piątek, 30 listopada 2018

Rozdział 117 - II

Przedmieścia Leeds o północy były jednym z bardziej opuszczonych miejsc na świecie. Nawet Hogwart o tej porze zdawał się bardziej tętnić życiem. Tam przynajmniej pałętał się po korytarzach Filch wraz z Panią Norris. Trójka byłych gryfonów miała ochotę choć na chwilę cofnąć się do dawnych czasów szkolnych.

Ulica Greenvine, jak brzmiał napis na białym znaku, była oświetlana przez dwie latarnie. Jedna z nich stała przy kamienicy z numerem 1; druga natomiast oświetlała tę z 29. Ich obowiązek szedł im dosyć opornie. Żarówki były na tyle słabe, że przeganiały mrok tylko na kilka stóp od siebie, tak więc całą ulicę spowijał mrok.

- Upiorne miejsce - parsknął Jordan, wytężając starannie wzrok. Nie widział nic prócz drobnego punktu przed sobą: drugiej latarni.

- Nie musisz tego komentować - upomniała go idąca obok Angelina.

- Shhh - szepnął George, skręcając i kierując się w stronę budynku z numerem 19.

Jego przyjaciele posłusznie zamilki, nie odstępując rudzielca na krok.

Chłopak wszedł na ganek i zaglądając przez szybkę w wejściowych drzwiach, rzucił na siebie zaklęcie niewidzialności.

Angelina i Lee uczynili to samo.

"Od teraz porozumiewamy się TYLKO w myślach" - usłyszeli w głowach ciemnoskórzy. Jordan instynktownie skinął głową. Wtedy Weasley otworzył drzwi zaklęciem, więc szybko wtargnęli do środka.

I momentalnie zostali przywitani ostrym zapachem rozkładającego się mięsa. George wyciągnął z kieszeni różdżkę i zakrywając usta dłonią, ruszył za silnym odorem dobiegającym z kuchni.

Usłyszał za sobą myśli Lee, że należy szybko się stąd ewakuować. Nie było takiej opcji.

Minął próg pomieszczenia, gdzie wszystko było otoczone ciemnością. To było nierozważne, ale zapalił światło swojej różdżki, która oświetliła część podłogi.

George poczuł jak treść żołądka zbliża się mu do gardła. Na kafelkach rozciągała się czerwona ciecz, która już dawno zastygła. Kilka kroków od najdalej wysuniętego strumienia krwi, znajdowało się ciało małego dziecka. Blondwłosy chłopiec leżał twarzą do ziemi, a jego kończyny zostały wykręcone w nienaturalny sposób. Z drobnych pleców wystawała rączka noża.

George zaklął w myślach, identyfikując dziecko jako Kaya Oxyga. Najmłodsze dziecko zamieszkującego ten dom małżeństwa.

Weasley wycofał się z kuchni, rzucając na cały dom barierę ochronną. Teraz nikt z zewnątrz nie mógł zobaczyć, co się dzieje w środku. Zapalił światło i dostrzegając schody na górę, wbiegł pospiesznie po nich, chcąc zlokalizować resztę ofiar.

"Znaleźliście kogoś?" - spytał, a wtedy Lee wychylił się z jednego z pomieszczeń.

"Tu są rodzice" - odparł, wykrzywiając usta w grymasie smutku.

"A reszta?" - George zaczął otwierać kolejne pokoje w poszukiwaniu innych ciał. Niczego nie zastał.

Po chwili Johnson dotarła do nich z dołu.

- Dom jest pusty - rzekła śmiertelnym tonem.

- A gdzie pozostałe dzieci? - spytał George, czując rosnącą złość. W zasadzie czego się spodziewał po tym, jak przeczytał akta. Oczywistym było, że ta sprawa była popaprana.

- Zapewne śmierciożercy ich zabrali. Dwaj szesnastoletni chłopcy i piętnastoletnia dziewczyna - mruknął Jordan.

- Nie ma szans, że uciekli? - spierał się George.

- To mugole. Nie poradziliby sobie.

- Rodzice i ten mały zginęli bez użycia magii.

- Bezsprzecznie, ale chyba nie mamy wątpliwości, kto to zrobił.

- Myślicie, że Suzanne i Julię też... - Angelinie załamał się głos.

- Myślę że one tutaj nawet nie dotarły - odparł Jordan, a przyjaciele posłali mu zaskoczone spojrzenia. - Gdyby dotarły, ci ludzie zginęliby od czarów. To wszystko jest upozorowane. W razie, jakby policja znalazła ciała, to zbrodnia musiała być popełniona w zrozumiały dla nich sposób.

- Czyli co mamy napisać Dumbledore'owi? Że śmierciożercy porwali Suzanne i Julię już wcześniej, przez co nawet tu nie dotarły? A rodzina została uciszona w mugolski sposób.

- A co z sąsiadami? Nie zauważyliby niczego? Że wielodzietna rodzina nagle się nie pokazuje?

- Może zmodyfikowano im pamięć?

- Właśnie dlatego musimy to zbadać. Nie informujemy dyrektora, póki nie dowiemy się, o co tutaj chodzi - polecił George, wchodząc do sypialni.

Na łóżku leżało zakrwawione ciało krzepkiego mężczyzny. Cała pościel była umazana w czerwonej cieczy. Tak samo prezentowała się toaletka, na której opierała się pani Oxyg.

Ciała musiały się znajdować w takim ułożeniu już od kilku miesięcy.

...

Mantle zakasał rękawy swojej koszuli i poruszył szyją, gdzie strzyknęły kręgi, przyczyniając się do odczucia ulgi. Mężczyzna wskoczył na upozorowany ring i stanął w jednym z jego końców. Wykrzywił usta w sposób zachłanny, przepełniała go pewność siebie i przekonanie o zwycięstwie. Na przeciw niego znajdował się Snake.

W tej walce to on był jego przeciwnikiem.

Stawka dla obu mężczyzn była cholernie wysoka. Czaszka dzięki której dało się ukryć wielkie rzeczy stanowiła nagrodę główną.

Fred chwycił za swoją różdżkę, muskając ją opuszkami palców. Jej przyjemna drewniana faktura wywołała w nim dreszcze.

Snake także czuł się bardzo pewnie. Nie miał przy sobie różdżki, dysponował za to czymś lepszym. Jad ogra powodował na tyle silne urazy, że wystarczało kilka kropel, by ktoś padł martwy. Bardzo często posiłkował się tą bronią. Nie raz pokonywał nią wielu naiwniaków.

Fred przełknął ślinę, posyłając sędziemy szybkie spojrzenie. Za chwilę zaczynali. Rudzielec zdawał sobie sprawę z tego, że wynik tej walki zadecyduje o dalszych losach Zakonu. Jego mięśnie spięły się jeszcze bardziej.

Zacisnął lewą dłoń na różdżce i odwrócił się plecami od Snake'a. Przymknął na chwilę oczy, rozkoszując się panującym w pomieszczeniu harmidrem. Za pomocą kilku zaklęć udałoby mu się rozgromić Andrew.

Ogr nie używał różdżki, o czym szczęśliwie dowiedział się George zeszłego wieczora. Myrmidon okazał się w tej kwestii niezwykle pomocny. To Snake wywołał w mieszańcu tak rozległe obrażenia.

- Na trzy, panowie - rozległ się głos sędziego. Fred wykrzywił usta w smutnym uśmiechu. W pubie przebuwało kilku śmierciożerców. Nie mógł pokonać Snake'a od tak. Musiał pozwolić mu się zranić. Dopiero w odwecie poszczuje go zaklęciem niewybaczalnym. - Dwa. - Chłopak zrobił jeden krok do tyłu, przenosząc ciężar ciała na prawą nogę. Kiedy się odwróci, poczuje na swojej szyi kły i bagienny jad. A następnie rzuci zaklęcie niewybaczalne. - Trzy!

Odwrócił się na pięcie, wyciągając przed siebie różdżkę i obrywając silnym zaklęciem. Jego ciało uderzyło w pobliski blat i osunęło się na podłogę. Fred zawył z bólu, nie spodziewając się magiczneho ataku.

Andrew skoczył ku niemu, chcąc teraz poczęstować go jadem.

"Ty sukinkocie" - przeleciało Fredowi przez myśl. Rudzielec odwrócił się na plecy i wymierzył w ogra Drętwotę. Snake upadł na ziemię.

Fred natychmiastowo stanął na własne nogi. Posyłał w strnę przeciwnika kolejne zaklęcia, które ten wszystkie zdolny był bronić. Rudzielec zmrużył oczy.

- Crucio - Usłyszał za sobą i wtedy znów upadł na podłogę. Teraz jednak nie poczuł upadku, a ból prze hodzący przez tkanki.

Nie darł się jednak. Zagryzł wargi, obserwując bezsilnie Andrew, który mściwie się uśmiecha. Po chwili nachylił się nad jego ciałem. Crucio powoli przestawało działać.

Gdy pazury Snake'a wbiły się w szyję rudzielca, ten odgiął się do tyłu i aportował za barek knajpy. Snake spojrzał na niego z osłupieniem.

Wtedy Fred zerwał ze ściany kryształową czaszkę i ponownie użył teleportacji.

Znalazł się na Grimmauld Place, gdzie czekał już na niego Black z Jayem.

- Udało się. - Wysapał, po chwili tracąc przytomność.

niedziela, 25 listopada 2018

Rozdział 117 - I

Valeria klęczała przed postawnym śmierciożercom, mającym opuszczone spodnie do połowy ud. Wokół nich, w kręgu znajdowało sie jeszcze siedmiu innych mężczyzn ze sterczącymi kutasami na wierzchu. Każdy z nich wydawał z siebie sapnięcia pełne zadowolenia, zaś Drummer była przepełniona strachem i rosnącą pogardą do siebie.

Postawny szatyn wpychał się z całych sił w wargi dziewczyny, a kiedy poczuł, że jest bliski spełnienia, chwycił ją za głowę i wbił się w nią mocniej, podduszając. Po gardle dziewczyny rozlała się cierpka ciecz, wywołująca w niej odruch wymiotny.

Kiedy śmierciożerca skończył, wyszedł z jej ust i uderzył ją w twarz, przez co dziewczyna upadła na podłogę, plując z ust krwią zmieszaną ze spermą.

Czuła się niczym brudna szmata - nic więcej. Margines społeczny, którego z każdym dniem zaznajamiano na nowo z wieścią, że ma wyrzec się człowieczeństwa. Traktowany gorzej od psa.

Przez jej członki rozchodził się palący ból połączony z obezwładniejącym wstydem.

Śmierciożercy powoli opuszczali pomieszczenie. Po kilku chwilach została sam na sam z brunetem, który ją tu przyprowadził. Siedział niezwruszony na tapczanie w rogu pomieszczenia.

Nigdy nie uczestniczył w gwałcie. Zawsze trzymał się z boku, trzymając dłonie na podłokietnikach, z morskimi oczami utwkionymi w jej twarz. Zawsze czuła na sobie jego lodowaty wzrok, chociaż czasami zdawał się wręcz współczujący. Jak na ironię losu. Jego oczy były tak pozbawione wszystkiego, że czasami zdawały się ukazywać więzionego człowieka. Zawsze w takich chwilach oddalała od siebie te myśli. Zapewne w jego czarnych źrenicach widziała tylko obraz zużytej, bezbronnej dziwki. Jej samej.

Damon Silent podniósł się z miejsca, kiedy załzawione spojrzenie dziewczyny zaczęło go męczyć. Rzucił w jej stronę zaklęcie Cruciatus, co by on też odczuł z tej zbrodni jakąś przyjemność.

...

Lupin obserwowała młodego szczura, który przypałętał się do ich klatki tak naprawdę niewiadomo skąd. Węszył zapewne za jedzeniem, jednak obecne tu realia musiały go ostro rozczarować. Nie znajdzie tu nic biologicznie nadającego się do przyjęcia poza jakąś śmiertelną chorobą. Suzanne nie miała wątpliwości, że w takich warunkach prędzej czy później rozwinie się jakaś zaraza.

Ciekawe ile będą mnie tu trzymać - przemknęło jej przez głowę, gdzie z każdą kolejną chwilą było coraz mniej myśli związanych ze wszystkim. Były one najzwyczajniej w świecie męczące. Wywoływały łzy, które stanowiły słabość, wbrew pamiętnym słowom wypowiedzianym przez Maureen.

Po raz kolejny zaburczało jej w brzuchu. Parsknęła śmiechem, tym samym komentując swoją głupotę. Ale słowo się rzekło, a ona była ponoć uparta. Wolała zdechnąć w tym lochu, niż żyć na łasce Voldemorta!

Wtem mur ustąpił, a oczom blondynki ukazały się dwie postaci, z czego jedną z nich była jej współwięźniarka.

Valeria miała posiniaczoną twarz i zakrwawione ubranie. Czerwona ciecz spływała jej po pachwinach aż do kostek, gdzie zdążyła już zaskrzepnąć.

Śmierciożerca pchnął dziewczynę w głąb celi, tak, że ta osunęła się na podłogę, starając się nie wybuchnąć płaczem. Za każdym razem wmawiała sobie, że to nic takiego i za każdym razem miała ochotę się zabić.

Szczur korzystając z okazji, uciekł z celi, w której czekałaby go tylko śmierć.

Przynajmniej jemu się udało - pocieszyła się Lupin, słysząc nadchodzącą Avadę i układając dłonie w pięści.

- Nawet gryzonie nie mają prawa tu żyć? - rzuciła grobowym tonem, przypominając śmierciożercy, że nie jest on sam z Valerią w pomieszczeniu.

Jego lodowaty wzrok utkwił w niej, lecz ona zacisnęła zęby, przymykając lekko powieki.

- Nie chcemy, żeby było tu więcej takich jak Pettigrew - odparł, a wtedy ściana ponownie się zamknęła.

- Podły sukinsyn - mruknęła Valeria, podczołgując się pod swój mur. Wzięła do rąk kawałek mocno zużytego materiału. - Jedzenia nie dostaniemy przez następny tydzień - dodała szeptem, zmywając zastygłą krew z ud brudną szmatką. - Chociaż tobie to i tak bez różnicy. - Spojrzała w stronę ściany, do której przykuta była Suzanne. Jednak nie patrzyła bezpośrednio na nią.

Suzanne milczała. Czuła, że to nieodpowiednia chwila do zgryźliwych komentarzy względem dziewczyny. Miała jednak nadzieję, że dowie się prędzej czy później, co tam zaszło, na co jednak nie musiała długo czekać.

Kiedy Valeria oczyściła całe pachwiny, wytarła dłonią krew z policzka i podniosła się ciężko z kamieniem w ręce.

Dorysowała na ścianie siedemnastą kreskę.

Suzanne przełknęła ślinę, wpatrując się w ten punkt, jakby zobaczyła samą Śmierć. Myślała, że dziewcyna w ten sposób oznacza może sen, głód czy posiłki. Jednak powód tych linii był o wiele makabryczniejszy.

Czy ja też będę musiała sporządzić takie zestawienia? - zakotłowała jej się myśl w głowie. To zdawało się tak bardzo nierealne.

- Ciebie to nie spotka - rzuciła Valeria, siadając z powrotem na ziemi i zakrywając się kocem aż po szyję.

Suzanne westchnęła ciężko, przymykając oczy.

- Dlaczego? - wydała z siebie, wzdrygając się.

- Damon mówi, że Czarny Pan zabronił cię na razie wyprowadzać. Że ma dla ciebie zadanie specjalne i... masz pozostać przez nich nietknięta.

Lupin wydostała z płuc chłodne powietrze. Tak bardzo brakowało jej teraz papierosa.

- Do czego niby mogłabym się im przydać? Jestem nicnieznaczącym członkiem Zakonu. Nie znam postanowień Dumbledore'a.

- Nie wiem. Ale ja bym się cieszyła na twoim miejscu. Śmierciożercy mają dość sadystyczne upodobania. Dobrze, że przynajmniej to ci nie grozi.

W uszach Suzanne zakotłowały się spadające krople wody. Stykały się one boleśnie z podłożem i rozchodziły się echem po lochu. Nieprzerwanie, zawsze w tym samym tempie.

- Naprawdę chciałabym teraz zapalić - mruknęła pod nosem, układając palce jakby przygotowując je do zapalenia fajki.

- Na początku to wszystko też było nie na moją głową.

- Chcesz mi powiedzieć, że zaakceptowałaś to, co ci robią? - warknęła Suzanne, tracąc cierpliwość. Była zła na siebie, ale oczywiście nie potrafiła zapanować nad rosnącym w sobie gniewem.

- Nie zaakceptuję nigdy - Reakcja Valerii była bardzo spokojna. Jakby gwałt nagle przestał być dla niej czymś istotnym. Było, minęło. Problem polegał na tym, że miało to spotkać ją jeszcze nie raz. - Ale przyzwyczaić się to inna rzecz.

- Ale...

- Jakbym się stawiała, byłoby jeszcze gorzej. A tak przynajmniej mam spokój na kilka posiłków. - Drummer oparła głowę o chłodny mur.

Czuła się jak dziwka. Ale żyła, co było przecież najważniejsze.

...

- Dzisiaj dwudziesty trzeci września - powiedziała Valeria rozpromienionym głosem, sprowadzając Suzanne ze snu, który był torturą, do rzeczywistości, która była piekłem.

- Szczególna data? - rzuciła Suzanne, momentalnie rozbudzając się do znienawidzonego koszmaru.

- Pierwszy dzień jesieni - Na twarzy Valerii wykwitł uśmiech. - Piąte urodziny mojej córki - Spojrzała na ścianę Suzanne, mając w oczach radosne iskierki. Jeszcze nigdy ich Lupin nie zauważyła.

- Wyjątkowa okazja do świętowania - odparła Suzanne, jak na nią, oficjalnym tonem.

Uświadomiła sobie, że tak naprawdę nie zna tej kobiety. Że żyją obok siebie w więzieniu, z którego być może nigdy nie uciekną i ledwo rozpoznają swoje imiona.

- Jak się nazywa? - spytała niepewnie, uważnie obserwując reakcje Valerii, aby w odpowiedniej chwili przerwać.

- Ann. Niezbyt oryginalnie, ale dla mnie to imię jedyne na świecie.

- Ojcem nie jest Jack, prawda? - rzuciła Suzanne.

- Nie, wpadłam na siódmym roku. Zabawne, ale nazwiska ojca nawet nie pamiętam. To tylko dowodzi temu, że Hogwardzkie dyskoteki czasem wymykają się spod kontroli. - Suzanne także uśmiechnęła się pod nosem. - A ty...? Zrobiłaś kiedyś coś podobnie szalonego?

- Przespałam się z gościem, żeby inny był o to zazdrosny - rzuciła bez zastanowienia. - Ale ciąży po tym nie było. Na szczęście.

- Niech się już skończy ta wojna - Drummer nagle straciła humor. - Niech wszystko będzie po staremu - poprosiła.

- Ona się jeszcze na dobre nie zaczęła. - Suzanne zagryzła wargę, a szyb otworzył się i ze środka wyskoczyło jedzenie.

Tym razem postanowiła się jednak posilić.

Rozdział 118 - I

Suzanne Rose Lupin
...
Widziałam swoje piszczele. Wrzynały się one boleśnie w cienką tkankę, która uchodziła za skórę.

Nie. To przez zbyt długi okres nie widzenia światła! Zbyt długo nie jadłam!

Ale kości wystawały naprawdę, ukazując swoją śnieżną biel, która przebijała się przeze mnie. Jak to możliwe, powtarzałam, naiwnie wierząc, że to tylko złudzenie. Trzeci miesiąc w Malfoy Manoor, a moje ciało zmieniło się aż tak bardzo. Wychudłe, niezdrowe; robiłam się przezroczysta. Podobnie jak Valeria.
Jej sportowa sylwetka stała się wątła; dziewczyna słabła z dnia na dzień. Z każdym kolejnym snem jej płuca unosiły się słabiej.

Posiłki otrzymywałyśmy, co czwarty, czasem co piąty sen. Stało się tak od kiedy Damon przestał przychodzić po Valerię. Nie wiedziałyśmy, o czym to może świadczyć. Dali nam spokój? A może szykowali coś naprawdę odrażającego.

- Nie wytrzymamy tak długo - mruknęłam, ogrzewając powietrze wśród moich ust. Dźwięk poniósł się dalej, ale nawet cząsteczki gazu w pomieszczeniu były zbyt słabe, by wybrzmiał wystarczająco. Albo to ja nie mogłam wydobyć z siebie dostatecznie głośnego jęku.
Najlepiej agonalnego. Takiego, po którym nie następuje już nic.

Oparłam głowę o mokrą ścianę. Nie chciałam spać. Kiedy organizm jest wycieńczony, szkoda mu tracić energię na pokazywanie swoich kolejnych słabości.

Usłyszałam szczęk. Jedna ze ścian ustąpiła, wpuszczając do środka woń śmierci. Znów kogoś zabili. W przejściu stanął Damon w towarzystwie Nowego Śmierciożercy!

- Lupin - mruknął mężczyzna lodowatym głosem, a moje ciało przeszły dreszcze. Uśmiech na jego twarzy nie wskazywał na nic dobrego.

Czyli teraz przyszła pora i na mnie. Przypomniałam sobie słowa Valerii, kiedy zapewniała mnie, że mnie nic złego z ich strony nie spotka. Najwyraźniej pomyliła się i to sporo. Teraz to ja stanę się urozmaiceniem ich czasu.

Nastąpiła między nami cisza. Ja bałam się odezwać, a on jakby nie miał już nic do powiedzenia. Odegrał swoją rolę i zamilkł.

O podłogę uderzyła miska, powodując ogromny łoskot. Valeria momentalnie zbudziła się i otworzyła z przerażeniem oczy. Rozgotowany ryż rozsypał się po podłodze.

Mnóstwo białych drobin pokryło środkową część posadzki; zdawało mi się, że dzięki temu w naszej celi zrobiło się jaśniej.

Towarzysz Damona, który rzucił miskę, zrobił kilka kroków w moją stronę. Zbadał mnie czujnym wzrokiem, a następnie podszedł jeszcze bliżej i rozluźnił moje więzy.

- Idziesz z nim - rzekł Damon, nagle przypominając sobie tekst granej przez siebie postaci. Odwrócił się, nie mając nic więcej do powiedzenia i zniknął w jasności korytarza.

- Nie słyszałaś? Rusz się! - warknął Młody Śmierciożerca, ciągnąc mnie za ramię, gdy nie zareagowałam. Przez rękę przeszedł palący ból, a moje oczy zderzyły się z profilem mężczyzny, który na mnie nie patrzył.

Niczym początkujący aktor. Nie czuł się pewnie, więc powtarzał po koledze po fachu. W jego źrenicach czaiła się niepewność. Był to jego debiut. Pierwszy występ przed naszą skromną widownią. To, jak przed nami wypadnie, zaważy nad tym, czy stanie się znienawidzoną postacią publiczności.

Zaczął ciągnąć mnie w kierunku wyjścią. Nim zderzyłam się z panującą tam jasnością, spojrzałam na Valerię, która była przygnębiona. Opowiadała mi o tym. Z nią postąpili na początku tak samo.

...

Nigdy jeszcze nie opuściłam celi. Do tej pory Malfoy Manoor składało się dla mnie wyłącznie z celi oraz wejścia, do którego mieli dostęp tylko słudzy Voldemorta. Okazało się jednak, że w tym jasnym korytarzu było więcej więzień podobnych do naszego. Na każdym z metalowych drzwi widniały statusy krwi i nazwiska ofiar. Same kobiety. Żadnych mężczyzn.
Urządzili sobie darmowy burdel, parsknęłam.

Nagle korytarz zamienił się w schody prowadzące w górę. Damon musiał się stąd teleportować, bo na pewno dostrzegłabym go w tej jasności świateł.
Z trudem pokonywałam kolejne, wysokie stopnie. Potknęłam się o nie kilkukrotnie, przez co Nowy Śmierciożerca ściskał mocniej moje ramię. Ciągnął mnie za sobą. Skwapliwie pilnował, bym nie zrównoła się z nim lub, co gorsza, nie wyprzedziła go. Był jak primabalerina, która boi się utraty swojej pozycji. Jeszcze tak bardzo nie zasłużonej.

- Dokąd mnie prowadzisz? - spytałam, gdy minęliśmy ostatni schodek i stanęliśmy przed kamienną ścianą.
Nie powinnam zadawać pytań. Dodatkowe kwestie nie były przewidziane w scenariuszu. Mężczyzna pchnął mnie na mur i uderzył z całej siły kolanem o podbrzusze.
Poczułam palący bół i zbierające się w oczach łzy. Zachwiałam się, ale on nie pozwolił mi upaść.
Złapał mnie mocno za szyję i przydusił, dociskając mój kark do ściany.
Wpatrywał się wściekle w moje mokre oczy, mocno zaciskając zęby. Był początkującym aktorem, nie potrafił imrowizować. Aczkolwiek ta scena wyszła mu aż za dobrze.

- Cierpliwości, mój cukiereczku - odezwał się w końcu, a jego oczy uśmiechnęły się. Usta pozostały w grymasie nienawiści.

W tej samej chwili mur ustąpił. Mężczyzna wepchnął mnie do nowego pomieszczenia, przez co straciłam równowagę i upadłam na posadzkę. Nim zdążyłam skupić swoją uwagę na jakimkolwiek fragmencie komnaty, chłopak chwycił za pas u swoich spodni i zdjął go.

- Teraz będę mógł ci pokazać wszystko. - Przełknęłam ślinę, pozwalając pojedynczym łzom opuścić powieki.
Byłam za słaba, żeby zaprotestować, nie mówiąc nawet o ucieczce. Nim się spostrzegłam, mężczyzna opuścił spodnie i nachylił się nade mną. Przewrócił mnie na brzuch i złapał mocno za biodra, zdzierając z nich spodnie.
Wszedł we mnie, a z moich ust wydobył się szloch. Zapamiętam na zawsze to zdradzieckie ścierwo.

To z jaką zaciętością wchodził we mnie, jakby starając się zdusić w sobie wyrzuty sumienia spowodowane moim szlochem. Starał się pokazać, że ma nade mną władzę. Miał ją, ale w żaden sposób nie nazwałabym go zwyciezcą.

Skończył we mnie, jęcząc do mojego ucha, a każdy odgłos wychodzący z niego wywoływał we mnie obdzydzenie.

Kiedy zapiął pas, chwycił mnie za ramię i zrównał mnie z sobą. Spojrzałam hardo w jego niebieskie tęczówki, czując pulsujący ból w kobiecości. Zaczynała delikatnie sączyć się z niej krew.

- Pogratuluję kiedyś Alastorowi - wydusiłam, powstrzymując łzy. Moja osoba stała się kolejną postacią tego groteskowego przedstawienia. - Jakiego cudownego siostrzeńca sobie wychował. - Alex uderzył mnie w twarz.

Straciłam przytomność.

czwartek, 22 listopada 2018

Rozdział 116 - II


***

Rudzielec przetarł dłonią spocone czoło, krzywiąc się na wilgotną substancję na skórze. Bycie detektywem miało swoje wady i zalety. Pisanie sprawozdań zaliczało się zapewne do tych pierwszych.

Westchnął ciężko, wyostrzając wzrok na białą kartkę. Od przeszło godziny nie zapełniła się o choćby jednego kleksa. Fred nie był dobrym pisarzem - jeśli można to tak nazwać. A bynajmniej nie pomagała mu w tym trzecia kawa i wybijana przez zegar czwarta w nocy.

Jeden odgłos kukułki.
Drugi odgłos kukułki.
Trzeci odgłos...

Fred rzucił w kierunku sztucznego ptaka czar, którego ogień zajął ogon zwierzęcia. Znów w pomieszczeniu nastał spokój.

Jego kawa wystygła. I poczuł lekki kurcz w żołądku - zrobił się głodny.

Pomimo niechęci resztek racjonalnych myśli, podniósł się z ulgą z krzesła i podszedł do chlebaka, z którego wyjął wczorajszego bajgla. Ugryzł soczysty kęs ciasta.

Jeśli będzie się tak ociągał w tej robocie, Dumbledore prędzej niż później zastąpi go kimś innym. Może Georgem, aby zająć jego myśli?

Odłożył bułkę na blat i wrócił do stołu. Upił łyk kawy, a gorzka ciecz podrażniła jego kubki smakowe. Nie lubił tego napoju. Ale nic innego nie rozbudzało go tak skutecznie.
Wziął długopis do ręki i nieświadomie przygryzł jego rysik zębami, rozprowadzając na wargach niebieski tusz.

Lucjusz Malfoy jest w posiadaniu czaszki w celach osobistych. Jego pośrednik - Andrew Snake - jest skory sprzedać ten artefakt za pewną sumę Adamowi Mantle'owi. Adam Mantle wyraża chęć nabycia czaszki pod warunkiem zbicia ceny. Ta cena wynosi kilku cyfrową sumkę - istnieje cień szansy, iż informacje mogą być formą płatności.

Czy te kilka zdań wystarczą jako dwumiesięczny raport?

Fred znajdował się teraz w przestępczym środowisku, a tam przecież nie liczył się czas a autentyczność nabywcy.

Adam Mantle jest wg Andrew Snake'a dobrym nabywcą i jest w stanie mu zaufać.
...

George oparł się znużony o regał pełen kolorowych towarów swojego sklepu. Właśnie wybiła godzina osiemnasta, a Myrmidon żegnał ostatniego klienta.

Ostatnie dni były dla mężczyzn spokojne. Zajęli się produkcją gadżetów na halloween, które było oddzielane od nich przez dwa i pół tygodnia. Dość czasu, aby dostatecznie przygotować ofertę.

- George. - Usłyszał głos przyjaciela z dołu. Rudzielec niechętnie podniósł się z posadzki i wyjrzał przez barierkę.

Zmrużył oczy, aby lepiej zidentyfikować przedmiot, znajdujący się w palcach Jaya.

- Nie widzę. - Pokręcił głową, a po chwili zaczął schodzić po schodach. Kiedy stanął obok mieszańca, dostrzegł na jego twarzy przerażenie. Ku jego niechęci, jego mina chwilę później nabrała podobnego kształtu.

W dłoni mężczyzny znajdowało się czarodziejskie urządzenie szpiegowskie.

W tym momencie George ucieszył się, że nigdy nie rozmawiał o wojnie w czasie pracy. Wziął od mężczyzny pluskwę i zaczął przyglądać się jej drobnemu mechanizmowi. Nie było w niej wbudowanej kamery. Dostrzegł zaś mały głośniczek.

- Off - rzucił zaklęcie, przez które urządzenie wyłączyło się. Jego budowa nie była wielce skomplikowana.

- Należy powiadomić Dumbledore'a? - spytał Jay.

George przełknął ślinę.

- Dumbledore już wie. - Myrmidon zrobił zaskoczoną minę. - Ostatnio wezwał mnie do siebie wraz z Lee i Johnson. Powiedział, że jeśli w naszym otoczeniu pojawią się takie oznaki, będzie zmuszony wysłać nas w to samo miejsce, gdzie panią Julię i Suz.

- Wyruszycie do Leeds?

- Teleportujemy się tam. Zapewne jeszcze dziś w nocy. Tam znajduje się główna siedziba śmierciożerców.

- Och, a więc są już wiadomości od nich? Myślałem, że zajmie im dłużej lokalizacja...

- Nie wiemy tego od Suzanne i Julii. Pewna mieszkanka tamtych okolic to dobra znajoma Dumblesore'a. Poinformowała go krótko po tym, gdy wyjechały dziewczyny. Swoją drogą one nie dały o sobie jeszcze żadnego odzewu od czasu, gdy wyjechały.

- W takim razie dobrze że jedziecie. Zobaczycie, czy u nich wszystko w porządku.



- Idziesz na to? - warknął w jego kierunku karzeł o ciemnych włosach.

Fred dopił swoje whisky do końca.

- To brzmi jak obraza - odparł, podnosząc się z barowego stołka i ściągając płaszcz. Postura wyimaginowanego Adama Mantle'a była masywniejsza od rzeczywistej Weasleya. Meżczyzna miał silnie zarysowane bary i siłę w rękach. W porównaniu do niskiego faceta przed nim był wręcz olbrzymem.

Fred otarł twarz Adama wierzchem dłoni, a po chwili skierował palce w kierunku karła, ustawiając się naprzeciw niego.

- Na trzy! - krzyknął z ekscytacją sędzia; jeden z bliższych znajomych Snake'a, który gorąco kibicował striptizerce, wyginającej się w drugiej stronie baru i tylko kąem oka obserwował nadchodzącą walkę. - Raz. - Fred uniósł w górę lewy kącik ust. - Dwa. - Publiczność jeszcze mocniej ścieśniła się do tyłu i nagle ucichła. - Trzy!

W tym samym momencie dwa zaklęcia uderzyły w siebie, powodując spięcie.

Stawka była wysoka, więc Fred nie mógł lekceważyć przeciwnika. Dzięki drobnemu ciału, był giętrzy i szybszy. Mógł zaatakować celniej. Miał przewagę też w tym, że to było JEGO ciało.

Weasley zacisnął szczękę.

Kierował w przeciwnika zaklęciami, za które w Hogwarcie już dawno zostałby wydalony.

Czuł na swoim czole intensywne strużki potu - podobnie sytuacja miała się na jego plecach. Poczuł, że materiał koszuli zaczyna przylepiać się do jego ciała.

- Dacenescet! - ryknął, uderzając w karła tak bolesnym zaklęciem, że nawet Freda przeszedł dreszcz bólu.

Niski facet upadł na posadzkę, zostawiając na niej smugi krwi.

- Mamy zwycięzcę! - Prowadzący chwycił Adama za nadgarstek i uniósł go w górze.

Wokół rozniosły się głośne owacje.

- Mantle, Mantle! - krzyczano dookoła. Osoby, które postawiły na karła, rzucały niewybrednymi komentarzami i niechętnie opuszcały pub.

- To jest mój człowiek! - Fred na swoich plecah poczuł serdeczne uderzenie.

Andrew potrzedł go od tyłu i pogratulował mu w swoim stylu.

- Jak tak dalej pójdzie, Adam, wystawię cię na mojego głównego walczącego. A tym czasem... - Sięgnął dłonią do swojej kieszeni. - Część nagrody. - Przekazał mu czek na konkretną sumkę. - Jeśli zechcesz wziąć udział w głównych rozgrywkach, dostaniesz o wiele więcej. - Puścił mu oko.

- Zastanowię się. - Zbył go z nonszalanckim uśmiechem, podnosząc rachunek z czterocyfrową liczbą. - Alkohol dla wszystkich.

Krzyk radosnych mafiozów czarodziejskiego świata poniósł się echem po całym nokturnie.




niedziela, 18 listopada 2018

Rozdział 116 - I

Bolała ją głowa. Czuła zapach zgnilizny i brudu. Do jej uszu dochodziły dźwięki kapiącej wody i jakieś szmery. Jakby łańcucha... i czegoś jeszcze. Szepty rozmowy, która nie chciała zostać usłyszaną.

Suzanne podniosła powoli powieki, nastawiając się na natychmiastowe oślepienie przez światło lampy. To, co jednak ujrzała, mocno ją zawiodło.

Znajdowała się w ciemnej komnacie, na której krańcach rysowały się zszarzałe ściany objęte mrokiem. Na przeciwległym murze, wysoko, prawie dosięgając sufitu majaczył nieśmiało zakratowany otwór, za którym czaiła się ciemność. Kamienną podłogę gdzieniegdzie pokrywały kałuże, zapełniane w odstępach parunastu sekund przez krople wody poddające się grawitacji.

Było mokro, zimno i ciemno. Suzanne nie chciała spędzić w tym miejscu ani chwili dłużej.

Aby wstać, delikatnie oparła dłonie na posadzce, gdzie jednak szybko spotkała się z nieprzyjemną cieczą. Błoto objęło spodnią część jej palców.

Przełykając ślinę, Lupin uniosła się na nogach, momentalnie starając się złapać równowagę, gdyż była zupełnie zdrętwiała. Przez jej członki przeszły nieprzyjemne dreszcze. Zaklęła w myślach, stawiając dwa kroki w przód. Wywróciła się, uderzając z hukiem o zabłoconą ziemię.

Przeniosła wzrok na swoją prawą nogę. Była tak obolała, że prawie nie poczuła ani upadku, ani łańcucha starannie oplatającego jej łydkę.

Zaciskając zęby, wymierzyła w jego kierunku zaklęcie, jednak czar nie zadziałał, a Lupin przeszedł dreszcz.

- Evanescet - mruknęła, jednak więzy ani drgnęły.

- Nie uda ci się ich rozwiązać. - Doszedł do niej nieznany głos. Momentalnie rozejrzała się po pomieszczeniu, poszukując źródła dźwięku. Nie była tu sama!

- Kim jesteś? - rzuciła słabo, uważnie nasłuchując.

- Więźniem - odparł ironicznie głos, a następnie z cienia wyłoniła się atletyczna sylwetka należąca do młodej kobiety. - Albo Valerią Drummer. Już nie wiem, która nazwa jest bardziej adekwatna. - Suzanne z lekkim niepokojem zlustrowała dziewczynę o kasztanowych włosach ściętych krótko.

Miała na sobie przylegające jeansy oraz szarą koszulę w białe kwiaty, której prześwitująca tkanina ukazywała czarny stanik. Ubrania były brudne i zniszczone.

- Ile tu jesteś? - spytała Suzanne, przenosząc wzrok na siebie. Na ramieniu miała jasny warkocz, a ciało zasłaniała czarna bluzka i dresy. Nadal wyglądała jak Emma.

- Nie wiem - przyznała tamta. - jedenaście posiłków posiłków. - Dodała po namyśle, zerkając w jakiś punkt za sobą. - Tutaj nie sposób jest odróżnić nocy od dnia.

- A ja...? - ciągnęła Lupin.

- Przynieśli cię tuż po ostatnim karmieniu. Czujesz się odwodniona? - Suzanne pokręciła głową. - A zatem jesteś tu krócej niż dwie doby.

- Słucham...?

- Dobrze słyszałaś. - warknęła Valeria, przeczesując dłonią chłopięce uczesanie. - Kiedy zachce ci się pić to znak, że niedługo nadejdzie jedzenie. A przynajmniej jeśli wdrożysz się w tutejszy rytm. Oni nie chcą nas zabić tylko pomęczyć. Tylko nigdy, broń Merlinie, nie pij wody z kałuży! - ostrzegła srogo.

- Oni - powtórzyła Suzanne. - Czyżby to była... Jesteśmy w siedzibie śmierciożerców?! - spytała z nagłą energią.

- Niestety. I to w nie byle jakiej. Tutaj przebywa Sam Wiesz Kto.

Suzanne przełknęła ślinę.

- Voldemort tutaj - mruknęła, starając się zachować spokój, jednak w tej samej chwili poczuła na swoim policzku palące uderzenie. Jej ciało odskoczyło do tyłu i spotkało się z impetem z wilgotną ścianą.

- Nie wymawiaj tego imienia, kretynko! - syknęła więźniarka, a w jej głosie pojawiła się desperacja. Valeria odsunęła się od dziewczyny i wróciła do cienia, z którego wyszła.

- Nie powinnaś się go bać - rzuciła Lupin, trzymając się za bolący policzek.

- Sam Wiesz Kogo należy się bać! - zaprzeczyła dziewczyna. - To morderca. Jest zdolny do wszystkiego! - Jej oczy zaszkliły się, a dolna warga zadrżała. Objęła dłońmi umięśnione ramiona i osunęła się na brudną posadzkę. - Zabrał mi wszystko, co miałam. - Załkała.

Nie jesteś jedyna: takich jak ty było wiele - przemknęło Suzanne przez głowę, jednak nie wypowiedziała tych myśli na głos.

Przemieniła oczy Emmy w wilcze ślepia i rozejrzała się po brudnej komnacie, dostrzegając teraz każdy szczegół. Stłumiony szloch Valerii dochodził teraz do niej jak przez mgłę. Starała się jedynie wypatrzeć, jak wyglądało jej obecne położenie.

W komnacie znajdowały się tylko one, uwięzione łańcuchami na przeciwległych ścianach. A jednak nie. Drummer zerwała swój i ciągała go za sobą podczas poruszania, przez co towarzyszyły temu upiorne dźwięki. Na ścianie młodej kobiety widniało szesnaście bladych kresek.

...

Niespokojny sen Suzanne przerwał nagły trzask uderzenia blachy o podłogę. Zerwała się momentalnie ze swojego dotychczasowego miejsca spoczynku, wycelowując dłonie w tamtym kierunku. Dyszała ciężko.

- Przyzwyczaj się - poleciła jej więźniarka. - Tak tutaj wygląda pora karmienia. - Parsknęła cicho. - Dali tyle samo jedzenia co wcześniej. A może jednak mają w planach nas wykończyć.

- Co to znaczy? - Suzanne przełknęła ślinę, obserwując jak ciało Valerii wynurza się z ciemnej zawiesiny.

- To znaczy, że jeśli dorzucą nam jeszcze kogoś, może być ciężko. Wolisz kaszę czy ziemniaki? Oba przegotowane, więc nie licz na wielką różnicę w smaku. - dodała jeszcze i nie czekając na odpowiedź, podała dziewczynie bliżej niej leżące ziemniaki.

Suzanne skinęła delikatnie głowę, spoglądając z obrzydzeniem na beżową papkę przed sobą. Była ona w metalowej misce, a śmierciożercy wrzucili ją do komnaty przy pomocy zakratowanego okna tuż pod sufitem. Dzięki magii kartoflana breja nie wypadła z naczynia, które było mocno poobijane.

A szkoda, upokorzyli by nas bardziej - pomyślała dziewczyna, wyobrażając sobie wygłodniałą siebie, zlizującą rozgotowane kartofle z brudnej posadzki. Czuła odruch wymiotny, patrząc na otrzymany posiłek.

- Jeśli nie chcesz, możesz oddać je mi. Wygląda na to, że nie jesteś jeszcze wystarczająco głodna. - powiedziała Drummer. - Nie martw się. To zmieni się za kilka dni.

Suzanne prychnęła niechętnie, oddając kobiecie miskę.

- Jesteś głupia i uparta. To źle. - Pokręciła Valeria głową, a po chwili zaczęła wybierać z otrzymanego naczynia pożywienie i wkładać je sobie z zadowoleniem do ust.

- Uparta może... Ale jestem tutaj z jakiegoś powodu. Zwykłego więźnia nie umieszczonoby tak blisko V... Sama Wiesz Kogo. Śmierciożercom musi zależeć na naszym życiu.

- Głupia - mruknęła tamta, między łapczywymi kęsami.

- Wolę umrzeć z głodu, niż ledwo dychać na łasce Voldemorta! - syknęła Lupin, nie powstrzymując się już przed wypowiedzeniem imienia tego potwora.

Valeria w tej samej chwili odrzuciła miskę od siebie i zaczęła wydobywać z siebie histeryczne jęki, kojarzące się Suzanne ze spazmami bólu.

Dziewczyna patrzyła na to z zadziwiającym jak dla niej spokojem. Odczekała cierpliwie aż zachowanie Drummer się unormuje, a wtedy podjęła.

- Dlaczego tu trafiłaś?

Valeria spojrzała na nią niepewnie, ale Suzanne kierowało przekonanie, że jej nie widzi. Odzielała je za gruba warstwa mroku. W duszy dziękowała sobie za zdolności animagiczne.

Więźniarka przełknęła ślinę.

- Niefart. - Wzruszyła ramionami, podnosząc się z miejsca wraz z drugą miseczką. Suzanne uważnie lustrowała jej każdy ruch. Valeria schowała część pożywienia za swoim kocem, w szparze pomiędzy podłogą a ścianą.

Gdyby Suzanne nie widziała w ciemności, to szczęk łańcucha kobiety powiedziałby jej, że ta znalazła się już na swoim miejscu.

- Przez niefart nie trafiłabyś tutaj. Mnie złapali, bo miałam misję, aby namierzyć Śmierciożerców. - Lupin dostrzegła na twarzy kobiety nagły smutek. - Ale dlaczego znalazłaś się tu ty? Nie jesteś w Zakonie, a więc...

- Spotykałam się z jednym z jego członków - powiedziała nagle Valeria. Suzanne zmarszczyła brwi.

- Z kim? - spytała po chwili milczenia. Nie wiedziała dlaczego, ale w jej żołądku pojawił się nagły kurcz. W Zakonie było niewielu ludzi w wieku kobiety.

Dotyczyłoby to Billa albo Charliego, a więc wiedziałaby o niej, ale...

Valeria milczała przez dłuższy czas.

- Znasz Jacka Store'a? - Jej głos załamał się z bólu.

- To ojciec mojej przyjaciółki! - wydało się z ust Lupin, która nagle wstała. Jej klatka piersiowa unosiła się niespokojnie.

- Adoptowanej - poprawiła Valeria, pociągając nosem. - Pracowaliśmy razem w Ministerstwie. Biurowa przyjaźń z której przebudził się romans.

- Wiedziałaś, że miał żonę...

- I był z nią nieszczęśliwy. Tak, wiedziałam! - Z jej ust ponownie wydobył się szloch. - Miał ją dla mnie zostawić. Tamtego wieczora miał jej przekazać papiery rozwodowe!

- I coś nie poszło zgodnie z planem - Suzanne rozluźniła dłonie, które jeszcze przed chwilą złożone były w pięści. Na jej twarzy pojawiło się zrozumienie.

- W domu zastał Śmierciożerców. - Szlochała mocniej. - Zabili jego żonę. Wyssał jej duszę dementor! Jego też miał spotkać taki los, jednak wolał zabić się sam. Uderzył w siebie Avadą. Kiedy przyszłam do jego domu następnego dnia, zastałam oboje martwych. A także schowanych śmierciożerców. ...Naradzają się teraz co ze mną zrobić, ale robią to cholernie długo. Chciałabym się zabić jak Jack ale w tym przeklętym więzieniu magia nie działa! - warknęła, uderzając z całej siły dłonią o posadzkę. Krew wymieszała się z błotem.

- A więc Store'owie nie żyją. Co z ich córką? - wypytywała Suzanne.

- Jest w Hogwarcie. - Valeria trzymała się usilnie za dłoń, starając się wstrzymać krwawienie.

Bezpieczna - zakotłowało w głowie dziewczyny.

Jednak czy Maureen wiedziała o ich śmierci?

Zakon musiał się już zorientować, chociaż...

Czy Zakon wiedział też, że misja jej i pani Julii nie powiodła się na samym początku? Że kobieta została zamordowana, a Lupin uprowadzona przez Śmierciożerców prosto do Voldemorta?

Było o wiele za wcześnie!

Pierwszy raport miały złożyć po tygodniu trwania misji. Drugi po trzech. Oby Dumbledore'a nawiedziło jakieś przeczucie. W innym wypadku ona umrze, nim w ogóle ktokolwiek zdąży coś zauważyć!

...

Sekundy zlewały się w godziny, a Suzanne starała wmawiać sobie, że jest silna i tak naprawdę nic jej nie może się stać.

Czuła się fatalnie zarówno w psychiczny jak i fizyczny sposób, odmawiając sobie snu już drugi posiłek, którego nie jadła. Nawet nie piła, czego skutkiem był suchy przełyk boleśnie piekący podczas krótkich rozmów z Valerią.

Nie chciała spać. Za każdym razem, gdy zamykała oczy, widziała przed sobą martwą Julię. Suzanne obwiniała siebie za jej śmierć. A przecież mogła ją uratować. Jakkolwiek! Chociażby podstawić się pod ten zielony płomień.

Przez jej ciało przeszedł dreszcz niepokoju. Nigdy w życiu nie czuła się tak bezradna jak teraz.

Ale przysięgła sobie. Śmierciożercom w żaden sposób nie uda się jej złamać. Wytrwa dla pani Julii, której ciało znajdowało się teraz zapewne w nurtach angielskiej rzeki.
Poczuła na swoim ciele powiew świeżego powietrza.

- Witam rezydentki, jak podoba się pobyt? - Usłyszała zimny głos.

Odwróciła głowę w jego stronę, dostrzegając bruneta o przenikliwych, morskich oczach. Byłby nawet przystojny, gdyby szkarłatna blizna nie przecinała jego twarzy i nie pozbawiała go części policzka.

Ze strony kobiet nastała przenikliwa cisza.

- Valeria, nie udawaj już. Nie po nic ściągnąłem ci te łańcuchy. Rusz swój śliczny tyłeczek i chodź. Chłopcy się nudzą na górze. - Posłał kobiecie obrzydliwy uśmiech.
Suzanne przełknęła z trudem ślinę, spoglądając na Drummer.

- Dlaczego cię zabierają? - spytała przestraszonym głosem, chociaż przysięgała sobie, że nigdy takiego nie użyje. Cała sytuacja jednak wydawała jej się śmiertelnie upiorna.

- Będę dotrzymywać im towarzystwa - odparła smutno kobieta, spuszczając głowę i podnosząc się z ubłoconej podłogi.


piątek, 16 listopada 2018

Rozdział 115 - II

Jak być idiotą, to już po całości. A jak ktoś decydował się na ten skandaliczny krok, musiał być zwany Georgem Weasleyem, bo drugiego równie naiwnego faceta na świecie nie dało się odszukać.

Rudzielec przestawiał kartony w sklepie razem z Myrmidonem, szepcząc pod nosem co bardziej wyrafinowane bluzgi na swoją skromną osobę. Od kilku minut jednak głupota dopadła go zupełnie, gdyż biedaczyna chodził od półki do półki z paczką wielkości małego doga niemieckiego i starał się ją ustawić na jakimś wąskim kredensie.

- Może zrobisz sobie przerwę, George - zaproponował Jay, tchnięty jakąś filantropijną myślą. - Niewiele pracy już zostało. - Wskazał dookoła siebie, gdzie otaczała go cała sterta nierozpakowanych pudeł, ale w mieszańcu tkwiła sensowna myśl, że przecież pomoc George'a i tak nie odejmie mu roboty.

Porządkowanie zaplecza było cudownym zajęciem.

Weasley nie odpowiedział. W końcu z braku cierpliwości do niewymiarowego pudełka, rzucił nim o ziemię i trafił zaklęciem destrukcyjnym.

- Dobrze, że było puste - skomentował Jay, prychając.

- Dobrze, że nie trafiłem w ciebie. - George chwycił za kolejny karton i zaczął wyjmować z niego szklanki miętowe do czarodziejskiej lemoniady.

Czuł, jak gotują mu się wnętrzności. Miał ochotę chwycić jedno z tych kruchych naczyć i rzucić nim tak mocno o ścianę, że zburzyłby budynek. Marzenia ściętej głowy.
...Tą głową mógłby rzucić mocno o ścianę. Najlepiej głową Lupin. Tak, to byłby nieziemski widok.

Przeszedł go lodowaty dreszcz wraz z wyobrażeniem sobie jej czoła wgniatającego się w świeżonałożoną farbę.

- Idę się przejść - stwierdził, zostawiając szklanki i opuszczając magazynek w paru krokach. Teleportował się do lasu nieopodal Nory.

Westchnął ciężko, a jego płuca wypełniło świeże powietrze. Tutaj czuł się spokojny. Ale nie dzisiaj, gdyż jesienny wiatr uśmieżył jego nerwy tylko na parę sekund.

Najpierw Lupin go całuje, potem on odwzajemnia, a następnie ona mówi, że to wielka pomyłka. I on, idiota, w to wierzy.
Nienawidził się teraz za to. Lupin także nienawidził. Za to że tak cholernie na niego działała. Uderzył w leżącą szyszkę, która nie zrobiła nic więcej, jak tylko leżała w runie leśnym.

Jego twarz wykrzywił grymas.

Przynajmniej miał od niej spokój na parę tygodni. Dostała jakąś misję. Z dwieście czy trzysta kilometrów od niego. Mogłaby być nawet na innej planecie! Ta opcja w sumie bardziej by go zadowoliła.

Lupin miała obserwować śmierciożerców. Znaleźć ich kryjówkę! George starał się przypomnieć sobie długi monolog Moodiego na temat tej sprawy. Weasley aż żałował, że ledwo go słuchał. A może poświęciłby mu więcej uwagi, gdyby Lupin tak cholernie nie była wkurwiająca!?

Kopnął nogą w ścięty pień jakiegoś drzewa, a wtedy przez jego lewą nogę przeszedł dreszcz bólu.

- Kurwa... - syknął, odsuwając bolącą kończynę od martwego drewna.

Przez dalszą drogę pokuśtykał z ostrym grymasem na twarzy.

niedziela, 11 listopada 2018

Rozdział 115 - I

Za oknem mieniły się złotem i brązem lasy brzozowe, od których drobnych liści wyzwalał się cichy szept niesiony przez wiatr razem z śpiewem drozdów. Malowniczy krajobraz leśnej gęstwiny przerywany był czasem przez przekwitnięte łąki i mosty wzniesione nad rzekami. Tak niewinnie rozciągające się wzgórza nie były świadome tego, że w mrocznych zakątkach Wielkiej Brytani rozgrywała się wojna.

Wzrok młodej dziewczyny przeniósł się z pociągowej szyby na kobietę siedzącą naprzeciw niej.

- Długo jeszcze będziemy tak jechać? - spytała, a w jej brązowych oczach zatańczyły zarazem iskry złości i niepokoju.

- Jesteśmy niedaleko Sheffield, do Leeds powinnyśmy dotrzeć za jakąś godzinę - odparła kobieta, podnosząc wzrok znad książki.

Książki, która w rzeczywistości była zakodowanymi papierami Zakonu i dotyczyła najbliższych tygodni ich życia. Na przedmieściach miasta, do którego jechały, mieściła się kamieniczka, w której kobiety zatrudniły się jako pomoce domowe. W sąsiedztwie ich tymczasowej pracy znajdował się rzekomo jeden z punktów zebrań Śmierciożerców, a Suzanne i pani Julia dostały polecenie, aby pod przykryciem to sprawdzić.

Lupin westchnęła, unikając wzroku kobiety, która tej nocy weszła do jej pokoju i bez słowa wyjaśnień kazała wziąć tylko różdżkę i wyjść.

Dopiero w momencie, gdy znalazły się w łazience na dworcu, dziewczyna dowiedziała się, że tak nagła pobudka ze słodkiego snu nie była tylko drobnym zadaniem Zakonnym, a kilkutygodniowym zleceniem Dumbledore'a dla nich. Przetransmutowując włosy w słomiany blond i przebierając się ze swoich codziennych ubrań w szare dresy i czarną koszulkę, Suzanne zrozumiała, że opuściła dom Blacków bez pożegnania kogokolwiek.

"Teraz nazywasz się Emma Puzzle, złotko" kotłowało się w głowie dziewczyny do tej pory i nie potrafiło w jej czeluściach zająć należytego miejsca. To wszystko działo się za szybko.

- Nie przejmuj się, skarbie - Usłyszała zatroskany głos kobiety, która nie przypominała samej siebie. Swoje rude pazie loczki zmieniła na krótkie siwe włosy, a eleganckie ubrania w zmechacony sweter i nie pasującą do niego spódnicę.

Cóż, Suzanne najwyraźniej musiała się przyzwyczaić. W końcu taki widok będzie miała teraz na codzień.

- Nie sądziłam, że to stanie się tak szybko - mruknęła, krzyżując lekko dłonie na piersi. - Sądziłam, że słowa Dumbledore'a dotyczące wysłania mnie w teren będą bardziej dalekosiężne. Nie myślałam, że... - Westchnęła ciężko. - Że to stanie się już następnej nocy.

- Nikt się tego nie spodziewał - przyznała kobieta, lustrując wzrokiem pusty przedział. - Ach, ta pierwsza klasa. Zawsze jest taka wyludniona.

- Bo bilety są droższe i istnieje opcja "darmowego" poczęstunku - rzuciła Suzanne, krzywiąc się nieznacznie.

- Przynajmniej mamy szansę porozmawiać - stwierdziła Julia, zerkając na serdeczny palec blondynki. - Masz różdżkę? - zapytała podchwytliwie.

Lupin uniosła lewą dłoń do góry i potarła kciukiem pierścionek.

- Przetransmutowana w obroczkę od mojego narzeczonego z Walii - wyrecytowała na pamięć Suzanne, nieudolnie maskując drwinę.

- Wiesz, że to nie był mój pomysł. Wszystko ustalał Dumbledore z Alastorem.

- Zrobili to, aby mi dopiec - mruknęła dziewczyna, lekko pogodniejąc. - Ale przynajmniej mamy okazję doświadczyć pięknych widoków Anglii... - Wyjrzała za okno pociągu. - Dopóki nie zostały przeżarte przez ogień wojny - dodała "optymistycznie", a na jej uwagę pani Julia parsknęła lekkim śmiechem.

- Cieszę się, że wróciłaś - przyznała z półuśmiechem na ustach pomalowanych okropną, pomarańczową szminką.

- Ja chyba też się cieszę - odpowiedziała dziewczyna, momentalnie przypominając sobie wczorajsze popołudnie i zupełne odzyskanie przez nią pamięci.

Co ona sobie myślała, całując George'a?! W tamtym momencie chyba naprawdę straciła rozum. A chwilę później godność, gdy oderwali się od siebie, a w jego mlecznoczekoladowych tęczówkach dostrzegła te iskry zaskoczenia. Nawet nie wiedziała, w którym momencie się wyrwała i zaczęła tłumaczyć jak ostatnia kretynka. Chyba nie kupił jej wyjaśnień, bo cały czas patrzył na nią z błąkającym się na twarzy uśmiechem. Dopiero finalnie, gdy powiedziała, że to była cholerna pomyłka, posmutniał i opuścił pomieszczenie.

- Kiedy zameldujemy się już u państwa Chamberlain, zwiedzimy okolicę, dobrze? - Z rosmyślań wybudził ją głos kobiety. - Jak najwięcej osób musi uwierzyć, że jesteśmy zwykłymi mugolami poszukującymi jakiegoś zajęcia. - Suzanne skinęła głową, rozumiejąc już, dlaczego wybrały pociąg zamiast teleportacji. Pojawienie się w mieście niewiadomo skąd tylko spowodowałoby niepotrzebne wątpliwości. A tak przynajmniej miały głupi dowód w postaci biletu, że przyjechały nie z nikąd.

- Muszę do toalety - poinformowała, podnosząc się z miejsca, i opuściła przedział.

Skierowała się do końca korytarza, gdzie znajdowało się WC. Weszła do środka, gdy ujrzała nad drzwiami zieloną lampkę.

Zamknęła się szczelnie w środku i odkręciła kurek, a z kranu wyleciał cienki strumyk wody. Zwilżyła nim twarz, a po chwili uniosła głowę i spojrzała w lekko zabrudzone lustro. W jego lewym dolnym rogu znajdował się wyraźny ślad po różowej szmince.

- Skąd się biorą tacy ludzie? - mruknęła Suzanne, a odbicie Emmy poruszyło wargami.
Przełknęła ślinę, zakładając za ucho drobny kosmyk włosów.

Blond włosów! Sięgających prawie do pasa - przeklnęła w duchu, bo były one cholernie niewygodne. Na szczęście związała je w warkocz. Jej smutne oczy były porównywalne do zatroskanych oczu Emmy w kolorze świeżo ściętego pnia. Dumbledore miał głowę - trzeba było mu to przyznać. Zaplanował prawie wszystko. Od życiorysów Emmy Puzzle i Diany Rad, po sprytne zaklęcie maskujące różdżki.

- Show must go on - mruknęła do siebie, cytując fragment piosenki Queen. Wykrzywiła usta w pociesznym uśmiechu, przypominając sobie Freda, który zaledwie parę dni dni temu opowiadał jej o swojej kreacji niejakiego Adama Mantle'a, którego, na złość i niepocieszenie Freda, Suzanne nazywała Sherlockiem.

Postanowiła wrócić do wagonu.

Wyszła z prowizorycznej łazienki i skierowała swe kroki w stronę przedziału, z którego wyszła. Kątem oka lustrowała krajobraz, który za kilkaset metrów dopełniała spokojna rzeka płynąca pod kamiennym mostem. Anglia była urokliwym miejscem bez splendoru wielkich miast i ludzi. Pola i łąki rozciągające się przed dziewczyną sprawiały wrażenie wiecznych, a rzeka niedoścignionej.

Kiedy już miała chwycić za klamkę, zorientowała się, że drzwi są otwarte, a w środku poza panią Julią znajdują się dwaj mężczyźni w eleganckich koszulach. Mieli w słoniach różdżki.

- W czymś mogę pomóc? - spytała, lustrując ich uważnie. To nie możliwie, żeby śmierciożercy znaleźli je tak szybko!

- Już nam pomogłaś - odparł mężczyzna o kręconych czarnych włosach, okalających twarz. W jego dłoniach znajdowała się damska torebka.

- Niech pan ją zostawi - poprosiła Suzanne, orientując się, że przecież ten bagaż należał do niej.

Brunet jednak nic nie zrobił sobie z jej słów. Otworzył ją i wyjął ze środka dowód osobisty dziewczyny, który Suzanne wrzuciła tam luzem.

- Emma Puzzle - parsknął, lustrując Lupin od stóp do głów. - Dumbledore robi się naprawdę cholernie naiwny. - Pokręcił głową z rozbawieniem, a jego siwowłosy towarzysz wybuchnął ostrym śmiechem.

Suzanne przeniosła swój wzrok na panią Julię, w której kierunku była wycelowana różdżka starszego.

- Nie wiem, o czym panowie mówią - Suzanne szła w zaparte w kłamstwo, dobrze wiedząc, że nic gorszego od śmierci już jej nie spotka.

- Jesteś słodka, Lupin - Usłyszała za sobą kolejny nieznany głos, a gdy odwróciła się w jego kierunku, wygląd napotkanego mężczyzny kogoś jej przypomniał. Był w reprezentacji Slytherinu, kiedy jeszcze chodziła do szkoły. Marc Pest. A więc tak potoczyła się jego sportowa kariera, przeszło jej przez głowę.

Przełknęła ślinę

- Co z nami zrobicie? - rzuciła, poddając się. Jakikolwiek atak był wykluczony, ponieważ pani Julia była jako pierwsza na celowniku. Dziewczyna nie mogła ogłuszyć na raz trzech postawnych Śmierciożerców!

- Nic co mogłoby wam się nie spodobać, słonko - mruknął brunet, teleportując całą piątkę.

...

Dziewczyna upadła na ziemię, czując wilgoć na swoich włosach i dłoniach. Uniosła wzrok, który spotkał się z płynącą rzeką. Przełknęła ślinę. Aportowali się pod most, co świadczyło tylko o jednym. Szykował się krwawy pojedynek, podczas którego...

- Wstawaj i pokaż na co cię stać! - warknął brunet, a dziewczyna poczuła mocne kopnięcie w brzuch.

Zagryzła wargi, nie dając satysfakcji swojemu oprawcy z zadawanego jej bólu.

- Gramy twardą - parsknął, kopiąc ją po raz drugi. Dziewczyna zachłysnęła się lekko, czując zbliżającą się do ust zawartość żołądka. - Stań do walki i udowodnij swoją wartość - syknął, przymierzając się do zadania trzeciego ciosu.

Jednak w tej samej chwili dziewczyna przeturlała się na ziemi i podniosła na nogi, kierując w stronę mężczyzny ręce.

- Tak bez różdżki? - prychnął. - Słonko, dłonie nie wystarczą do bycia tarczą przed zaklęciem. - Jak na potwierdzenie swoich słów, wymierzył w jej stronę zaklęcie spowalniające.

- Finitate! - warknęła Suzanne, przed której twarzą pojawiła się niebieskawa bariera odbijająca czar. Zaklęcie ugodziło w siwowłosego, który osunął się na ziemię od nagłego uderzenia.

Brunet wyszczerzył usta w uśmiechu zadowolenia.

- Już rozumiem, co Czarny Pan w tobie zobaczył - stwierdził, atakując ją jakimś lekkim zaklęciem.

Suzanne odparowała atak, przesuwając wynik pojedynku na swoją korzyść.

Było jeden na jeden; pani Julia znakomicie radziła sobie z drugim Śmierciożercą.

- Cutere! - ryknął brunet, a dziewczyna nie zdążając uskoczyć, poczuła nagły ból na swoim udzie. W jej skórze pojawiła się głęboka rana, z której powoli zaczęła cieknąć krew. Przełknęła ślinę, spoglądając na mężczyznę z przestrachem. Na nogawce spodni pojawił się czerwony wykwit.

- Burntio! - Wykrzywiła palce i posłała w kierunku przeciwnika falę żywego ognia.

Lecz żywioł spopielił jedynie rękaw koszuli mężczyzny i zaraz został ugaszony.

- Słabo ci idzie, słonko - zadrwił z niej, przenosząc spojrzenie swoich zimnych oczu na pojedynkujących się nieopodal Marca i starszą kobietę.

Pani Julia była zbyt pochłonięta unikaniem zaklęć. Nie zauważyła, że para obok na chwilę wstrzymała walkę.

Brunet skierował różdżkę wprost na nią.

- Nie! - wrzasnęła Suzanne, gdy zdała sobie sprawę z zamiaru mężczyzny.

- Avada Kedavra! - Jej głos został zagłuszony przez śmiercionośne zaklęcie, które z prędkością światła przedarło powietrze i trafiło w plecy staruszki.

- Nie! - krzyknęła Suz znowu, widząc osuwające się na ziemię ciało. Julia nie zdążyła wydobyć z siebie ostatniego tchnienia; tak szybko została uśmiercona.

Dziewczyna poczuła zbierające się w oczach łzy. Jej dolna warga zadrżała, a w sercu pojawiła się nagła furia.

Morderca kopnął bezwładne ciało, a po chwili używając zaklęcia, przelewitował nad wodę. Posłał Lupin chytre spojrzenie.

- Nie mów, że jest ci przykro. - Uśmiechnął się szeroko, po czym wrzucił martwą kobietę do rzeki. Suzanne starła z policzka jedną z łez.

Kiedy zadowolony z siebie Śmierciożerca odwrócił się w kierunku dziewczyny, w jego klatkę piersiową uderzyło potężne zaklęcie, powalające go na ziemię. Zderzył się z błotnistą nawierzchnią, starając się złapać tlen w płuca.

- Jak mogłeś to zrobić? - syknęła dziewczyna, idąc w jego kierunku i trafiając go kolejnym zaklęciem.

Z jego nosa potoczyła się drobna stróżka krwi.

- Zasługiwała na śmierć - odparł pewnie, podnosząc się z pomocą towarzysza.

- Bo co? Bo nie była czystej krwi? Bo nie opowiedziała się za stroną potwora? - Lupin coraz silniej go atakowała.

Bez pomocy drugiego mężczyzny, brunet nie poradziłby sobie w bronieniu się.

- Jesteś nic nieznaczącą... marionetką Voldemorta! - W jego klatkę piersiową po raz kolejny uderzyło piorunujące zaklęcie. - Naprawdę podoba ci się twój los?

Brunet zaśmiał się psychopatycznie, przytrzymując się ramienia drugiego.

- Ona jest idealna - powiedział radośnie, a jego wzrok majaczył po ciele dziewczyny. - Czarny Pan miał rację, ona...

- Milcz! - przerwała mu Suzanne, uderzając w niego śmiercionośnym upiorogackiem.

W zielonkawych oczach mężczyzny pojawiło się ogromne zadowolenie. Cieszył się, że umiera! Opadł kolanami na piach, a następnie zachwiał się i jego twarz z całej siły uderzyła o błotnisty brzeg rzeki.

Suzanne przełknęła ślinę, patrząc na swoje dłonie w strachu i skupieniu.

- Ja - wyszeptała z siebie, czując, że cała złość zgromadzona w niej nagle ulatuje. - Nie chciałam tego zrobić - usprawiedliwiła się, patrząc na stojącego na przeciw niej Marca. Podbiegła do martwego bruneta i przekręciła go na plecy, a następnie zaczęła cucić go zaklęciami. Na marne.

- To nieboszczyk, odpuść sobie, Lupin. - Poczuła na swoim ramieniu ciężką dłoń młodego mężczyzny.

Wyrwała się z jego uścisku i odskoczyła na kilka kroków. Wystawiła w jego stronę dłonie w bojowym geście.

- Nawet ty? Dlaczego stałeś się jednym z tych potworów? - spytała, lustrując dwa martwe ciała śmierciożerców.

- Jesteś perfekcyjna - powiedział tamtem, jakby trwał w amoku. - Czarny Pan miał rację, będziesz nadawała się do tego idealnie. - Wystrzelił w górę czerwoną iskrę, a chwilę później otoczyła ich grupa zamaskowanych postaci.

- To wszystko było aż tak bardzo ukartowane? - szepnęła dziewczyna, starając się zlustrować każdego ze śmierciożerców.

Jeden z nich uderzył w nią Cruciatusem.

Upadła na podłogę, szaleńczo zwijając się z rozdzierającego bólu. Był w niej wszędzie. Penetrował ją od końcówek włosów, po najdrobniejszy mięsień.

Czuła jakby miliony kul armatnich uderzyło w jej ciało równocześnie i rozrywało je powoli, starannie, dając się odczuć każdej komórce.

W jej ustach odbił się metaliczny smak krwi. A potem była już ciemność.