wreszcie zaczęło malować się cos na kształt powagi i nadchodzącej dorosłości. Jednak co bardziej uważny człowiek zauważyłby zapewne, że w ich oczach nadal kryło się to samo pragnienie zabawy i adrenaliny. Ich włosy, chociaż nadal płomiennorude, teraz mocno przyciemniały i były ułożone w bardziej sterczący sposób. Mieli na sobie jeansy oraz swetry z G i F,  pomimo tego że na dworze było 30 stopni.
Z wrażenia upuściłam kubek, który stłukł się z hukiem na podłodze, a następnie został przez Alexa naprawiony i sprowadzony na blat. Jednak ani ja ani bliźniacy nawet nie zwróciliśmy na to większej uwagi. Po prostu wpatrywaliśmy się w siebie nie mogąc nawet na chwile zabrać głosu.
W końcu po prostu nie wytrzymałam i rzuciłam się im w ramiona, a ich rozrywkowa aura jakimś cudem znów przesiąkną mnie na nowo. Od obydwu z nich biło niesamowite ciepło, a ja wtuliłam się w nich jeszcze mocniej. Poczułam że oni także odwzajemniają uścisk. 
Nie widzieliśmy się rok! Jeden długi rok i nie mam pojęcia, jak wiele czasu wytrzymałabym jeszcze bez nich...
- Suzanne! - zza bliźniaków dobiegł kolejny glos. Pani Weasley!
- Dzień dobry - odparłam, czując, że jestem odpychana od chłopaków i znajduję się w ramionach kobiety, która miażdżyła mnie w ten swój matczyny sposób.
- Mamo daj spokój! Miała od ciebie spokój przez cały rok. Nie możesz tak nagle jej zacząć dusić! - te słowa sprawiły, że przez moment miałam niezauważalnie wytrzeszczone oczy. Spojrzałam po chwili w stronę, z której wydobył się ten glos. Głos chrapliwy, męski... Poważny! Zmienił się mu diametralnie.
- Dziękuję, George, za wsparcie, ale dam sobie radę - odparłam do chłopaka z dużym F na swetrze. Ten posłał mi zszokowane spojrzenie.
- Jakim cudem... - wydal z siebie Fred, mający duże G na koszulce. Jego glos był mniej dojrzały od jego brata, ale także się zmienił.
- Myśleliście, że po roku nie będę was rozróżniać? - prychnęłam. - Niedorzeczność. Zwłaszcza, gdy zamieniliście się swetrami, łatwo było was przejrzeć - Uśmiechnęłam się drwiąco.
- To tylko dobrze świadczy o tobie - wzruszył George ramionami, także uśmiechając się pod nosem.
Wtem po kuchni przeszedł dźwięk przypominający kaszlnięcie. Należał on niewątpliwie do Alexa, który do tej pory był biernym obserwatorem sytuacji. 
Blondyn przestał opierać się o blat i uśmiechnął się w ten swój charakterystyczny dla siebie sposób, a następnie podszedł do nas i stanął obok mnie.
- Alex Moody - powiedział. - Chłopak Suzanne - dodał jakby od niechcenia i rozejrzał się po wszystkich z wyższością.
Widziałam, że na twarzach bliźniaków pojawił się pewnego rodzaju grymas na wypowiedź Alexa. Miałam wrażenie, że po jego słowach nastała wręcz dla nas nieprzyjemna cisza.
- Bardzo się zmieniłaś, Suzanne - stwierdziła pani Weasley, a ja spojrzałam na nią pytająco. - Wydoroślałaś... czego absolutnie nie można powiedzieć o tej dwójce. - Wskazała dyskretnie na bliźniaków, co oni bardzo subtelnie odwzajemnili poprawieniem włosów.
- Po nich i tak nie można się już spodziewać niczego więcej - mruknął Ron, stojący w przejściu kuchni wraz z Hermioną i Ginny.
Uśmiechnęłam się szeroko na ich widok.
...
Zabrałam bliźniaków do pokoju na trzecim piętrze, który od dzisiaj miał stać się ich bazą dowodzenia. Chłopcy z zadowoleniem opadli na łóżka, a po ich minach poznałam, że są bardzo zadowoleni. Pokój był dużo większy niż ten w Norze.
- A więc, Suzanne - mruknął George, przez co uśmiech ponownie nie mógł opuścić mojej twarzy. - Nie widzieliśmy się rok! Wiesz ile to jest rok? 
- Nawet więcej niż rok - przyznałam z filozoficzną miną. Przy bliźniakach nie było nawet mowy o zachowaniu powagi.
- Jesteś nam coś winna, wiesz - wtrącił Fred, a ja zdobyłam się jedynie na drwiące parsknięcie.
- Niby co takiego? - rzuciłam, siadając na komodzie. Nogi prawie dosięgały do podłogi, co bliźniacy skomentowali parsknięciem.
- Właśnie to! - Zachwycił się George, wstając z łóżka i podchodząc do mnie. Ściągnął mnie za nadgarstek z mebla i posłał mi znaczące spojrzenie, abym stanęła prosto. 
Kiedy znalazłam się blisko chłopaka, do moich nozdrzy wpadła woń jego perfum! Tych cholernych perfum! W głowie wytoczyłam całe powstanie przeciwko temu niepokojącemu uczuciowi.
George posłał mi uśmiech pełen uznania, a następnie odwrócił się do brata.
- Fred, spójrz na to. - Wskazał na mnie. - Jak duża jest różnica?
Jego brat przechylił delikatnie głowę i zmrużył oczy.
- Z dziesięć centymetrów! - zachwycił się.
- To bardzo dobrze. - Skinął George. - Ponieważ obawiałem się, Suzanne, że kiedy się zobaczymy, nie będziesz dostawać nam nawet do kolan. - Uniósł szybko nogę, przez co odsunęłam się od niego jak poparzona.
- I jeszcze jedna myśl. - Fred uniósł rękę, jakbyśmy przebywali na zajęciach. - Z tym Alexem to na poważnie? Czy chcesz nas przestraszyć, że umawiasz się z takim bucem?
- To słaby żart, Suz, przypomina bardziej rodzaj podchodów dla przedszkola - zgodził się George.
- Wy macie swoje zdanie, ja mam swoje. - Posłałam im lekki uśmiech i znów usiadłam na komodzie.
- To zrozumiałe, ale nie zapominaj, że to my mamy nosa do ludzi... a nie ty!
- Zawsze uważałam Katy Bell za złotego człowieka - prychnęłam.
- Znowu zaczynasz? - podchwycił George.
- Co znaczy "znowu"? 
- To znaczy, że... - zaczął, ale wtedy przerwał mu brat.
- A więc ty jesteś z Alexem, Suz. A wyobraź sobie, że nam nie udało się jeszcze ustatkować.
- Naprawdę? - Udałam zaskoczenie, upozorowując krztuszenie. Usiadłam na łóżku obok rudzielca.  - Co to za szczęście, ale... chłopaki, wiecie, jak wielu dziewczynom łamiecie teraz serca?
- Bywa, moja droga. - Fred oparł rękę na moim ramieniu. - Zwłaszcza powinnaś współczuć George'owi. Chodzi z tą Bell, zrywa z tą Bell... - Machał niedbale drugą dłonią. - i w sumie przestałem liczyć, ile już razy schodzili się od czasu Balu Bożonarodzeniowego. - George parsknął pogardliwie.
- Nie wierzę - zakpiłam, kierując wzrok właśnie na niego. Z oczu rudzielca ciskały gromy. 
- Ale powinnaś! - ciągnął dalej Fred. - Teraz są, o ile dobrze mi się wydaje, w separacji!
- Ej! - wtrącił tamten.
- No co? Przecież to święta prawda, bracie. Poza tym muszę zdradzić naszej drogiej Suz wszystko, co ominęło ją przez ten rok.
- A co słychać u Lee i Angeliny? - rzuciłam, czując gęstniejącą atmosferę.
- Oni? - fuknął George, nie mając zamiaru dopuścić już gadatliwego brata do głosu. - U nich nic nowego. Oprócz tego, że Jordan odpuścił sobie Yaxley, a Angelina chwilę kręciła się wokół Kruma! - mruknął, a na twarzy jego brata dostrzegłam irytację.
- A ja słyszałam, że zaprosiłeś ją na bal? - pochwaliłam się Fredowi.
- Skąd wiesz?
- Maureen stanowiła moje główne źródło informacji.
- Zdrajca - sapnął pod nosem w momencie, gdy drzwi pomieszczenia otworzyły się.
- Suzanne mam dla ciebie wiadomość - zaczął Alex, jednak pod wpływem widoku chłopaków nagle zamilkł. Jakby niesamowitym zjawiskiem był fakt, że siedzieli we własnym pokoju.
- Cześć - rzekli bliźniacy w jego kierunku, a Fred nawet zdjął rękę z mojego ramienia.
Alex nie odpowiedział. Zaciskając usta w cienką linię, podszedł do mnie i szepnął mi do ucha.
- Dobre wieści... przynajmniej dla ciebie.
- Co masz na myśli? - spytałam, posyłając bliźniakom nerwowe spojrzenie. Udawali, że nie podsłuchują. 
- Przed chwilą odbyło się zebranie Zakonu między innymi w twojej sprawie. - Wstrzymałam oddech, momentalnie się prostując. - W przyszłym roku szkolnym wracasz do Hogwartu. 
Momentalnie zmarszczyłam brwi.
- Żartujesz? - Tylko na taką odpowiedź było mnie stać.
- Nie takiej informacji się spodziewałaś? - zakpił. - Nie cieszysz się - stwierdził po chwili.
- Cieszę! - zaprzeczyłam bez przekonania, co wywołały w oczach Alexa drwinę. Bliźniacy nie ukrywali już zainteresowania naszą rozmową. - Ale dlaczego nagle zmienili zdanie? Po roku!
- Zapytaj Dumbledore'a. - Wstał z kolan i wskazał dłonią na drzwi. 
Przełykając ślinę, podniosłam się nieśpiesznie z łóżka i skierowałam się do kuchni.
Weszłam, tak jak to miałam w zwyczaju, bez pukania do pomieszczenia. Żaden z dotychczasowych członków nie zareagował jakoś karcąco na moje przybycie, jednak pani Molly momentalnie podniosła się z miejsca.
- Suzanne, wracaj do bliźniaków. Kolacja będzie za godzinę.
Posłałam jej niezrozumiałe spojrzenie, które następnie przeniosłam na Remusa. Alex znajdował się tuż za mną.
- Dlaczego wracam? - spytałam, nie zwracając uwagi na karcącą minę kobiety.
- Potrzebna nam jesteś w Hogwarcie - zaczął spokojnie Dumbledore.
- Dlaczego? - powtórzyłam.
- Suzanne, bardzo cię proszę, abyś... - wtrąciła pani Weasley.
- Nie, Molly! Suzanne ma prawo przebywać na spotkaniach Zakonu - przerwał jej Remus, a na twarzy kobiety pojawiła się trwoga. 
- To jeszcze dziecko! - zaprotestowała, na co nie zareagowałam.
- Suzanne, zdecydowaliśmy, że wrócisz do Hogwartu, ponieważ... - zawahał się przez chwilę. - Uczniowie ufają uczniom, a nie nauczycielom.
- Mam być szpiegiem?
- Nie do końca... ale tak.
- I co konkretnie miałabym robić? - zakpiłam. - Zbierać poglądy uczniów na tę sprawę? To niedorzeczne, znając życie po tygodniu każdy i tak będzie wiedział wszystko.
- Nalegam jednak, abyś się zgodziła.
- Przecież i tak nie mam innego wyboru. - Wzruszyłam ramionami. Dumbledore skinął na mnie z wdzięcznością, a ja posłusznie oddaliłam się.
Na zewnątrz znajdowali się bliźniacy, których Alex na szczęście nie wpuścił do kuchni.
- Jesteś członkiem Zakonu? - rzucili z zaskoczeniem. - Jak to możliwe, przecież jesteś nieletnia!
- Remus się zgodził, więc mnie przyjęli. Ale nie jako członka a sojusznika - mruknęłam. - Chodźmy na górę. - Skierowałam się w tamtym kierunku.
...
Bliźniacy szturchali się zaczepnie, od czasu do czasu także i mnie wplątują w ten ich mały pojedynek. Ich zachowanie nie ułatwiało nam sprzątania, dlatego Maureen w pewnym momencie orzekła, że jeżeli ta dwójka się nie uspokoi, to osobiście wydrapie im oczy.
Na jej groźbę bliźniacy parsknęli szyderczym śmiechem, co stawiało dziewczynę w jednoznacznej sytuacji. Wyciągnęła różdżkę i rzuciła w kierunku bliźniaków zaklęcie przyssawające. Jasne światło uderzyło niespodziewanie w rudzielców, przez co ci wylądowali na ścianie, a ich ciała pokryła lepka, szara maź przyklejająca ich do powierzchni.
- Zaczynam się ciebie bać - mruknęła Ginny w jej kierunku, lecz Maureen jedynie wzruszyła ramionami.
Posłałam bliźniakom drwiący uśmiech. Oni także mieli dobry humor. Wymieniali między sobą żarty dotyczące ich obecnego położenia. Nawet Hermiona zachichotała na jeden z nich.
- Dobra, Fred, zwijamy się stąd - mruknął George i nagle zniknął. 
A wtedy poczułam, że unoszę się w górę i po chwili znajduję się na barkach rudzielca.
- Co ty wyrabiasz? - zganiłam go, gdy George zaczął chodzi po pomieszczeniu.
- Noszę cię - wyjaśnił spokojnie.
- Teraz już rozumiem pojęcie "siedzenie na baranie" - wtrącił Ron, a towarzystwo ryknęło śmiechem.
George momentalnie zrobił złowrogą minę. Zmrużył oczy i krokiem robota zaczął zbliżać się do młodszego brata, który nagle wytrzeszczył oczy z przerażenia.
- Aż tak bardzo się mnie boisz, Ronuś? - zakpił George, lecz nie doczekał się odpowiedzi. Z ust Rona wydobył się jedynie głośny wrzask, a jego palec wskazał w jakiś punkt za nami. George odwrócił się w tamtą stronę. 
Tuż przede mną na pajęczynie znajdował się włochaty pająk wielkości ręki. W pierwszej chwili przeszedł mnie dreszcz - bardziej zaskoczenia niż strachu. Ruchem palca zamroziłam pająka, przez co stawonóg spadł z hukiem na podłogę. Pajęcza bryłą lodu rozbryzgała się w drobny mak na posadzce, a kiedy odwróciłam wzrok na Rona, jego wszystkie włosy na głowie stały dęba.
- Ma arachnofobię - wyjaśnił George, z dystansem zerkając na zabite szczątki pajęczaka.
- Lepiej będzie, jeżeli wrócimy do sprzątania - mruknęłam, teleportując się z barków chłopaka i wreszcie stając o własnych siłach. - Ron, radzę ci się wziąć do roboty. Nie chcesz chyba, aby jakiś pajęczak wkradł ci się do łóżka w nocy.
...
- Suzanne, nie uwierzysz, co dał nam ten cały Fletcher - rzucił do mnie George, bez pukania wpadając do mojego pokoju. Podniosłam się niechętnie z pozycji siedzącej i usiadłam na twardym materacu. 
- Znając Mundungusa? - prychnęłam. - Ostatnimi czasy handlował karmą dla kotów, więc wnioskuję, że dostaliście darmowe próbki.
- Głupota - skarcił mnie Fred, a następnie bliźniacy otoczyli mnie z obu stron. George wyjął z kieszeni mały, zielony woreczek, z którego po chwili wyciągnął biały kieł. - Spójrz na to cudeńko!
- Dostrzegam w tym znikomą ilość piękna. Co to w ogóle jest?
- Kieł jakiegoś węża. Tak przynajmniej powiedział Fletcher. Nawet fajny facet z niego, sprzedał nam trochę takiego proszku, co jak nim rzucisz, to śmierdzi jak zgniłe jabłka. 
- Przydatna sprawa - zakpiłam.
- A żebyś wiedziała, że przydatna. - George z uciechy aż zatarł ręce. - Poczekaj, ponieważ nie wiesz najlepszego.
- Jeszcze lepszego niż kieł węża? - zachwyciłam się, posyłając im drwiące spojrzenie.
- W czasie tego roku szkolnego przemyśleliśmy kilka rzeczy i wiesz co?
- Chyba nie mam pojęcia. - Pokręciłam głową.
- Postanowiliśmy na dobre rozkręcić nasz biznes! - poinformowali.
- Czyli będziecie sprzedawać te wasze magiczne gadżety, tak? - W moich ustach nie brzmiało to już tak cudownie.
- Ty wszystko potrafisz tak spłycić - fuknął George. - Ale tak, mniej więcej na tym to będzie polegało.
- Załatwiliśmy sobie już nawet taką fajną walizkę. - Pstryknął, a wtedy przede mną pojawiło się brązowe pudło z rączką. - Trzymamy w niej nasze wszystkie pomysły, rzeczy, które już wynaleźliśmy i formularze zgłoszeniowe.
- Zgłoszeniowe? Do czego?
- Jeżeli ktoś chciałby na własną odpowiedzialność przetestować nasz produkt, to wypełnia taki formularz - rozjaśnił George. - Chcesz się zgłosić?
- Może innym razem. A co na to wasza matka? - Przypomniał mi się najważniejszy aspekt ich przedsięwzięcia.
- Znasz ją, Suz - Ich entuzjazm nagle opadł, a w oczach przestały tlić się radosne iskierki. - Wolałaby, żebyśmy marnowali się w ministerstwie, a ni byli klaunami czarodziejskiej społeczności.
- Raz nawet - kontynuował Fred. - Weszła nam do pokoju i zaczęła wyrzucać nasze wszystkie formularze zgłoszeniowe! Na szczęście potem znaleźliśmy je w śmieciach i schowaliśmy je w naszej walizce. - Poklepał przedmiot z czułością.
- Możecie ją otworzyć? - poprosiłam.
- Naturalnie - potaknął George. - Ale wiedz, że tego zaszczytu dostępują tylko wybrani, ty na szczęście zaliczasz się do tej grupy. - I nie mówiąc już nic więcej, smagnął swoją różdżką, a wtedy walizeczka otworzyła się.
Ze środka w pierwszej chwili wyskoczyły dwie fajerwerki, a następnie wypadło confetti, rozsypując się bestialsko po podłodze. Następnie wieko ukazało mi resztę wnętrza, co bardziej przypominało krainę czarów lub szalony Park Rozrywki Absolutnej*. 
Było tam mnóstwo przegródek i w pierwszej chwili nie mogłam uwierzyć, że tak wiele przedmiotów może pomieścić się w jednym miejscu. W każdej z odosobnionych przegród znajdowała się jakaś substancja opatrzona zgrabnym podpisem na białej karteczce. Na samym dole były podłużne luki, w których znajdowały się formularze i notatki chłopaków.
- Fajna rzecz - stwierdziłam. - Skołujecie mi taką na urodziny.
- Da się zrobić - obiecał George i stuknął różdżką w jedno z okienek, a wtedy to podzieliło się na dwie. W nowopowstałe miejsce chłopak umieścił ząb i uśmiechnął się z zadowoleniem. - Coś czuję, ze kiedyś na pewno się przyda.

*Czarodziejskie wesołe miasteczko

piątek, 18 maja 2018

Rozdział 85


...
Podkrążone oczy wędrowały leniwie po kolejnych linijkach przejrzystego tekstu, który okazał się trudniejszy do odczytania, niż w pierwszej chwili mi się wydawało. Znużone powieki znów opadły na tym samym fragmencie tekstu i starały się zatrzymać łzy niechcące spłynąć po bladych policzkach. Moje gałki oczne były suche. Chociaż pragnęłam się rozpłakać i dać upust emocjom, nie mogłam tego uczynić. Uczucia żalu i wyrzutów sumienia blokowały mnie od środka, przez co nie potrafiłam ulżyć napuchniętym oczom.
Włożyłam koniec papierosa do spękanych ust i poczułam napływający do płuc słodki, szary dym. Alex miał rację − to przynosiło ukojenie. Oraz raka płuc, który był promocją dwa w cenie jednego w tym symbiotycznym układzie. Papierosy mnie przynosiły spokój, a ja byłam żywym inkubatorem dla zbuntowanych komórek chcących jedynie więcej i więcej. Po chwili wypuściłam z ust bezużyteczny smog, który wyleciał w Londyn przez otwarte okno mojego pokoju.
Zimnym wzrokiem spojrzałam na Proroka Codziennego, gdzie na okładce widniał krzyczący wręcz napis.
Tragedia podczas III zadania Turnieju. Zginął uczeń Hogwartu!
Ponownie zaciągnęłam się papierosowym dymem. Na zdjęciu znajdowało się martwe ciało Cedrika i Potter łkający nad nim. Z moich ust wypadł przyjemny kłębek dymu, który ruchem ręki zmieniłam w kilof. Przedmiot padł na gazetę i z hukiem oddzielił tekst od fotografii. Prychnęłam pogardliwie.
Cedrik zginął, a Voldemort odrodził się, czego nikt nie brał na poważnie. Ciekawe czy ludzie uwierzą w jego powrót dopiero wtedy, gdy ten potwór zamorduje jeszcze więcej osób. Kolejny raz dym wpadł do płuc. Gdy wypuściłam go ponownie na wolność, przybrał kształt mojego wyobrażenia twarzy Voldemorta. Chuda, blada, ze złowieszczym błyskiem w diabelskich oczach. Uśmiech był ledwie nienawistnym grymasem lub imitacją radości czy jakiegokolwiek zadowolenia. 
− Uwierz mi, że w rzeczywistości wygląda o wiele gorzej − mruknął Black, przez co odwróciłam głowę w jego stronę.
Wypuściłam kłąb dymu wprost w jego twarz.
− Było to bardzo aroganckie z mojej strony − stwierdziłam, a mężczyzna jedynie wyjął mi papierosa z dłoni.
− Od kiedy palisz? − rzucił, samemu zaciągając się dymem.
− Od wczoraj. Znalazłam paczkę w szufladzie biurka. − Machnęłam lekceważąco ręką. 
− To chyba papierosy mojego ojca − wyznał, a z moich ust wydobył się urokliwy kształt resztek dymu, jaki pozostał mi w płucach. − Był nieudacznikiem, a na te fajki rzucił czar pozwalający na puszczanie efektownych dymków. − Jak na potwierdzenie swoich słów, mężczyzna wypuścił z ust zgrabną różę utworzoną z siwych smug. 
− Zawsze pragniesz mnie upokorzyć? − warknęłam drwiąco, wyciągając z paczki kolejnego papierosa. Odpaliłam go krótkim ruchem palca.
− Takie mam zadanie. − Zerknęłam na niego z dystansem. 
− Wiesz, kiedy odbędzie się zebranie Zakonu? − Postanowiłam zmienić temat.
− Właśnie dlatego przyszedłem. − Nie odpowiedziałam, jedynie zaciągając się dymem − I szczerze żałuję, że to właśnie ja muszę przekazać ci te druzgocące wieści. − Przewrócił oczami.
− Jeszcze coś lepszego od śmierci Cedrika? − Wypuściłam z ust kłąb szarych oparów w kształcie znicza. Diggory był dobrym szukającym. − Ale wesoły tydzień! − parsknęłam.
Syriusz delikatnie dotknął mnie w ramię, chociaż jego twarz nie wyrażała współczucia, co w tamtej chwili było wręcz zbawieniem. W jego stalowych oczach kłębiła się pustka, podobnie jak w moich. Powoli zaczynałam rozumieć ten dystans czystokrwistych do świata. Zapewniał on spokój, którego w innym przypadku nie dałoby się osiągnąć. 
− Pamiętasz jeszcze Maureen? − podsunął.
− Kogo?
− No tak. − Black posłał mi pełen uznania uśmiech. − Zapomniałem, że mam do czynienia z kolejnym Lupinem!
− Nawet nie wiesz, jak cholerne masz szczęście.
− W to nie wątpię i radzę ci posprzątać w pokoju. − Rozejrzał się krytycznie po pomieszczeniu.
− Nie rozumiem. − Odsunęłam papierosa od warg.
− To stosunkowo proste. − Kąciki jego ust delikatnie uniosły się w górę. − Nie mam na razie gdzie umieścić Maureen, więc pomyślałem sobie, że twoje towarzystwo dobrze jej zrobi.
Mój wyraz twarzy nie zmienił się nawet odrobinę.
− Masz perfekcyjne wyczucie czasu, Black − stwierdziłam, nie dając wiary jego słowom. Mężczyzna uśmiechnął się szerzej.
− Czy kiedykolwiek żartowałbym z własnej córki?
Uniosłam wzrok na Syriusza i posłałam mu najbardziej drwiące spojrzenie, na jakie w tamtej chwili było mnie stać. Podejrzewam, że siedziałabym jeszcze długo w takim stanie, gdybym wtedy nie poczuła, że żarzący się koniec papierosa zaczyna przypalać mi skórę.
Momentalnie syknęłam z bólu, odwracając wzrok na oparzony fragment ciała.
− Cholera jasna! − Dogasiłam niedopałek i przyłożyłam pulsujący palec do ust, zwilżając go śliną. Spojrzałam na Blacka z nadzieją. − Jeżeli to żart, to osobiście odstawię cię do Azkabanu! − warknęłam.
− Czuję się zobowiązany. − Syriusz puścił mi oko i w dobrym humorze opuścił pomieszczenie, wesoło pogwizdując.
...
Mijałam kolejne zawiłe plątaniny korytarzy ministerstwa, po których nasi czarodziejscy urzędnicy poruszali się wręcz instynktownie. Ja niestety nie miałam tego szczęścia i co kilka chwil musiałam zatrzymywać jakiegoś ministra i pytać go o drogę. Niestety departament, do jakiego wybrałam sobie dotrzeć, znajdował się w jakimś nieupublicznionym miejscu, do którego prowadziło tak wiele dróg, że prawie nikt nie widział, gdzie on tak właściwie się znajduje.
Za piątym razem znowu nie znajdując drzwi z wyczekiwaną tabliczką, po prostu parsknęłam szyderczym śmiechem, który poniósł się echem po długim tunelu. Wtedy usłyszałem skrzyp otwieranego gabinetu. 
Odwróciłam wzrok w tamtą stronę, gdzie ujrzałam poważną twarz Lucjusza Malfoya, na której na mój widok pojawił się lekki grymas. Czułam, że mężczyzna przez chwilę lustruje mnie silnym spojrzeniem. Może trochę wydoroślałam od czasu, kiedy widzieliśmy się ostatnim razem. Natomiast on nie zmienił się ani trochę. Wciąż te same długie, wręcz białe włosy na głowie, gładko ogolona twarz i chłód stalowych oczu. Teraz nie wzbudzał we mnie strachu. Raczej odrazę i wściekłość, że ten człowiek zamordował moich rodziców, a teraz znów połączył się z Voldemortem.
− Dzień dobry − rzuciłam w jego kierunku, a moje usta mimowolnie wykrzywiły się w fałszywy uśmiech.
− Witam, panno Lupin − odparł monotonnym, wypranym z emocji głosem. − Jak się udały wakacje? Chyba było w porządku, skoro nie zjawiła się panienka w Hogwarcie przez ostatni rok.
Dostrzegałam w nim tą chęć górowania nade mną. Czuł się pewny siebie i bezkarny w każdym czynie, jaki wykonywał wobec mojej osoby. Wiedział, że ma w poparciu Voldemorta − swojego pana, który przyjdzie mu w obronie przed siedemnastolatką w każdej sytuacji. Ale pod warunkiem że uprzednio sir. Malfoy wyczyści stopy swojego mistrza własnym językiem!
− Miałam bardziej zajmujące rzeczy do roboty. A pan? Chyba pan także nie próżnował?
− Wygadana jak zwykle − kontynuował. − A, czy mogę spytać, co też panna Lupin robi tutaj w ministerstwie... sama. − W jego oczach dostrzegłam złowrogi błysk.
− Szukam Departamentu Transportu Magicznego w celu otrzymania licencji na teleportację.
− Och, widzę, że panna wcale nie próżnowała − Malfoy ironicznie przyznał mi rację. − Jeżeli można, będę mógł pokazać panience Lupin drogę.
− Jeśli nie naruszy to pańskiego napiętego grafiku pracy, panie Malfoy − stwierdziłam, a Lucjusz wystawił uczynnie swoje ramię w moim kierunku. Po chwili namysłu ujęłam je i z wyrazem przesadnej wdzięczności, ruszyłam prowadzona przez mężczyznę w kierunku departamentu.
...
Bezszelestnie teleportowałam się w parku przy Grimmauld Place, gdzie poza gołębiami nie spacerował nikt inny. Rozejrzałam się przezornie po otoczeniu, a gdy nic niepokojącego nie przykuło mojej uwagi, ruszyłam w kierunku dźwięków dochodzących z ulicy.
Już miałam przejść na drugą stronę jezdni, gdy nagle poczułam, że jakaś siła zaciska się na moim nadgarstku i przyciąga mnie do siebie. Już po chwili moje nozdrza wypełnił zapach znajomych perfum.
− Mi też miło cię widzieć − mruknęłam, odsuwając się od blondyna. Alex posłał mi zadowolone spojrzenie.
− Pokaż, bo inaczej nie uwierzę − stwierdził, na co ja przewróciłam oczami.
− Masz, ale nie licz na stosowanie ulg dla swojej osoby. − Wyjęłam z kieszeni biały list, który przez teleportację zdążył pognieść się już nieznacznie.
Alex szybko obiegł wzrokiem dokument.
− Gratuluję. − Potaknął, oddając mi dokument i opierając rękę na moich ramionach.
Po chwili czekania przeszliśmy przez ulicę, a następnie weszliśmy do ukrytego domu z numerem dwanaście.
Na korytarzu panował przedsmak gęstniejącej atmosfery, która swoje apogeum osiągała w kuchni, gdzie właśnie odbywało się spotkanie Zakonu. Według moich źródeł miał uczestniczyć w nich Black, Store'owie i Dumbledore, ale ignorancją z mojej strony byłoby się w ten cały ich spór nie wtrącić.
− Zaraz wrócę − rzuciłam do Alexa, a następnie wślizgnęłam się do pomieszczenia, gdzie prowadzona rozmowa nagle ucichła.
− Suzanne! − Dumbledore ucieszył się na mój widok. − Nie uwierzysz, ale od kilkunastu minut każę im jakoś ucywilizować dyskusję, a oni nic. A tu proszę... stajesz w drzwiach kuchni i od razu jaki spokój! Chodź, dziecko, usiądź obok mnie.
Przystanęłam na prośbę dyrektora, a kiedy zajęłam miejsce przy stole, pojawiła się przede mną filiżanka doskonale uparzonego Earl Greya. Dumbledore posłał mi oko.
− A więc wracając − Rozmowę rozpoczął Black. − Nalegam, aby Maureen niezwłocznie pojawiła się w tym budynku! To moja córka i to ja powinienem się nią zająć!
− Ty, Black? − warknęła Emily. − Spójrz na siebie, co ty jej możesz zapewnić? Zbiegły więzień, który nie potrafi nawet udowodnić swojej niewinności!
− Zbiegły więzień, który zaufał sprzymierzeńcom i liczył na to, że to oni udowodnią jego niewinność − rozjaśnił Syriusz. − I uwierz mi, Emily, że jestem w stanie dać Maureen więcej, niż ty, Jack i cała twoja przeklęta rodzina!
Mąż kobiety upił łyk ciepłego napoju ze zdenerwowania.
− Nie pozwolę ci nigdy skontaktować się z Maureen! Nie znasz tej dziewczyny, ona jest bardzo wrażliwa, a taka informacja może ją...
Nagle, nie wiedzieć czemu, ogarnęło mnie wielkie poczucie niesprawiedliwości. Kaszlnęłam znacząco, tym samym zwracając na siebie uwagę wszystkich zgromadzonych.
− Jeśli mogę − zaczęłam, co Emily skomentowała jękiem irytacji. − Przyjaźniłam się z Maureen przez trzy lata i z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że jej wrażliwość jest bardzo zbliżona do mojej. Jej delikatność nie jest rozwinięta na tak wysokim poziomie, aby miała się jakoś załamać na tę informację.
Syriusz uśmiechnął się szeroko.
− Moja krew! − zawołał z satysfakcją.
− Nie sądzę, abyś znała moją córkę lepiej niż ja. − Kobieta udała, że uwagi Blacka w ogóle nie było. − Przecież wychowywałam ją przez piętnaście lat! Nikt nie zna jej lepiej ode mnie!
− Dlatego powinnaś wiedzieć, że Maureen domyśla się tego, że nie jesteście jej biologicznymi rodzicami − powiedziałam, a na moje słowa Emily zacisnęła mocno szczękę. − Umówmy się, nie ma pomiędzy wami żadnych fizycznych cech wspólnych. Jej kolor włosów, oczu i blada cera wskazują bezprecedensowo na spowinowacenie z rodem, którym z pewnością nie jest Meadowes. Store'ów już nawet nie liczę, bo ona wygląda jak czystokrwista. Członkowie rodu Meadowes mają blond włosy i niebieskie oczy. 
− Skąd to wiesz? − warknęła kobieta.
− Widzę ciebie... widziałam Dorcas na zdjęciach... oraz widziałam dziadka Maureen, który, na szczęście, jest jej prawdziwym dziadkiem. Przynajmniej dziadkowie są prawdziwi.
− Dumbledorze − Emily zwróciła się do profesora. − Nie zamierzasz mi chyba odebrać dziecka.
− Według mnie... − Dyrektor zawahał się przez chwilę. − Maureen ma prawo poznać prawdę, kłamstwo jest krótkotrwałą receptą o wyjątkowo groźnych skutkach ubocznych. Poza tym jesteście zobowiązani do przestrzegania testamentu Blacków.
− Co to takiego? − spytałam, słysząc coś, o czego istnieniu nie miałam pojęcia.
− Suzanne − skarcił mnie Black, który uporczywie pragnął zajść Emily za skórę.
− Był to dokument... − Dumbledore nie przejmował się temperamentem czarnowłosego. − który sprawiał, że Maureen stawała się adoptowaną córką Store'ów. Był to bardzo konkretnie spisany dokument, którego sam sporządzałem, aby nie było w tym temacie żadnych nieporozumień.
− To po co ta cała kłótnia? Maureen jest naszą córką! − fuknęła Emily.
− Jeżeli rodzice Maureen, Dorcas i Black − Dyrektor ignorował wszelkie bodźce dopływające do niego z otoczenia. − zginęliby, wtedy opiekę nad nią zaczynają sprawować Store'owie. Jeżeli rodzice Maureen, nie byliby zdolni do opiekowania się Maureen z przyczyn zdrowotnych, wtedy opiekę nad nią zaczynają sprawować Store'owie. Jeżeli przyczyny zdrowotne zostaną usunięte, wtedy opieka nad Maureen trafia ponownie w ręce jej biologicznych rodziców.
− Więc skoro Black uciekł z Azkabanu to...
− I tu pojawia się problem, bo nasz dokument nie brał pod uwagi wizyty w Azkabanie. Do tego niewinnego człowieka. Dlatego uważam też, skoro Syriusz jest poszukiwanym zbiegiem, aby na razie − Bardzo podkreślił te słowa. − Store'owie pozostali opiekunami dziewczyny. Jednakże... − Przerwał wybuch radości kobiety. − Maureen, przynajmniej z twoich pobudek moralnych, Emily, powinna zamieszkać z ojcem w te wakacje. Lecz obawiam się, że kiedy Black zostanie uniewinniony, prawo do opieki nad córką przypadnie właśnie Syriuszowi, więc... − Dumbledore wzruszył ramionami. − Tak, jak było wcześniej ustalone, orzekam, że Maureen pojawi się na Grimmauld Place, a Suzanne tak czy siak będzie musiała posprzątać pokój do czasu jej pojawienia się tutaj.
...
Siedziałam na najniższym stopniu schodów i wpatrywałam się w stare drzwi wejściowe prowadzące na ruchliwą ulicę. Nie miałam nic ciekawszego do roboty, jak tylko przyglądać się im z udawanym zaciekawieniem i lustrować każdy milimetr kwadratowy ich misternie wykonanej powłoki. 
− Mojej pani serce by pękło, gdyby wiedziała, że zdrajcy krwi i przyjaciele Dumbledore'a szwendają się po jej domu! − zalamentował skrzat domowy już któryś raz tego przedpołudnia. 
− Stworku, czy ty naprawdę nie masz lepszych rzeczy do roboty, jak tylko lamentować o swoim biednym losie? − rzuciłam w jego kierunku. − Mi po roku takiego zrzędzenia już dawno wysiadłyby nerwy.
− Moja pani już dawno pozbyłaby się takiego problemu! Wygnałaby podłych zdrajców z jej domu! − rozpaczał jeszcze zgryźliwiej, przechodząc obok mnie na schodach i niechcący trafiając mnie w głowę trzonem miotły. 
Postanowiłam sobie zachować spokój. Nie chciałam, aby Maureen po roku braku jakiegokolwiek kontaktu ze mną, zobaczyła mnie jako człowieka na skraju załamania nerwowego. Po raz kolejny dostałam czymś w głowę. Podniosłam wzrok, a wtedy ujrzałam spokojną postać Stworka odkurzającego zmiotką jakiś stary bibelot. Zacisnęłam dłonie w pięści, postanawiając sobie, że nie zostanę wytrącona z równowagi. 
− Ach, podli zdrajcy krwi. Kiedyś palono was na stosach i wrzucano was do stawów rybom na pożarcie, a dzisiaj? Ach, gdzie te piękne czasy? − zawodził dalej. 
− Stworku, dobrze wiesz, że nie uda ci się mnie sprowokować − zapewniłam, czując, że metalowy bibelot, który przed chwilą był pucowany przez skrzata, spada właśnie po schodach i uderza mnie z całej siły w prawą rękę. Normalnie poczułaby się bardzo zaszczycona faktem, że cenny artefakt Blacków uderzył mnie w palce, ale jakoś tak wyszło, że tym razem nie poczułam się wyróżniona. Podniosłam się z miejsca i gdy już chciałam rzucić się na Stworka, usłyszałam jazgot, którego nie mógł wydać zwykły śmiertelnik.
Walburgia Black obudziła się i znów zaczęła prawić na cały budynek swoje przemyślane kazania pełne obelg, wyzwisk i przekleństw. Jeżeli w czyjejkolwiek głowie zrodzi się myśl, że czystokrwiści czarodzieje cenią sobie kulturę słowa, to ja bardzo chętnie pokażę im ten oto załączony obrazek, na którym to portret matki Blacka zapewnia nam niesamowitej rozrywki. 
− Odpieprz się ode mnie, szlamo! − Nawet nie miałam ochoty wyprowadzać kobiety z błędu. Złapałam za opadnięty materiał, a następnie starałam się zakryć nim szpetną twarz Walburgii. − Odejdź, idź do diabła! Wilkołaki bezczeszczą dom moich przodków! − jęczała.
− Tym wyciem to bardziej ty kojarzysz mi się z wilkołakiem − mruknęłam rozeźlona, w ostateczności posiłkując się zaklęciem nanoszenia kleju. Usta kobiety zostały zamknięte na zaledwie kilka sekund.
Zawiesiłam płachtę w momencie, gdy zapora kleju pękła, ale wtedy do moich uszu nie docierało nic więcej poza jej stłumionym szlochem.
− Podła zołza − warknęła, odwracając się w kierunku drzwi, aby znów zająć miejsce na najniższym schodku.
Jednak wtedy moje oczy zatrzymały się na dwójce osób, które patrzyły na mnie z tak ogromnie sprzecznymi emocjami, że nie byłam pewna, czy takie zjawisko jest w ogóle możliwe. Remus był nieco speszony i przerażony, jednak bardziej przykuła moją uwagę osoba tuż za nim. 
Znajdowała się tam Maureen, a na jej twarzy malował się tak szeroki uśmiech, że obawiałam się, czy jej usta wytrzymają taką rozpiętość. W jej stalowych oczach pojawiły się iskierki zachwytu.
− Nie spodziewałam się was tak wcześnie − próbowałam się wytłumaczyć, ale wtedy poczułam, że Maureen znajduje się tuż przy mnie i tak, jak tylko ona potrafiła, przytuliła się do mnie. 
− Tęskniłam za tobą, bałwanie! − To były pierwsze słowa, jakie dane było mi usłyszeć po roku niekontaktowania się ze sobą.
− Mi także miło cię widzieć. − Oddałam uścisk, czując, że z mojej twarzy ustępuje szok. − Brakowało mi twojego idiotyzmu w niektórych sytuacjach.
− Miła jak zawsze − prychnęła Maureen, nagle odsuwając się ode mnie. Była ode mnie niższa o pół głowy. − Ale w sumie nie spodziewałam się po tobie niczego więcej.
− Nie śmiem się nie zgodzić − potaknęłam. − Ale już nie możesz liczyć na to, że uda ci się mnie dogonić.
Sto siedemdziesiąt centymetrów jest naprawdę wysokim wzrostem − skarciłam się w myślach. − Nie ma co!
...
− Nie masz pojęcia, ile fajnych rzeczy ominęło cię w Hogwarcie − zachwycała się Maureen, wypakowując z kufra najpotrzebniejsze rzeczy. 
− W to nie wątpię, ale nie martwię się tym. Ty przecież wszystko mi opowiesz − parsknęłam drwiąco.
− Z największą przyjemnością. A więc na sam początek...
− Przygotowywałaś się na to, mam rację? − przerwałam jej.
− Trochę. Musiałam mieć pewność, że będziesz ze wszystkim na bieżąco. 
− Tak, ja w ploteczkach zawsze bardzo chętnie, ale najpierw chciałabym wiedzieć, czy... Coś ważnego zmieniło się u ciebie przez ten rok? − spytałam, wiedząc, że to pytanie powinno być moim punktem wyjścia. 
− Nie wiem, chyba nic konkretnego. Byłam na balu z Jordanem i dzieliłam w tym roku dormitorium z Angeliną. A u ciebie?
− Nie możesz najpierw skończyć? − zachęciłam.
− Ale ja już to zrobiłam. 
Westchnęłam ciężko. No tak, Maureen i jej minimalizm objawiał się we wszystkim.
− A więc ja wyrobiłam sobie licencję na teleportowanie, rzuciłam swoje pierwsze w życiu zaklęcie Niewybaczalne i...
− Poznałaś kogoś? − Bardziej stwierdziła, niż zapytała.
− Co? Skąd wiesz?
− Zarumieniłaś się. − parsknęła śmiechem. − Kto to jest? Jak wygląda, ile ma lat? Chcę wiedzieć wszystko!
− Alex Moody.
− Syn tego szaleńca?
− Jego siostrzeniec − poprawiłam. − Jest blondynem, ma dwadzieścia cztery lata i... Nie wiem, pali i kolekcjonuje mugolskie plakaty filmowe.
− Artysta − rozmarzyła się. − Super! Muszę go poznać.
− Masz właśnie okazję − Usłyszałam nagle pewny głos chłopaka, który sprowadził dziewczynę na ziemię. Szybko odwróciła się w jego kierunku, a wtedy prawie ją zmroziło. − Alex Moody. − Posłał jej jeden ze swoich popisowych uśmiechów.
− Maureen... Maureen Store − odparła, spoglądając na mnie z uznaniem.
− Nazwisko Store to chyba do czasu − rzucił, posyłając mi drwiące spojrzenie.
− Alex, nie musisz iść wyjść na spacer? − warknęłam, widząc, ze na twarzy Maureen pojawia się podejrzliwość. 
− Nie widzę takiej konieczności. − Oparł się swobodnie o framugę drzwi.
− Idź, to ci dobrze zrobi!
− A właśnie, Remusa was wołał − mruknął Alex z zadowoleniem w głosie. − Wyczarował zdrową kolacyjkę... pizza wegetariańska. − Zaśmiał się krótko.
Wymijając go w drzwiach, posłałam chłopakowi sójkę w bok, przez którą jednak wyraz jego twarzy nie zmienił się ani odrobinę. Kiedy znalazłyśmy się w kuchni, ujrzałam Syriusza, który stał na przeciw wejścia do pomieszczenia.
W jego oczach pojawiły się te same iskry, co w Maureen. Byli do siebie bardzo podobni. Jak ojciec z córką, ale rozdzieleni przez okrutny los.
...
Kiedy jedzenie posiłku stało się mniej dynamiczne, Black wstał od stołu i włożył talerz do zlewu. Po chwili ten był już czysty. Syriusz niepewnie odwrócił się w naszą stronę, lecz jego wzrok spoczął na Maureen, którą minęła ochota na jedzenie. 
− Kiedy pojawią się moi rodzice? − rzuciła, przełamując ciszę. 
Na słowa córki Black poczuł ogromną gulę w gardle, nie pozwalającą mu wydobyć z siebie głosu. Remus postanowił wyręczyć we wstępnie przyjaciela. 
− Maureen, mam nadzieję, że Store'owie poinformowali cię o niewinności Blacka i czym jest dokładnie Zakon Feniksa.
− Coś napomknęli. Wyjątkowo − prychnęła z pogardą, co wywołało na twarzy Syriusza lekki uśmiech. − Chyba sami się zdziwili, że mówią mi takie rzeczy. Sama się zdziwiłam. Matka prędzej zamknęłaby mnie w piwnicy, niż puściła do kwatery czegoś, co walczy z Sami Wiecie Kim.
− Emily martwi się o ciebie − mruknął Black, chociaż zachowanie kobiety nazwałby chętniej obsesją.
− Wiem, ze się martwi − przytaknęła Maureen. − Suzanne, prawda, że moja matka się o mnie martwi?
− Zabójczo − skwitowałam, co Remus skomentował przewróceniem oczami.
− Zabójczo? − powtórzył Syriusz, a jego mina wskazywała, że mężczyzna miał ogromną nadzieję na to, że Maureen wręcz rzuci się w jego ramiona i będzie mu dziękować za to, że to on okazał się jej ojcem. 
Przyjaciółka spojrzała na mnie z nierozumieniem. Wyczuwała we mnie niepokój. Ta czarnowłosa dziewczyna miała w sobie coś, co pozwalało jej czytać z ludzi niczym z otwartej księgi. Wzięłam głęboki wdech.
− Możecie mi w końcu powiedzieć, o co w tym właściwie chodzi? − rzuciła nagle, a Syriusz stanął tak prostu, że myślałam przez chwilę, że jego kręgosłup wyskoczy spod jego skóry.
− Co masz konkretnie na myśli? − zagaił nieśmiało.
− Jesteście dziwnie spięci, a ty, Black, zachowujesz się jak spłoszony kundel! Ta metafora nie została użyta przypadkowo.
− Maureen... − zaczęłam gładko.
− Tak, wiem, że Black jest moim ojcem! − fuknęła czarnowłosa. − Tylko kompletny kretyn by się nie zorientował, że tak nie jest!  Wskazywało na to wszystko: mój wygląd, zachowanie Emily i Jacka, album ze zdjęciami, nawet Erebusa dostała, aby go upokorzyli. − Spojrzała na ojca z wyrzutem. − Ale podchody z psem mogłeś już sobie darować, wiesz? Jak sobie teraz o tym pomyślę, to aż przechodzą mnie ciarki.
− To był jedyny sposób na...
− Wiem i dlatego rozumiem. − W końcu posłała mu krzepiący uśmiech. − I w sumie cieszę się, że te dwa miesiące spędzę tutaj. Store'owie powoli zaczynali działać mi na nerwy.
− Maureen, nie powinnaś tak o nich mówić! − upomniał Remus, na co dziewczyna i jej ojciec w równym czasie wypalili zgodne: "dlaczego?". Mój brat westchnął ciężko. − Jakby nie patrzeć, ci ludzie cię wychowali.
− Wychowali mnie w rosnącej niechęci do siebie − rzekła. − Od zawsze wiedziałam, że nie pasuję do nich, że jest w nich jakaś cząstka, która mnie od nich odpycha.
− Maureen... − Wstałam, chcąc do niej podejść.
− Nigdy nie traktowałam ich jak prawdziwych rodziców, więc ta nowa rzeczywistość jest wspaniałym zrządzeniem losu. 
− Nie jestem co do tego przekonany. − Remus pokręcił głową.
Maureen zagryzła wargę.
− Czyli co innego mogę teraz zrobić? − spytała.
− Stopniowo oswajać ich do tej sytuacji − podrzuciłam. − Z Syriuszem masz do spędzenia jeszcze wiele czasu, a tak nagłe odłączenie się do rodziców...
− Nigdy nie wspomnieli mi o mamie, o tym, że mój ojciec siedzi w Azkabanie. Nie mogłabym mieć do tych ludzi sympatii, nawet gdybym chciała − usprawiedliwiła się. 
− Być może się bali.
− Kiedy Black uciekł z Azkabanu także bali się, że może mi coś zrobić, więc straszyli mnie przeciwko niemu! − powiedziała.
− Oni znali prawdę o niewinności Blacka od samego początku − wtrąciłam, na co Maureen posłała mi zaskoczone spojrzenie. − Wiedzieli, ale nie chcieli cię stracić, więc nie wystąpili z wnioskiem o uniewinnienie. 
− Suzanne! − skarcił mnie brat.
− Co? − warknęłam. − Na jej miejscu nienawidziłabym ich z całego serca. Straciła możliwość poznania ojca przez ich osobiste zapędy! To jest czyn nie do wybaczenia.
Widziałam w oczach Remusa, że w duchu przyznaje mi rację. 

poniedziałek, 14 maja 2018

Rozdział 84

Rozdział 84.
Nogi Suzanne oparły się na podłożu o godzinie, w której to dyrektor kazał jej i Alexowi przybyć na granicę Zakazanego Lasu z błoniami, gdzie teleportacja była jeszcze możliwa. Siedemnastolatka rozejrzała się pewnie po szkolnej łące, a następnie ruchem głowy wskazała Alexowi na pobliski stadion Quidditcha. Tak jak przypuszczała, znajdowała się już na nim cała kadra nauczycielska. 
Kiedy znaleźli się na murawie boiska, ich obecność została od razu zauważona przez niektórych profesorów. Suzanne skinęła pośpiesznie w ich kierunku, starając się wypatrzyć czym prędzej dyrektora. 
− Tam jest. − Alex dotknął ją lekko w ramię, wskazując na starca stojącego po drugiej stronie boiska.
− A palące spojrzenia są tutaj − mruknęła cicho, stawiając pierwsze kroki w kierunku mężczyzny.
− I co z tego? − prychnął Alex.
Suzanne w głębi duszy przyznała mu rację. Ruszyła w kierunku starca, a mijani przez nią nauczyciele posyłali jej zaskoczone spojrzenia. Lupin jedynie posyłała im lekki uśmiech na przywitanie. Czując tuż za sobą obecność Alexa, odczuła w sobie rosnącą pewność siebie.
Gdy już prawie znajdowali się przy dyrektorze, nagle tuż przed nimi pojawił się wysoki mężczyzna, na którego twarzy włosy układały się w kozią bródkę.
− A ty co tutaj robisz? − spytał z delikatną naleciałością słowiańskiego akcentu. − Uczniom nie można tutaj wchodzić!
− Ale my nie jesteśmy uczniami, profesorze Karkarov − stwierdził Alex, widząc, że postać mężczyzny wywołała w Lupin dziwne uczucie lęku. − Jesteśmy znajomymi Dumbledore'a.
− Tak, a ty kto, chłopcze, że śmiesz się podawać za znajomego Dumbledore'a? − warknął Rosjanin.
− Alex Moody − rzekł pewnie blondyn.
− кто? − dopytywał podchwytliwie mężczyzna. 
− Алекс Муди, профессор − mruknął z niezadowoleniem chłopak, co wywołało na twarzy Karkarova uśmiech.
− И это мой мальчик! 
− Можем ли мы поговорить с Дамблдором?
− Bardzo bym chciał, ale uczniowie nie mogą − stwierdził mężczyzna z niechęcią, a Suzanne westchnęła z ulgą, że wreszcie może coś zrozumieć.
− Uczniowie? − powtórzył Alex. − Nie jesteśmy już nimi.
− Tobie to ja może jeszcze uwierzę, łgarzu. Ale jej... − Spojrzał z niechęcią na Suzanne.
− Przyszliście już − W tej samej chwili do rozmowy wtrącił się Albus, na którego widok Karkarov stracił humor. − Jakiś problem, Igorze?
− Nie, ale twoja uczennica chce...
− Nie jest już moją uczennicą. Prawda, Suzanne? − Dziewczyna potaknęła niechętnie.
− как это? − oburzył się Rosjanin.
− Zostałam usunięta z Hogwartu − rzuciła Suzanne, na co Karkarov uśmiechnął się szeroko.
− Co taka mała женщина, jak ty musiała przeskrobać, że wyrzucono cię ze szkoły?
− Voldemort, to wystarczy − prychnęła pół−żartem pół−serio, przez co z twarzy Karkarova zniknął uśmiech. 
− Bierz ją, Dumbledorze. Dziwną macie tutaj młodzież w Brytanii. − Rosjanin pokręcił głową i odszedł.
− Profesorze Dumbledore, kazał nam pan stawić się tutaj...
− Tak, tak. Jeszcze pamiętam, do kogo stosuję swoje prośby. − Poklepał ją ciepło po ramieniu. − Suzanne, Alex, bardzo was proszę, abyście zajęli się tą ścianą labiryntu. Tylko pamiętajcie, że mamy czas tylko do wieczora.
− Da się zrobić − potaknęli, a wtedy Albus ruszył w ślad za Karkarovem. 
Suzanne wyjęła z torby kilka słoiczków z zielonym bluszczem. Na jednym z nich był napisany ogromny wykrzyknik. 
− To te twoje sidła? − zadrwił Alex.
− Tak. I miejmy nadzieję, że nie poturbują za mocno żadnego z zawodników. 
− Tak samo jak mnie poturbowały? − prychnął chłopak, za pomocą różdżki otwierając inny słoiczek i wyprowadzając z niego zawiązkę bluszczu. Już po chwili znajdowała się przed nim czterometrowa ściana, która stale rosła. Zatrzymała się dopiero na wysokości trybuny nauczycielskiej. 
− A właśnie! − podchwyciła Suzanne. − Miałeś mnie nauczyć tej sztuczki z trucizną duszy.
− Nigdy nic takiego nie powiedziałem. − Blondyn zaczął rozszerzać ścianę wzdłuż. − Poza tym, mówiłem ci ostatnio, że to koniec z naszymi lekcjami. Mamy dwudziesty piąty czerwca. Nikt normalny nie uczy się już w szkole!
− Nie zapominaj, że ja nie chodzę do normalnej szkoły. − Zrobiła przejście w ścianie bluszczu zrobionej przez Alexa. − Sidła powinny obrastać dół ścianki − mruknęła do siebie.
− Nie potrzebna ci aż tak zaawansowana magia − skarcił chłopak dziewczynę, lecz ta jedynie otworzyła na chwilę słoik z sidłami i zaczęła rozprowadzać je przy ziemi. 
...
Spotkanie otworzył Dumbledore i nie wyglądał na zbytnio zadowolonego.
− Dzisiaj nasze spotkanie będzie niezwykle zwięzłe, moi drodzy − powiedział, a większość osób zgromadzonych w pomieszczeniu miała na sobie piżamy. − Domyślam się, że większość z was nie wie, co się stało, a nie chciałbym, abyście dowiedzieli się o tym z jakiś nieodpowiednich źródeł. − Suz wymieniła z bratem zdziwione spojrzenie
− Mam oczywiście na myśli przebieg ostatniego zadania Turnieju Trójmagicznego, które odbyło się dzisiaj.
− Kto wygrał? − rzucił Black bez chwili namysłu, co zapewne było czystą głupotą, ale mężczyzna z całego serca chciał wierzyć, że był to Harry. Przynajmniej w sposób mentalny mógł go wspierać.
− Będzie to odpowiedź, jakiej zapewne oczekujesz, Black. − Zagrzmiał niski głos za Dumbledorem. Był to Alastor Moody, ale od czasu, gdy Suzanne i Alex widzieli go ostatni raz, bardzo się zmienił. Wyłysiał, mocno schudł, a jego sztuczne oko niepokojąco zwisało na nadszarpniętym pasku. − Ale zwycięzcą został Harry Potter.
Na te słowa część osób nieco ożywiła się, jakby była to dobra nowina. Syriusz westchnął z ulgą i uśmiechnął się lekko pod nosem.
− Przepraszam, Dumbledore − odchrząknął Moody i ponownie usunął się w cień pomieszczenia.
− Nic nie szkodzi − odparł spokojnie dyrektor. − A was moi drodzy bardzo proszę o spokój. − Wziął głęboki wdech. − A więc na sam początek pragnę ogłosić, aby Suzanne i Syriusz zajęli się sprzątaniem dalszych pięter domu, ponieważ w niedługim czasie pojawi się tutaj więcej osób niż wasza trójka. − Spojrzał także na Remusa. − A teraz pora na smutniejsze wieści.
Rozejrzał się po zgromadzonych.
− Profesorowie Snape i McGonagall niestety nie mogli się dzisiaj z nami spotkać, gdyż zatrzymały ich powinności związane z zakończeniem turnieju. Muszą posprzątać labirynt z boiska. − Odkaszlnął ponownie, a Suz dopiero teraz dostrzegła w jak podłym starzec jest stanie. − Trzecie zadanie turnieju polegało na wędrówce po labiryncie i znalezieniu pucharu, który był nagrodą dla zwycięzcy. Po drodze zawodnicy napotykali wiele przeszkód, w których realizacji pomógł nam Alex i Suzanne. − Uśmiechnął się posępnie. − Przez kilka godzin Krum, Fleur, Potter i Diggory mieli chodzić po labiryncie i zmagać się z jego przeszkodami, jednak panna Delacour po półgodzinie zrezygnowała. Pan Krum zrobił to kilka minut po niej, a wyglądał jak ktoś opętany. Wtedy w labiryncie zostali tylko Diggory i Potter. − Zamilkł.
− Co było dalej? − rzucił Fletcher z przerażeniem.
− Minęły kolejne trzy godziny, a wtedy na mecie pojawili się pan Potter i Diggory. − Przełknął ślinę. − Niestety okazało się, że Cedrik był martwy.
Na jego słowa momentalnie Suz podniosła wzrok z podłogi. Dumbledore przyglądał się jej z ogromną uwagą, lecz dziewczyna jedynie zacisnęła mocno wargi.
− Zginął? − spytała naiwnie, czując totalny mętlik w głowie.
− Przykro mi, Suzanne, ale taka jest prawda − rzekł dyrektor, a dziewczyna przeniosła wzrok na Syriusza i brata. Obaj posyłali jej współczujące spojrzenia.
− Harry powiedział, że Cedrik został zabity przez Lorda Voldemorta, który się odrodził. − Ta informacja wywołała szok na twarzach zgromadzonych. − Świadkami jego odrodzenia było pięciu śmierciożerców, w tym Peter Pettigrew.
− Kto jeszcze? − dopytywał Black, a jego dłonie zacisnęły się w pięści.
− Malfoy, Avery, Nott, Micnair − mruknął Moody.
− Tak − potaknął Dumbledore. − Ze słów Harry'ego wynika, że do odrodzenia Voldemorta użyto nekromancji na bardzo wysokim poziomie. Potem Moody zabrał pana Pottera do swojego gabinetu.
− Alastorze! − skarcił go Syriusz. − Przecież wiesz, że przy Dumbledorze Harry byłby najbezpieczniejszy! 
− Ja to wiem! − fuknął Szalonooki. − Niestety Crouch jr. o ty nie miał pojęcia!
− Wujku? − Alex przełknął ślinę.
− Niestety, Alexie, ale obawiam się, że przez rok rozmawialiście, przekazywaliście informacje i ufaliście śmierciożercy. Na szczęście problem został już rozwiązany, bo dzisiejszej nocy Croucha poddaliśmy pocałunkowi dementora.
Po plecach Blacka przeszły dreszcze.
− Kiedy cię zmienił? − spytał z przerażeniem blondyn.
− Tej nocy, kiedy dowiedziałeś się, że będziesz uczył Suzanne obrony − wyjaśnił Albus.
− Czyli to nie ty się zgodziłeś − Alex podniósł się z krzesła, patrząc na wujka z rozczarowaniem. − To nie ty pozwoliłeś mi uczyć Suzanne, tylko jakiś podrzędny śmierciożerca!
− Ja nigdy bym się na to nie zgodził − rzekł poważnie Moody.
− Zawsze uważałeś mnie za gorszego. Za pomiota − Alex ściszył głos.
− Alexie! − Szalonooki chciał mu przerwać.
− Nie, wujku! Nawet jakiś śmierciożerca ufał mi bardziej niż ty! Ty nigdy nie byłeś w stanie zrozumieć, że nie jestem taki jak mój ojciec! Zawsze mówiłeś, że do niczego się nie nadaję i nic ze mnie nie będzie!
− A dziwisz mi się? − warknął Moody. − Spójrz na siebie, Alex. Kryje się w tobie zło, które zaczęło przenikać cię na wskroś. Tego już nie da się wyplenić.
− Może od razu zamknij mnie w Azkabanie! − zaproponował ironicznie chłopak, zaciskając dłonie w pięści. − Tak samo jak wszystkich sojuszników Voldemorta! Jestem przecież jeszcze gorszy niż oni!
− Alexie!
− Nie! Daj mi spokój! − orzekł chłopak, nakładając na siebie kurtkę i wychodząc z pomieszczenia. Kiedy znalazł się na ulicy, teleportował się z hukiem w kierunku pobliskiego pubu. 
Wolał tego całego Croucha jr. od własnego wujka! Crouch przynajmniej dał mu szansę!
...
Tragedia Podczas III zadania turnieju
Zginął uczeń Hogwartu!
Wczoraj, dwudziestego piątego czerwca, odbyło się trzecie zadanie Turnieju Trójmagicznego, którego niezaprzeczalnymi faworytami byli dwaj uczniowie z Hogwartu − Harry Potter i Cedrik Diggory. Przypominamy, że zawodnicy walczyli o zwycięstwo − czyli o 1000 galeonów!
Na początku wszystko przebiegało w porządku. Szkoła Magii i Czarodziejska w Hogwarcie w znacznym stopniu dopełniła swoje obowiązki w roli gospodarza, ale już po półgodzinie gry, panna Delacour zrezygnowała z konkurencji. Krótko po tym fakcie to samo uczynił Bułgar − Wiktor Krum − którego stan zaraz po opuszczeniu labiryntu świadkowie oceniali jako opętanie.
A zatem w labiryncie zostali nasi brytyjscy faworyci. Do ostatniej chwili myślano jednak, że to pan Cedrik Diggory zostanie zwycięzcą, patrząc na jego większe od pana Pottera wykształcenie magiczne. 
Ogromnym zaskoczeniem dla wszystkich był fakt, że ci dwaj chłopcy w tym samym czasie znaleźli się w miejscu mety. Niestety szybko okazało się, że Harry Potter nie płacze z radości a wszechogarniającego bólu, a Cedrik Diggory nie skamieniał z wrażenia przez swoje zwycięstwo.
Publiczność po chwili zrozumiała, że Cedrik Diggory nie żyje. 
Była taka możliwość. Każdy wiedział, że takie wypadki nie raz występowały w owym Turnieju. Jednak dopiero słowa Harry'ego Pottera wzmogły jeszcze dosadniej emocje kibiców.
"On go zabił! Panie profesorze [Dumbledorze − dopisek red.] on go zabił! Cedrik został zamordowany przez Lorda Voldemorta!" − cytat Harry'ego Pottera.
Niestety dyrektor, Albus Dumbledore, wziął sobie słowa chłopca bardzo na poważnie, ogłaszając na szkolnym apelu i siejąc tym samym popłoch wśród uczniów, że Sam Wiesz Kto odrodził się, a jego sprzymierzeńcy wznawiają swoje działania.
Rita Skeeter
...
Delikatna dłoń spoczęła na muskularnym ramieniu blondyna, przez co ten odwrócił się szybko za siebie. Kiedy dostrzegł przed sobą łagodne spojrzenie niebieskich oczu Suzanne, w jego duszy momentalnie zagościł spokój. 
− Co tutaj robisz? − rzucił do niej, dopijając Whisky do końca.
− A jak myślisz? Chcę zabrać cię do domu − stwierdziła dziewczyna miłym lecz stanowczym tonem.
− Daj mi spokój!
− O, nie! Zapomnij! − Pokręciła głową. − Zabiorę cię do twojego mieszkania.
− Skąd wiesz, gdzie mieszkam? − zdziwił się.
− Pokazałeś mi. − Złapała go pewnie za nadgarstek. − No błagam, nie daj się prosić. 
− Co będę z tego miał? − W jego oczach pojawiła się nuta rozbawienia.
− Świadomość, że będziemy w bardziej wymagającym miejscu niż podmiejska speluna. − Wzdrygnęła się.
− Jak mnie znalazłaś? − podrzucił.
− Intuicja − wyjaśniła, splatając ich dłonie. Rozejrzała się niechętnie po pomieszczeniu. Jego bywalcy byli zbyt pijani, aby zauważyć ich zniknięcie.
− Zaraz! − zaprotestował. − Co ty chcesz zrobić?
− Chodź! − warknęła, teleportując ich do ciemnego pomieszczenia.
Pośpiesznie zapaliła pobliską lampę dłonią, a wtedy korytarz wypełniło przyjazne światło, ukazując tym samym jego ceglane ściany, na których wisiało kilka kinowych plakatów. Posłała chłopakowi lekki uśmiech, przeczesując jego włosy dłonią. Jej palce były lodowate od deszczowej nocy.
Alex złapał ją za dłoń i przystawił ją do ust, a następnie pocałował. W niebieskich oczach dziewczyny dostrzegał zadziorne iskry. Uwielbiał, gdy pojawiały się w jej źrenicach. Wtedy miał pewność, że jest dla niego wyjątkowa.
− To brzmi idiotycznie, ale na tym świecie zostałaś mi chyba tylko ty − wyznał, przybliżając drobne ciało dziewczyny do siebie. Wtulił twarz w jej włosy w kolorze ciemnego blondu, pachnące kokosowym szamponem. 
− Nie jesteś sam. − Suzanne zaprzeczyła głową, stając na palcach, aby dostać wargami jego ust. Ten pocałunek był jednak zbyt krótki, by z twarzy chłopaka zniknął smutek.
− Uwielbiam cię − wyznał Alex, ponownie przytulając się do niej.
Dzisiejszego wieczora potrzebował od niej tylko tyle. Aby była blisko i aby zapewniała mu przyjemne ciepło. To którego nie zaznał już od dawna.
− Alastor był fatalną rodziną zastępczą − mówił dalej. − Przygarnął mnie, gdy byłem już starym koniem, ale nadal potrzebowałem uwagi. Wujek jest kompletnym przeciwieństwem mojej matki. 
− Alexie, nie musisz opowiadać, jeżeli nie chcesz... − Suzanne oderwała się od niego.
− Ale ja chcę − zaprzeczył, przyciągając ją do siebie. Musnął wargami skroń dziewczyny. − Nienawidził mojego ojca. Uważał go za złego człowieka, ponieważ popełnił w życiu jeden, głupi błąd. Wybaczył mu każdy tylko nie Alastor. − Suzanne przylgnęła mocniej do klatki piersiowej blondyna, wyraźnie czując jego spokojny oddech. − Wiesz, co zrobił? − mruknął. − Zabił. Zabił, ponieważ tak mu podpowiadało sumienie, a nie potrafił inaczej.
Lupin nie zareagowała. Cały czas ze spokojem znajdowała się w ramionach chłopaka.
− To był jakiś starzec, potrącił go mugolski kierowca, a od śmierci dzieliły go minuty. Mój ojciec przechadzał się wtedy tą samą ulicą. Kiedy go zobaczył, chciał mu pomóc, ale ten człowiek tego nie chciał. "I tak umrę, to dlaczego nie teraz", powiedział coś w tym stylu. Ale obrażenia stawały się coraz rozleglejsze, więc mój ojciec zrobił to, o co prosiły go oczy starca. 
− Dobrze zrobił − rzekła Suz.
− Mój ojciec też to wiedział. Jednak w przekonaniu Alastora był zwykłym mordercą niewinnego człowieka. Teraz uważa, że postawiony przed takim wyborem, uczyniłbym to samo, co mój ojciec, ale ja tego nie wiem. I nikt nie ma prawa tego wiedzieć! − Suzanne spojrzała na jego bladą twarz, a w jego oczach, które zawsze emanowały pewnością, teraz plątał się strach. − Zostałem przekreślony przez czyn, którego nawet nie popełniłem.
− Alex, jesteś dobrym człowiekiem. − Blondyn jednak pokręcił głową i nagle wyrwał się z jej objęć i skierował się do salonu. Opadł na kanapę i spojrzał w kierunku okna, za którego szybą rozciągała się panorama wiecznie żywego miasta mugoli. − Wiesz, że istnieją dwa rodzaje bólu? − rzucił w kierunku dziewczyny.
Suzanne po chwili znalazła się w pomieszczeniu i posłała blondynowi krzepiący uśmiech. 
− Ten niepotrzebny i ten kształcący − potaknęła. − Wiem, czytałam Odyseusza. 
− Właśnie, a ten człowiek cierpiał niepotrzebnie, a wtedy nie ma się żadnego wyboru.
Suzanne westchnęła ciężko i usiadła obok chłopaka na kanapie. Odsunęła z jego twarzy kilka uroczych kosmyków, dostrzegając tym samym zniewalający granat oczu blondyna.
− Kocham twoje oczy − wyznała, czując, że jej serce zaczyna bić szybciej.
− Kocham twój uśmiech. − Dłoń chłopaka dotknęła lekko jej policzka.
Dziewczyna nie namyślając się długo, przysunęła się do chłopaka i złożyła na jego ustach czuły pocałunek, który już po chwili przerodził się w słodki taniec ich nienasyconych warg. Suzanne znalazła się na kolanach blondyna, a jego dłonie dotykały zachłannie jej delikatnego ciała.
Ta chwila wydawała się dla nich tak bardzo ulotna.
Alex przeniósł swoje pocałunki na żuchwę dziewczyny, co Suzanne podsumowała cichym westchnieniem. Jej dłonie zaczęły z wolna odpinać pierwsze guziki koszuli chłopaka, jednak wtedy blondyn przerwał tę cudowną dla nich chwilę.
Przełknął ślinę, czując, że ta dziewczyna jest wszystkim, czego w tym momencie potrzebuje.
− Nie powinniśmy − powiedział, a jego dłonie znów znalazły się przy twarzy dziewczyny.
Suzanne skinęła powolnie głową. Z ulegania emocjom nigdy nie wynikało nic dobrego. 
Złożyła na jego ustach jeszcze ostatni pocałunek i teleportowała się na Grimmauld Place. Alex zasnął z błogim uśmiechem na twarzy.
...
Dumbledore usiadł na swoim fotelu w gabinecie, słysząc, że drzwi zostały otwarte. Po chwili znaleźli się przed nim dwaj Huncwoci, na których twarzach malowała się dojrzała powaga. Nawet oni wpadli w ręce dorosłości, a do samego końca zachowywał nadzieję, że zostanie w nich ta beztroska naiwność nastolatków.
− Dumbledorze, Molly została poinformowana − zaczął Black. − Weasleye pojawią się na Grimmauld Place w drugim tygodniu wakacji.
Albus oszczędnie skinął głową. Czuł w sobie gorycz, która już od dawna nie pojawiła się w jego wnętrzu. Miał wyrzuty sumienia, których nie w sposób było ugasić.
− Usiądźcie. − Machnął na nich ręką, co też mężczyźni szybko zrobili. − Cedrik Diggory nie żyje − wyznał im.
− Wiemy, Dumbledorze, pisano o tym w gazetach. − Remus posłał mu zaniepokojone spojrzenie.
− Nie żyje z mojej winy. − Albus oparł brodę na złączonych palcach.
− Dumbledorze, chociaż ty zachowaj racjonalizm w tych czasach − poprosił Black. − Wszyscy wiemy, że to nie jest twoja wina. To Voldemort za to odpowiada!
− Mogłem temu zapobiec − mówił dalej starzec. − Wiedziałem, że to się stanie, ale niczego nie zrobiłem!
Dwaj Huncwoci wymienili ze sobą zdziwione spojrzenia.
− Albusie, zrobiłeś tyle, ile było trzeba − Lupin starał się go pocieszyć.
− Ale nie tak jak trzeba. Straciłem ucznia, a mogłem temu zapobiec!
− Albusie!
− Nie, Syriuszu. Wysłuchałem przepowiedni Trelawney. − Na tę informację mężczyźni wstrzymali na chwilę oddech. − Wygłosiła ją na początku tamtych wakacji, kilka dni po reaktywacji Zakonu.
− Co mówiła? − spytał Black, a ze zdenerwowania jego dłonie zaczęły drżeć.
− Że na cmentarzu zbierze się osiem postaci... − wyznał, a następnie zamilkł.
− Te osiem osób to Voldemort, Pettigrew, Malfoy, Avery, Nott, Micnair, Harry, Cedrik? − spytał Black.
− Tak − potaknął niechętnie starzec. − Harry i Voldemort musieli tam być... Avery, Malfoy, Micnair, Nott i Pettigrew nie mieli wyboru...
−  A Cedrik?
− Ósma osoba miała być zbędna ale ważna − powiedział. − Myślałem, że chodzi o Suzanne.
− Bałeś się, że Suz trafi do Turnieju, a Voldemort ją zabije, więc nie puściłeś jej w tym roku do Hogwartu! − powiedział Remus, zasłaniając dłonią usta.
Perspektywa stracenia siostry wypełniła go przerażeniem.
− Nakreśliłem linię wieku, bo myślałem, że usunięcie Suzanne z Hogwartu nie wystarczy. Że Harry albo któryś z bliźniaków dostanie się do turnieju. A przecież potrzebujemy ich żywych! Poza tym słyszałeś, Remusie, Fletchera. Skoro Śmierciożercy i przychylni Voldemorta są w ministerstwie, muszą znajdować się też w Hogwarcie. Suzanne mogła być pod obserwacją któregoś z nich w szkole, a bliźniacy mogli przecież dostać się do turnieju! Nie mogę stracić tej dwójki!
− Jak widać, chodziło o Cedrika, a nie o Suzanne czy bliźniaków − mruknął Black.
− Jednak myśl o straceniu tego chłopca napełnia mnie mniejszym lękiem. Śmierć Suzanne czy bliźniaków odczulibyśmy wszyscy.
− Albusie... − Nagle Remus podniósł głowę. − Istnieje jakaś przepowiednia, mam rację? Istnieje jakaś przepowiednia dotycząca bliźniaków i Suzanne.
− Nie nazwałbym tego przepowiednią. Ludzie tacy, jak ta trójka, mają w sobie energię, która przydaje się w trudnych chwilach. Gwarantuję wam, że wojna, której początku właśnie jesteśmy świadkami, nie raz utwierdzi was w przekonaniu, że nadzieja zawsze umiera ostatnia.
Mężczyźni patrzyli na Dumbledore'a w niezrozumieniu.
− Wy, Huncwoci, byliście iskierką, która dawała nam nadzieję podczas pierwszej wojny. Niestety w jej trakcie wyszły stare spory, których nie byliście w stanie przezwyciężyć. Dlatego James zginął, ty, Syriuszu, trafiłeś do Azkabanu, a ty, Remusie, przez prawie trzynaście lat żyłeś jak uciekinier na uboczu. Peter przez kompleksy, jakie rosły w nim przez te wszystkie lata, postanowił zdradzić. Ale teraz nie możemy do tego dopuścić.
− Albusie... − Remus odważył się zabrać głos. − Czy mam rozumieć, że Suzanne teraz będzie mogła wrócić do Hogwartu?
− Będzie mogła wrócić, a raczej będzie to dla niej koniecznością.

piątek, 11 maja 2018

Rozdział 83

Rozdział 83.
...
Remus szedł tuż za Dorą, która od czasu ich wyjścia z pomieszczenia, gdzie siedział Dumbledore, usilnie starała się nie zamieniać z nim zbytecznej wymiany zdań. Kobieta szła w kierunku starego, opuszczonego domu, a koniec jej różdżki wystawał prawie że niezauważenie ze skórzanej kurtki jej matki. Im bliżej znajdowali się ganku, tym bardziej napadała ich przygnębiająca atmosfera tego miejsca.
Kamienny dom Riddle'ów był wzniesiony na wzgórzu otoczonym przez wysoki kamienny płot, gdzieniegdzie porośnięty mchem. W kierunku drzwi prowadziła ukryta wręcz ścieżka żwiru, która już dawno została częściowo zastąpiona przez wściekle rosnącą, wysoką trawę. Na trawniku znajdował się długi, ciągnący się przez prawie całą działkę dół, którego zadaniem było kiedyś transportowanie wody po ogromnym ogrodzie. 
Dom wcale nie prezentował się lepiej. Poszarzałe mury w niczym już nie przypominały siebie sprzed pięćdziesięciu lat, a gzymsy doszczętnie poodpadały − tym samym tępiąc wystające z murów gargulce, spod których łon już dawno nie skapywała woda.
− Nie podoba mi się ta cisza −  stwierdził Remus, zrównując się z Nimfadorą, która nie zareagowała na jego słowa.
W pewnym sensie została zmuszona do tej misji, a dodatkowa obecność Lupina tym bardziej działała jej na nerwy.
− Słyszysz mnie? −  Złapał ją za nadgarstek, zatrzymując się. Tonks musiała zrobić to samo.
− A czego spodziewałeś się po niedawnej kryjówce Sam Wiesz Kogo? −  prychnęła. −  Może, że na budynku będzie baner: "jestem w środku", a powita nas kamerdyner z szampanem.
− Raczej chodziło mi o pułapki. −  Mężczyzna przez chwilę miał złożone usta w cienką linię. −  Nie zostawiłby swojej kryjówki bez żadnego zabezpieczenia.
− Dlatego wzięliśmy ze sobą różdżki − warknęła, wyrywając się z jego uścisku i rozglądając się po okolicy. −  Nie rozumiem, dlaczego w ogóle zgłosiłeś nas do tej misji −  dodała po chwili.
Remus nagle zmieszał się nieco. Co jej miał powiedzieć? Że chce się pogodzić, bo zaczyna go to powoli męczyć? To było niedorzeczne, ale jeżeli nadal będą się tak ze sobą żreć, to nie skończy się to niczym dobrym.
− Liczyłem na odrobinę empatii z twojej strony.
− Jakiej empatii? − fuknęła. − Chcesz mnie sprowokować, abym w końcu ci coś zrobiła? − Skrzyżowała ręce na piersi.
− Nigdy nie miałem takiego zamiaru.
Kobieta zdobyła się jedynie na przewrócenie oczami. Odwróciła się od mężczyzny i znów ruszyła w kierunku budynku. Przysięgała sobie pod nosem, że będzie to ich ostatnia wspólna akcja.
Remus posłał jej obojętne spojrzenie. Na nic innego nie mógł się zmusić, czego na szczęście ona nie widziała. Miała bardzo zgrabny tyłek. Zaklął na tę myśl − zbyt dużo czasu spędzał z Blackiem.
W milczeniu znów zaczął podążać za kobietą.
...
Black zaśmiał się do siebie radośnie.
A więc znowu to robił? Znów stał się uciekinierem, który przebywał w ukryciu w jakiejś jaskini przy Hogsmeade. Ale wiedział, że to, co robił, było słuszne. Harry potrzebował jego wsparcia tutaj, a nie w listach z Grimmauld Place. Posłał sobie kolejny uśmiech przynoszący mu tyle satysfakcji.
Remus dał mu za ten pomysł tak ogromną reprymendę, że był już pewny, że robi dobrze. Siedzenie w tamtym domu jeszcze kilka dni dłużej wywołałoby u niego szaleństwo − o ile już nie był szaleńcem, jak powiedział mu Remus we Wrzeszczącej Chacie.
Oparł się beztrosko o chłodny mur. Był początek kwietnia, a pogoda była wręcz marzeniem. A wszystko zaczęło układać się po jego myśli. Znów w ciele psa odwiedzał Maureen, a raz nawet spotkał się z Harrym. Jedynym minusem był ciągły głód. Jego brzuch dopominał się jedzenia, które dla Syriusza było bardzo trudno dostępne.
Wprawdzie Potter wraz z Ronem i Hermioną czasem podrzucali mu sową jakieś kąski, ale ile czasu można wyżyć na takim czymś?
− Ciężko pracujesz? − Dobiegł do niego drwiący głos, przez który poruszył się niespokojnie.
Tuż przed nim znajdowała się szczupła nastolatka, na której twarzy usta wykrzywiały się w jawnym grymasie lekceważenia. W niebieskich oczach tańczyły te złowieszcze ogniki, sprawiające wrażenie nieokiełznanych. 
Syriuszowi wydawało się, że zepsuł nieco tę dziewczynę. Przez ostatni rok Suzanne straciła wiele ze swojej dotychczasowej niewinności i ochoty do zbędnego zaufania ludziom. Dorosła, to było widać. 
− Jak się tu znalazłaś? − rzucił, podnosząc się z ziemi. Może i Lupin podrosła ostatnimi czasy, ale nadal bezprecedensowo nad nią górował. Jeszcze z dobre dziesięć centymetrów.
− Teleportacja. − Wykrzywiła się.
− Nie słyszałem trzasku.
− Bo nie był mi potrzebny − odparła wartko, unosząc mały woreczek na wysokość oczu mężczyzny. − Ja za to słyszę, że burczy ci w brzuchu. − Drugą dłonią uderzyła go w splot słoneczny. Parsknęła śmiechem, na widok grymasu bólu na twarzy azkabańskiego zbiega.
− Bardzo śmieszne. − Sapnął Syriusz, łapiąc się za brzuch.
− Mnie też to rozbawiło. Ale do rzeczy... − Suzanne nie zaprzątała sobie głowy troską o Blacka. − Pomyślałam, że głupio by było, gdybyś umarł z głodu, a więc przyniosłam ci obiad.
Czarnowłosy momentalnie się wyprostował i spojrzał na nią z nadzieją.
− A jednak nie zniszczyliśmy cię tak zupełnie. − Uśmiechnął się.
− O jakim zniszczeniu mówisz? − Podała mu worek, z którego Black wyjął udko kurczaka i pajdę chleba.
Przez ostatnie trzy miesiące misji strasznie schudł, a jego włosy były w opłakanym stanie. Ubranie w niczym nie przypomniało tego, w jakim Suzanne wypuściła go z domu w styczniu. Na twarzy widniała jedna świeża blizna.
− Nie zauważyłaś? Zmieniłaś się od czasu... − stwierdził Black, a Suzanne uznała go za hipokrytę.
− ...Gdy opuściłam Hogwart − przerwała mu. − Nie wiem, czy zauważyłeś, ale ludzie się zmieniają. Następuje to prędzej czy później.
− Ja jestem taki sam jak piętnaście lat temu.
− Uwierz mi, że to nieprawda. A poza tym, co ty sobie zrobiłeś w włosami? Wyglądasz, jakbyś po raz drugi uciekł z Azkabanu!
− Myślisz, że byłbym do tego zdolny? − Posłał jej oko.
− Dałam ci nożyczki w worku. Radzę ci doprowadzić się do porządku.
...
Nimfadora wywarzyła drzwi domu, co Remus podsumował krótkim jękiem irytacji. Tonks była po prostu niepoważna. 
Weszli do holu, w którym poza pleśnią na suficie i zmechaconym dywanem nie znajdowało się nic godnego uwagi. W ścianach były wyżłobione głębokie dziury, a niektóre z nich przelatywały mur na wylot, dzięki czemu można był zobaczyć tamte pomieszczenia.
Remus prowadzony przez ciekawość, nachylił się nad jedną z nich. Dostrzegł przestronne pomieszczenie, które swoją ogólną kreacją przypominało mu Wrzeszczącą Chatę. Porozrzucane i poharatane meble walające się po podłodze i ciemne barwy zrobiły swoje.
− Pośpiesz się − syknęła szeptem kobieta, a jej różdżka co chwilę przeskakiwała na inny przedmiot. 
− Spokojnie − mruknął. − Dom jest pusty.
− Skąd taka pewność?
− Sam Wiesz Kto nie pozwoliłby nam wejść tak daleko. Gdyby tu był, już dawno leżelibyśmy martwi.
Tonks przełknęła ślinę. Opanowanie, z jakim Remus mówił o śmierci i Voldemorcie, wywołało u niej dreszcze. Kobieta nie miała do czynienia z Czarnym Panem i jego okrucieństwem, ale nie sądziła, że osoba, która tego doświadczyła, będzie o tym mówić tak spokojnie.
− Nie boisz się go? − spytała, a jej głos nareszcie nie był przesiąknięty jadem. Remusa lekko pocieszył ten fakt.
− Obawiam się tego, co może zrobić. Strach przed samym człowiekiem jest bezsensowny − odparł, rozglądając się starannie po kolejnych pomieszczeniach. 
− Po tym wszystkim, co ci zrobił, jesteś w stanie mówić o nim z takim spokojem? − drążyła dalej.
− Zrobił to samo wszystkim − wytłumaczył, czując, że w jego głowie pojawia się ostrzegawczy głos. Tonks nie zauważyła nagłego grymasu na jego twarzy. Postanowił kontynuować. − Jeżeli bałbym się go tak samo jak wszyscy, nie byłoby mnie teraz tutaj. − Ruszył w kierunku schodów.
− Suzanne mówiłeś, że...
− Suzanne jest specyficznym człowiekiem, któremu nie można mówić tego, co chce usłyszeć. Ma ona w sobie pewną nadinterpretację zdarzeń. Sama powinna dojść do moich wniosków. Jeżeli powiedziałbym jej, że Sama Wiesz Kogo nie należy się obawiać, a tego, co robi, to Suz nie zgodziłaby się ze mną. A tak... − Nagle zamilkł, słysząc cichy szelest.
Tonks niczego nie usłyszała.
− Mówisz, że się go nie boisz. W takim razie dlaczego nie używasz jego imienia?
− Żeby go nie prowokować − stwierdził szeptem, stawiając pierwszy krok na piętrze.
− A co z twoją likantropią oraz mordercą twoich rodziców? Tego Suzanne także nie powiesz?
− Co konkretnie miałbym jej powiedzieć? − Przez chwilę odwrócił wzrok na Tonks.
− Kim byli, jakieś szczegóły z tym związane − prychnęła.
− Mordercy rodziców nie znam. A Greybacka nie mam zamiaru jej przedstawiać. − Ponownie spojrzał na niedomknięte drzwi. Wydało mu się, że ponownie wydobył się zza nich jakiś dźwięk. 
− Dlaczego?
− Bo to potwór, a Suzanne jest skrajnie nieostrożna. Szukała Blacka i go znalazła.
− Black nie był niebezpieczny.
− Ale była taka możliwość. Nie powiem jej o człowieku, który nie cofnie się przed niczym.
− Ona kiedyś się dowie − upierała się.
− W tej historii nie ma nic niezwykłego. Ot, zwykła zemsta na moim ojcu i nic więcej.
− To z twojej strony samolubne, wiesz? − fuknęła w chwili, gdy do uszu Remusa dotarł kolejny podejrzany dźwięk.
− Cicho − rzucił.
− Aha, teraz będziesz mnie uciszał i....
− Cicho.
− Przestań. Nie możesz po prostu zaakceptować przeszłości i...
− Cicho bądź − warknął prawie że bezgłośnie.
− Nie będę cicho, z resztą nie ma takiej potrzeby. Powiedz mi tylko, co ci przynosi wieczne trwanie w kłamstwie?
...
Mundungus Fletcher był niskim kudłatym mężczyzną, którego twarz wyglądała jak ziemia po oraniu − liczne bruzdy, szramy i zmarszczki robiły swoje. 
Wszędzie dostrzegał okazję i szansę wzbogacenia się, więc nie inaczej było tym razem, gdy usłyszał tak cudowną ofertę. Dla tak wysoko postawionego polityka, jakim była ta kobieta, mógłby to zrobić nawet za pół darmo. Jedyną przeszkodę stanowił wzmagający się strach w związku z przebywaniem w tym opuszczonym, brudnym miejscu. 
Szybko jednak okazało się faktycznie opuszczone, a Fletcher w spokoju mógł zajmować się poszukiwaniem tego cennego świecidełka, którego wygląd, prawdę mówiąc, był mu nieco nieznany i nieokreślony. Zielony błysk miał mu ułatwić sprawę.
Do czasu. W pewnym momencie w tym starym domu rozległ się głośny trzask, który postawił jego wszystkie włosy na rękach dęba. Zagryzł wargę i wytrzeszczył oczy. 
Jeżeli byli to śmierciożercy, nie było mowy, aby uciekł i przeżył. Rozejrzał się z przerażeniem po pomieszczeniu, ale prócz fotela, w którego oparciu znajdował się kieł węża (mimowolnie wyrwał go stamtąd i wsadził do kieszeni), nie było szans na kryjówkę. 
Ci czarodzieje! Na dom było, na jego nieszczęście, rzucone zaklęcie antyteleportacyjne, a wyskakiwanie przez okno nie uśmiechało się staremu Fletcherowi. Przełknął gulę, która na chwilę nie pozwalała mu wziąć powietrza do płuc.
Spojrzał nieporadnie w górę, a następnie upadł bezradnie na podłogę i złożył dłonie do modlitwy. 
− Święta Maryjo... − wyrzucił z siebie słowa, które jako jedyne pozostały mu w głowie. Nie odmawiał ich od bardzo dawna, przez co w pierwszej chwili zdziwił się, że jeszcze je pamięta. − Bogurodzico Dziewico, obieram sobie dzisiaj Ciebie za Panią... Orędowniczkę... Patronkę, Opiekunkę i Matkę moją! − W jego oczach pojawiły się łzy, które po chwili zaczęły spływać po trzęsących się policzkach. Bał się śmierci! Bał się tej cholernej śmierci. − Postanawiam sobie mocno i przyrzekam, że Cię nigdy nie opuszczę, nie powiem i nie uczynię nic przeciwko Tobie. Jeżeli ty także tego nie zrobisz przeciwko mnie! − zagroził, rozumiejąc, że to mu niczego nie da.
Usłyszał wyraźne kroki na korytarzu. Zagryzł policzki od wewnętrznej strony.
Sięgnął drżącą dłonią po różdżkę i wstał na chybotliwych nogach. Nie po to kiedyś przydzielono go do Gryffindoru, aby teraz zginąć jako tchórz! Skierował koniec różdżki w stronę drzwi, chowając się za fotelem.
Po chwili te otworzyły się, a wtedy z końca jego ostatniej nadziei wystrzelił niebieski promień światła.
− Expulso!
Niestety czar został odbity, a w jego kierunku poleciały kolejne dwa zaklęcia. 
Remus patrzył zacięcie w kierunku postaci dygocącej się za fotelem. Czuł, że tuż za nim Tonks jest równie zaskoczona, co osoba skrywająca się przed nimi.
− Expelliarmus! − warknął Remus, wyrywając z rąk przeciwnika różdżkę. 
Przedmiot potoczył się po podłodze tuż do jego stóp. Dora podniosła go szybko.
− Właścicielką jest Berta Jorkins − powiedziała.
− Ona nie żyje! − zaprzeczył Remus. − Drętwota! − Zaklęcie chybiło.
− Pokaż się! − rzuciła Tonks.
Fletcher przez chwilę wahał się nad słowami kobiety. Coś mu podpowiadało, że nie byli to śmierciożercy.
− Nazwiska! − wystękał.
− Żadnych nazwisk nie dostaniesz. Drętwota!
− Pokarz się, a nic ci się nie stanie. − Przerwała Tonks Remusowi.
− Nazwiska! − zawył Fletcher, szukając po kieszeniach tego przeklętego proszku, który dała mu pani minister.
− Jesteś bezbronny, wyjdź, a nic ci się nie stanie! − orzekła kobieta, stawiając dwa kroki w jego stronę.
Mundungus poczuł pod palcami sypką substancję.
− Pokarz się, a nic ci się nie... − zaczęła znowu, ale wtedy Fletcher rzucił w jej kierunku srebrnym proszkiem, który pod wpływem prędkości zaczął wydzielać w pomieszczeniu silny odór starych jabłek.
Korzystając z zamieszania, wyskoczył zza fotela i pobiegł w kierunku wyjścia. 
Ręka Remusa zacisnęła się wtedy na jego kołnierzu i przyciągnęła go do siebie. Kilka sekund później Tonks poradziła sobie z drażniącym pyłem.
Kiedy oboje podnieśli oczy, ujrzeli zmizerniałego Fletchera, który patrzył na nich z lekkim niedowierzaniem. Bardziej na Remusa niż Nimfadorę.
− Wiedziałem, że już kiedyś słyszałem ten głos − rzucił do niego na przywitanie, na co Lupin przycisnął go mocno do ściany. Fletcher stęknął cicho. − Dobrze, już nie będę, ale przestań. Boli!
− Co tutaj robisz? − warknął Remus.
− Interesy.
− Powtarzam, co tutaj robisz?
− Mówię przecież. W dzisiejszych czasach coraz trudniej o dobrą fuchę. Biorę, co dają.
− Kto zlecił ci okradanie domu Riddle'ów?
− Okradanie? Nigdy w życiu, Remusie, co ty sobie o mnie myślisz? − Lupin podniósł wyzywająco brew. − Nie mogę powiedzieć.
− Zobaczymy, czy Dumbledore będzie tego samego zdania − wtrąciła kobieta.
...
Przy stole w kuchni Blacków znajdowali się prawie wszyscy członkowie Zakonu. Nie licząc Moody'ego, Syriusza oraz Nimfadory i Remusa, którzy mieli dotrzeć w trakcie.
− Przepraszam, że zrobiłem zebranie tak nagle, ale przypominam, że ostatnie zadanie turnieju zbliża się wielkimi krokami − powiedział Dumbledore, na co większość zebranych osób nie zareagowała. − Zbliża się, a my nadal nie mamy pojęcia, gdzie znajduje się Voldemort! − Część poruszyła się niespokojnie. − Na razie jest słaby, czuje to nawet pan Potter, ale kiedy się odrodzi, a niestety zbiera się na to już od dawna, obawiam się, że nie poradzimy sobie z pokonaniem go.
− Przecież szukamy nowych członków! − oburzyła się Emily.
− Ile osób doszło? Emmelina Vance, Aberforth − Dyrektor wskazał na kobietę i swojego brata. − Artur Weasley na razie się waha, jego synowie pojawią się w Europie dopiero w czerwcu, chociaż Molly jest tego całkowitą przeciwniczką. Nauczycieli Hogwartu nie chcę w to na razie angażować, a... 
− Nie ma możliwości, aby nastolatkowie dołączyli do Zakonu? − podrzucił Alex.
− Nie ma takiej możliwości. − orzekł twardo Albus. − Ale wiem, że między innymi panowie Weasley będą bardzo nieszczęśliwi z tego faktu. − Spojrzał na Suzanne.
− Mnie przyjęliście − rzuciła dziewczyna.
− Nie figurujesz, Suz, jako członek Zakonu. − Albus sprowadził ją na ziemię. − Jesteś raczej sojusznikiem. 
− W takim razie bliźniacy i reszta także będą mogli zostać sojusznikami.
− Są niepełnoletni, a więc o tym decydować będą ich rodzice. Na ich przychylność nie ma co liczyć.
Suzanne skinęła głową w momencie, gdy nagle drzwi pomieszczenia otworzyły się. Do środka weszli Remus i Tonks, trzymający jakiegoś niskiego mężczyznę.
− Na litość, co wy robicie z Fletcherem? − skarcił ich Dumbledore. − Powinniście być w domu Riddle'ów, a nie szwendać się za nim!
− Znaleźliśmy go w domu Riddle'ów, Dumbledorze. Dostał zlecenie od jakiegoś urzędnika z ministerstwa. 
− Zlecenie na co?
− Nie wiem. − Fletcher wyszarpał się z ich uścisku. − Taki naszyjnik z zielonym świecidełkiem w środku. Miał być jakiś niezniszczalny, czy coś.
Albus wyprostował się jeszcze bardziej niż zwykle.
− Koniec zebrania − warknął do pozostałych. 
Członkowie Zakonu momentalnie opuścili pomieszczenie, a wtedy Dumbledore rzucił na kuchnię zaklęcie wyciszające. Spojrzał srogo na Fletchera.
Remus i Nimfadora znów trzymali go za nadgarstki.
− Od kogo dostałeś to zlecenie?
− Przyrzekłem, że nie wygadam, Albusie. − Spuścił wzrok. 
− Przyrzekałeś być wiernym mnie! − uniósł się starzec. − Powiedz, kto kazał ci znaleźć medalion Slytherina!
− Nie wiem, znaczy... Taka pani minister, no, tego... z Ministerstwa... od Knota. Pracuje w dziale... chyba od Niewłaściwego Użycia Magii.
Dumbledore ułożył usta w cienką linię.
− Miałeś być wierny mnie.
− Byłem, to znaczy jestem, ale... Nie sądziłem, że to taka poważna sprawa − usprawiedliwiał się Mundungus.
− Wszystko, co dotyczy Voldemorta, jest poważne! − W błękitnych oczach Dumbledore'a zatańczyła furia. − Mundungusie, obiecaj mi, że dopóki żyję na tym świecie, nie skontaktujesz się więcej z Dolores Umbridge, rozumiesz?
− Przyrzekam, że nigdy... nie skontaktuję się więcej... z Dolores Umbridge. − Załkał.
− Puśćcie go! − Dyrektor machnął ręką na Lupina i Tonks, którzy szybko wykonali jego polecenie.
Albus opadł na pobliskie krzesło i upił łyk ciepłej herbaty z filiżanki.
− Wracaj do domu, Fletcher. Ale pamiętaj, że przysięgi do czegoś zobowiązują − zagroził starzec.
Mundungus pokiwał dynamicznie głową i wyszedł z pomieszczenia. 
Remus wymienił z Dorą porozumiewawcze spojrzenie.
− Albusie. − Lupin zrównał się ze starcem. − Co to właściwie oznacza?
− Drogi Remusie − Dyrektor pogładził jego policzek. − Obawiam się, że spełniają się moje najgorsze przypuszczenia. − Remus zrobił niezrozumiałą minę. − Lord Voldemort szantażuje pracowników ministerstwa ich wykroczeniami z dawnych lat. Medalion Slytherina jest jednym z horkruksów Voldemorta. Na nasze nieszczęście schowano go lepiej niż tylko w opuszczonym domu.
Remus przygryzł wargę. 
− Ile jest tych horkruksów? − spytał drżącym głosem.
− Nie wiem. Może jeden, może dwa. Może być też tyle, ile Voldemort zamordował osób.
...
Alex patrzył na Suzanne z rozbawieniem. 
−  Suzanne błagam cię, przecież to nic takiego.
−  Alex, nie zmusisz mnie do tego! Nie rozumiesz? − odparła, krzyżując ręce na piersi.
−  Nie! − zaprzeczył, rzucając w jej kierunku niewerbalnym czarem, który dziewczyna bezbłędnie odbiła.
Przez kilka następnych chwil otaczały ich kolorowe wiązki świateł niosących za sobą zaklęcia. 
−  To co powiesz na teraz? − spytał, starając się ustabilizować oddech.
−  Alex! − prychnęła dziewczyna.
−  Imperio! −  zaczął ostrzegawczo.
−  Protego. − Przed Suzanne pojawiła się biała tarcza nie zdołająca odbić zaklęcia.
Poczuła, że z jej głowy uciekają kolejne myśli i zastępowane są pustką. Wszystko zniknęło, nie zostawiając za sobą żadnego wspomnienia. Tylko przerażająca mgła, z której wydobywały się kolejne polecenia.
Usiądź! − Wstań! − Pocałuj mnie!
Przerwała łącze, nie dając zawładnąć sobą woli chłopaka.
−  Suzanne, wiesz, że jeżeli chcesz uciec od zaklęcia niewybaczalnego, musisz je rzucić w równym czasie, co twój przeciwnik. − zakpił chłopak.
−  Przestań! 
−  Imperio!
Po raz kolejny ślepa pustka i niebyt. Okradana ze wspomnień z bratem, Syriuszem, bliźniakami. Resztką sił przerwała chłopakowi, tym samym upadając na ziemię.
−  Nieźle − skwitował Alex. − To co, Suz, skusisz się?
−  Nigdy mnie nie...
−  Chce pooglądać jeszcze twoje starcia z bliźniakami. Imper... − zaczął.
−  Imperio!
Teraz to Alex poczuł, że z jego głowy uciekają jego myśli i są pochłaniane przez dziewczynę. Chciał się postawić, ale wtedy Suzanne pogłębiła czar. W jej oczach dostrzegł coś bliskiego furii.
Usiądź! − wykonał polecenie. Turlaj się! − wykonał polecenie. − Grzeczny z ciebie piesek. Jego ciałem rzucił zimny dreszcz. Spojrzał na dziewczynę z lekkim przestrachem. Może nie powinien jej prowokować? Waruj! − Wykonał polecenie, ponieważ nie miał innego wyboru. Poza tym nie mógł się jej postawić. Odnosił wrażenie, że trzy silne dłonie atakują go od wewnątrz. Jedna ciało, druga umysł, a trzecia duszę. Wysysały z niego wszystko. 
Suzanne odczuwała ogromny przyrost magicznej energii, co było bardzo ciekawym zjawiskiem. Zdawało jej się, że Alex jest taki bezbronny. Nagle poczuła nad nim nieograniczoną władzę. Mogła kazać zrobić mu wszystko!
I właśnie wtedy przeraziło ją to zaklęcie. Przerwała je, a w jej oczach znów pojawiło się coś więcej, niż tylko chęć jego zagłady. Przyłożyła rękę do ust, zasłaniając je.
−  Wiedziałem, że ci się uda. − Alex podniósł się z ziemi, a wypełniała go duma.
Udało mu się zmusić ją do rzucenia pierwszego w jej życiu zaklęcia niewybaczalnego!
−  Dupek! −  syknęła instynktownie, zabierając dłoń.
−  Ale i tak mnie uwielbiasz, prawda? − Wyszczerzył się, lecz Suz zacisnęła usta w cienką linię. −  Suzanne, nie wściekaj się na mnie.
−  Imperio! −  rzuciła znowu, przez co chłopak poczuł ogromną chęć do wyjścia z pomieszczenia.
−  Suzanne, nie chcę... −  szarpał się.
−  Wyjdź! − warknęła, wypychając go za drzwi.
Zamknęła za nim z trzaskiem drzwi, a wtedy na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech pełen satysfakcji.