piątek, 17 listopada 2017

Rozdział 30

UWAGA: ogłoszenie!

Pora na zmianę częstotliwości pojawiania się wpisów na blogu!

Od dzisiaj (18 listopada 2017 r.) w każdą sobotę będzie pojawiał się nowy rozdział, ponieważ notki stały się krótsze od tych na początku (dla przykładu: rozdział 16 zajmował w Wordzie 17 stron A4, zaś obecne zajmują ich średnio 7,5/9) oraz dlatego, że mam więcej czasu, bo odpadło mi wiele obowiązków i przyznaję się bez bicia, mam już kilka rozdziałów napisanych do przodu.

Dziękuję za wyrozumiałość i zapraszam do rozdziału...

***
Czyżbym już kiedyś wspominała, że czerwiec był moim ulubionym miesiącem? Jeżeli tak, to absolutnie odwołuję te słowa! Ostatni tydzień tego miesiąca był dla mnie straszny. Przynajmniej ze względu na moje powiązanie z drużyną, ale może opowiem od początku...
Był piękny sobotni poranek. Znajdowałam się wraz z bliźniakami na boisku i obserwowałam ich poczynania na miotłach, ponieważ dzisiaj miał rozegrać się ostatni mecz sezonu: pomiędzy Gryffindorem a Huffleputhem, więc emocje sięgały zenitu. Fred i George właśnie mieli wykonać kolejny nokaut Bacha, gdy usłyszałam dwa głosy wykrzykujące moje imię.
Odwróciłam się z zaskoczeniem w tamtą stronę, a wtedy ujrzałam Wooda i McGonagall, którzy z niemałym przerażeniem na twarzach biegli w moim kierunku. Rudzielce nawet się tym nie przejęli.
- Coś się stało? - spytałam, gdy tamta dwójka znalazła się obok mnie.
- Suzanne, nie mów mi, że nic nie wiesz? - rzucił Wood oskarżycielskim tonem, jakbym zabiła mu połowę rodziny lub, o zgrozo, jakby nasz puchar Quidditcha był zagrożony!
- A o czym konkretnie? - Coraz bardziej nurtowało mnie ich dziwne zachowanie.
- Chodzi o Harry'ego Pottera - Głos zabrała w końcu McGonagall, a na dźwięk nazwiska chłopaka przeszedł mnie dziwny dreszcz niepokoju. 
- Chyba nie - powiedziałam wyraźnie już zaniepokojona, czując, jak obok mnie pojawiają się bliźniacy, trzymający w dłoniach miotły.
- Słuchajcie, sytuacja jest dosyć poważna - stwierdziła kobieta. - Dzisiejszej nocy w piwnicach szkolnych doszło do dosyć niespodziewanego wydarzenia. 
- Coś się stało Harry'emu?
- Leży nieprzytomny w skrzydle szpitalnym - odparła profesorka i kontynuowała. - Stało się tak niestety przez profesora Quirrella, który...
- Profesor Quirrell? - powtórzyłam. - Przez Quirrell?'a Jąkałę zawsze noszącą śmierdzący turban? On nie byłby do tego zdolny? On się bał muchy latającej po klasie w czasie zajęć. A tak właściwie, co on zrobił?
- Niestety okazało się, że taki styl bycia profesora Quirrella był jedynie grą pozorów - rzekła posępnie. - Nie przestraszcie się tylko... - upomniała ze strachem w oczach. - ten człowiek nie stanowił oczywiście dla was żadnego zagrożenia w tym roku szkolnym jak i we wcześniejszych latach. - Zrobiła dramatyczną przerwę. - ...ale musicie wiedzieć, że profesor Quirrell był sługą Sami Wiecie Kogo. Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać krył się pod turbanem profesora najprawdopodobniej od jego wyjazdu do Albanii.
- Wiedziałam, że jego turban urósł minimalnie od jego podróży - szepnęłam, ale satysfakcją bym tego nie nazwała.
Po chwili zdałam sobie też sprawę, że przed świętami wraz z Fredem i Georgem rzucałam w tego poczciwego profesora i w jego turban śnieżkami. Można powiedzieć, że Sam Wiesz Kto oberwał ode mnie śniegową pigułą.
- W piwnicach szkoły był przechowywany Kamień Filozoficzny. Żeby go odnaleźć należało pokonać wiele trudnych zadań. Niestety zarówno Quirrellowi jak i Harry'emu wraz z Hermioną i Ronem - Spojrzała przez chwilę na Weasleyów. - udało się to przejść. - Westchnęła ciężko.
- Chce nam pani profesor powiedzieć, że jeden z najbardziej cenionych artefaktów w czarodziejskim świecie był chroniony w taki sposób, że trójce pierwszoklasistów udało się to przejść? - wydało się z ust Freda, a ja niestety przyznałam mu rację.
- To nie istotne - powiedziała profesorka, dla której to pytanie nie było zbytnio wygodne. - Wood, z racji, że Harry przebywa teraz w Skrzydle Szpitalnym, nie mamy szukającego. Jako kapitan musisz zdecydować, co zrobi w tym wypadku drużyna. Albo odwołujemy mecz, albo wybieracie nowego szukającego - jej głos stał się dziwnie chłodny.
- Wybieramy nowego szukającego - stwierdził bez namysłu Wood.
- Znakomicie - skwitowała profesorka i odeszła dostojnym krokiem.
Wtedy mój wzrok przeszedł na Wooda. Chłopak nie był zbytnio szczęśliwy tą perspektywą. 
- Zwariowałeś? - spytałam naiwnie. - Przecież nie mamy innego szukającego. Jak chcesz znaleźć dobrego gracza w... - Spojrzałam na zegarek Olivera. - dwie godziny!
- Znamy kogoś, kto się nadaje do tej roboty? - rzucił George, wiedząc, jaka będzie odpowiedź.
- Maureen jest ponoć bardzo dobra - przyszło mi nagle na myśl.
- Maureen nie odstaje od łóżka Pottera na krok - odparł posępnie nasz kapitan. - Powiedziała, że nie przyjdzie na mecz.
- A Dean, Seamus! - wymieniałam dalej. - Alicja Spinnet!
- Tę trójkę też już pytałem. Stwierdzili, że nie podołają.
- To przecież nie po gryfońsku! - mruknęłam zirytowana. - Naprawdę nikt nie ma zamiaru? Może nie wiedzą, że jest taka możliwość?
- Pamiętacie nasz pierwszy, tegoroczny trening i eliminacje do drużyny? Na szukającego w tym roku nikt się nie zgłosił - przyznał z goryczą. - To jest najbardziej odpowiedzialne stanowisko w drużynie. Cała presja przegrania i wygrania meczu leży w twoich rękach. Nie ma znaczenia czy nawalą ścigający, pałkarze, obrońca. To szukający obrywa za niepowodzenie! - Miotła, którą Wood do tej pory silnie trzymał w dłoniach, z łoskotem uderzyła o murawę boiska.
- Przegramy ten mecz - stwierdziłam posępnie. - Ale dobrze zrobiłeś, że nas nie wycofałeś. Wtedy przegralibyśmy na całej linii. 
- A gdyby tak... - George odezwał się nagle. Wood cały czas trzymał wzrok wbity w trawę. - Suzanne zagrała jako szukający. - podsunął niepewnie, a na te słowa coś poruszyło się we mnie niespokojnie. - Nie żartuję. I tak nie mamy szukającego, a co za różnica czy nie będzie zawodnika czy będzie grała ona. - Wskazał na mnie.
- A taka różnica, że jak nam zginie strateg, to możemy też przegrać w przyszłym roku! - Oliver wybuchnął w końcu, a z jego uszu wręcz wydostawała się para.
- Przecież nie zginie. A jakby co, to Dumbledore złapie ją w widowiskowy sposób - poparł Fred brata, a ja poczułam naprawdę silne ukłucie w żołądku.
Po jego słowach nastało nurtujące milczenie. Wood myślał nad czymś intensywnie raz patrząc na bliźniaków, a raz na mnie, jakby chcąc wyczytać coś z mojej twarzy. "To coś" na pewno było wielkim NIE, które wręcz chciałam wykrzyczeć w ich stronę.
- Zgoda - wypalił w końcu, a moje nogi ugięły się pode mną.
- Nie zgadzam się! - powiedziałam prawie że natychmiast i usiadłam na murawie. - Nie ma takiej opcji, nie zmusicie mnie! Po prostu nie ma takiej siły, abym się stąd ruszyła! Nie i już! Nie zrobię z siebie głupka przed całym Hogwartem!
- Zawsze możemy cię podnieść - stwierdził George błyskotliwie, a ja zmroziłam go wzrokiem.
- Nawet nie próbuj. Mam wolną wolę i nikt mnie nie wsadzi na miotłę. - Skrzyżowałam ręce na piersi. - Mój brat może przysłać zwolnienie!
- Tak - zakpił Fred. - Zwolnienie umysłowe przeciwko lataniu na miotle. Chyba kpisz?
- Oliver, nie zgadzam się! - rzekłam w stronę Wooda, zbywając uwagę przyjaciela. Ku mojej zgrozie, kapitan stał z radosnym uśmiechem i miotłą skierowaną w moją stronę.
- Na szczęście ty nie masz tutaj nic do powiedzenia - powiedział i złapał mnie z ramię. Jednym ruchem znów stałam o własnych siłach. - A teraz weź miotłę, zrób dwa kółka wokół boiska i postaraj się nie zginąć, bo nie mam zamiaru szukać kolejnego szukającego.
- Jeżeli myślisz, że... - zaczęłam, ale Wood wetknął mi miotłę w dłonie, odwrócił się ode mnie plecami i odszedł, wesoło pogwizdując.
- Co o tym myślisz, George, czy ona spadnie z tej miotły?
- Mało powiedziane, Fred - odparł jego brat. Chyba oboje zapomnieli, że nadal tam byłam.
- Jeżeli myślicie, że...
- Suz, nie wydurniaj się, tylko zrób te dwa głupie kółka!
...
Wielkie reflektory skierowane na boisko, kilkutysięczna publiczność i te przeklęte okrzyki skandujące moje imię - dobrze, że nigdy nie miałam przeżyć podobnej sytuacji. Znajdowałam się na swoim miejscu w powietrzu, pomiędzy Fredem a Georgem i z wyczekiwaniem patrzyłam na panią Hooch rozpoczynającą mecz. Na trybunach szkolnych znajdowało się może więcej niż pół Hogwartu. 
Slytherin nie przyszedł, bo miał gdzieś wszystkie mecze poza własnymi, większość Krukonów i cały Huffleputh był na pewno. Gryfoni zostali podzieleni. Część znajdowała się pod Skrzydłem Szpitalnym i czekała, aż pani Pompfrey wpuści ich, aby mogli zobaczyć, co dzieje się z Harrym. Szkoda, że nigdy się to nie stanie, bo nasza szkolna pielęgniarka bardzo ceniła sobie spokój. Cześć Gryfonów została w swoich dormitoriach, gdyż wiedza, że szukającym jestem JA, nie pozostawiała im złudzeń - a po co oglądać z góry przesądzony mecz? Z kolei na trybunach przebywali jedynie ci uczniowie z naszego domu, dla których zasady Godryka Gryffindora nie stanowiły jedynie starej wycieraczki do butów - używanej tylko od czasu do czasu.
Wtedy do moich uszu dobiegł głośny dźwięk gwizdka. Piłki wystartowały, ja niebezpiecznie poruszyłam się na swojej chybotliwej miotle, a wokół mnie nagle wszystko zrobiło się czerwono-żółte. Szaty zawodników zlały mi się w jedno i dopiero po chwili, gdy przelecieli na drugą połowę boiska, odzyskałam umiejętność poznania.
- Proszę państwa, zawodnicy ruszyli! Angelina Johnson pięknie posługuje się kaflem i jak torpeda leci w kierunku bramki Puchonów! - zrelacjonował Jordan.
Musiałam przyznać, że oglądanie meczu z tej perspektywy było bardzo interesującym doświadczeniem. Chociaż brzuch, zaczynający powoli boleć z nerwów, nie zapowiadał kuszącej propozycji. Moim jedynym celem w tym momencie stanowiło nie spadnięcie z miotły, ale w skupieniu się na tym przeszkadzały mi okrzyki widzów.
Graliśmy mecz z Huffleputhem. Jego szukającym oraz moim przeciwnikiem był Cedrik Diggory, z którym, tak się składa, że przyjaźniłam się od jakiegoś roku. Brunet latał beztrosko nad boiskiem i w spokoju wypatrywał złotej kuleczki, zapewniającej mu zwycięstwo. W pewnym momencie jego wzrok niestety skupił się na mnie. Cedrik skierował miotłę w moją stronę, a ja błagałam jedynie, żeby nie zbliżał się do mnie.
- A nie mówiłem, że za niedługo staniesz się dla mnie konkurencją? - rzucił na przywitanie, ustawiając się na przeciwko mnie. 
"Skup się, Suz. Rozglądaj się za zniczem, a jak go dojrzysz, leć w innym kierunku. W twoim przypadku zmyłka będzie najlepsza" - pocieszałam się w głowie.
- Nie jestem tu z własnej woli - powiedziałam dobitnie, układając usta w cienką linię.
"Wbijajcie te gole. Angelina zrób kilka bramek"
- Wierzę - przyznał, uśmiechając się uroczo. - Nigdy nie posądziłbym cię o dobrowolne wejście na miotłę.
- Fakt. To jak dobrowolne targnięcie się na życie - parsknęłam, zauważając w tym samym momencie złoty błysk za chłopakiem. - A... Nie powinniśmy wypatrywać znicza? - Spoglądałam dyskretnie na złotą kulkę.
- Wolę mieć pewność, że nie zlecisz z miotły - rzekł, robiąc obrót na miotle.
- DIGGORY, nie podrywaj Suzanne tylko wypatruj znicz! - wydarł się Jordan, przez co o mały włos nie spadłam z miotły.
"Dzięki, Lee" - przeszło mi przez głowę, a na twarzy Cedrika dostrzegłam delikatny rumieniec.
- Chyba jednak rozejrzę się za tym zniczem - westchnął, drapiąc się niezdarnie za uchem.
Nie mogłam na to pozwolić. Jeżeli chłopak zacznie teraz szukać znicza, to nie będziemy w stanie odrobić tych strat. Powinno być przynajmniej osiemdziesiąt punktów przewagi dla nas, aby on mógł złapać znicza wartego 150.
"Wybacz, Cedrik"
Udałam, że jakaś rzecz mocno mną zaskakuje, a następnie porwałam się w nieokreślonym kierunku tak, jak potrafiłam najszybciej. Moje dłonie silnie trzymały się kijka, czułam, że powoli tracę równowagę, a do tego wszystkiego Cedrik siedział mi na ogonie.
I jak na razie nie miał zamiaru mnie wyprzedzić, bo nie widział znicza. Nie mógł go z resztą zobaczyć, gdyż ten znajdował się po drugiej stronie boiska.
- Dwaj szukający rozpoczęli pościg za zniczem! Brawa dla Suzanne Lupin, która jest nowym nabytkiem Gryfonów! - kolejne sprawozdanie Jordana. - Brawa dla Cedrika, aby trochę zwolnił!
- JORDAN! - głos McGonagall wybrzmiał przez czarodziejski mikrofon.
- Brawa dla profesor McGonagall za pilnowanie komentatora meczu! - Na wzmiankę o profesorce oklaski stały się najbardziej żywe.
Starałam nie przejmować się oceną Jordana. Leciałam po prostu przed siebie i pilnowałam by nie zgubić jakiejś części siebie po drodze. Wtedy usłyszałam głośny wiwat widowni.
- Brawo! 100 punktów do 20 dla Gryfonów! Cóż za emocjonujący mecz.
Wiedziałam, co muszę zrobić teraz. Wood powiedział mi, że gdy jakimś cudem zdobędziemy osiemdziesiąt punktów przewagi, Cedrik ma jak najszybciej złapać znicza. Dzięki temu nasza różnica punktów nie byłaby aż tak drastyczna.
Zrobiłam ostry skręt na miotle. Cząsteczki powietrza aż zapiszczały od wysiłku. Wypatrzenie znicza zajęło mi może kilka sekund, a wtedy porwałam się w jego stronę. Szybciej, szybciej, aż zdałam sobie sprawę, że nie czułam za sobą Cedrika
Odwróciłam głowę i dostrzegłam chłopaka, który jakoś nie rwał się do tego, aby znów za mną lecieć.
- No nie wygłupiaj się, Cedrik - mruknęłam pod nosem. - Jeżeli ja złapię znicza to to będzie jakaś pomyłka. - Chłopak nie usłyszał mojej drobnej dygresji.
Znów spojrzałam w kierunku znicza. Złote skrzydełka mieniły się w słońcu przez co stał się jeszcze bardziej widoczny.
- Proszę państwa, CO TO JEST! - Ryk Jordana ogłuszył cały stadion. - Co zaskakujące, Suzanne do tej pory nie spadła z miotły i, co jeszcze bardziej nas zdumiewa, ona leci za zniczem! 
Nawet nie chciałam spoglądać w dół widowni. Po prostu latałam za tą kulką niczym szpieg i... tak naprawdę nie do końca wiem, co ja chciałam zrobić.
Od znicza dzieliło mnie jedynie kilka łokci. Ach, ten sprzyjający wiatr w żaglach. Gdy już doznałam drobnej nadziei, że mogę mieć szansę na powodzenie, poczułam, że moja głowa obrywa czymś bardzo twardym. Pulsowanie potylicy było prawie nie do zniesienia. Resztką sił utrzymałam się na miotle, która powoli zaczęła osuwać się w dół, a dręczącemu bólowi głowy towarzyszyło buczenie widowni. 
Kiedy zniżyłam się o parę metrów, zatrzymałam się w powietrzu i rozejrzałam wokół. Mecz trwał nadal. Zawodnicy nadal śmigali jak istne torpedy, lecz nie mogłam wśród nich nigdzie wypatrzeć Cedrika.
- Suzanne, wszystko okey? - rzucił George, balansując na swojej miotle o parę metrów ode mnie.
- Bywało gorzej - odparłam z nikłym uśmiechem, który chłopak odwzajemnił. - Przecież nie pierwszy raz zostałam znokautowana tłuczkiem. - zaśmiałam się lekko.
- Pamiętaj, że masz nie zabić się na tej miotle - dodał z otuchą, a następnie poleciał w jakimś kierunku i odbił pałką tłuczka, kierując go w nieokreśloną stronę.
...
Jak się można było spodziewać, przegraliśmy. Jednak nie tak haniebnie, jak się nam wcześniej zdawało. Puchoni mieli nad nami jedynie pięćdziesiąt punktów przewagi, co nie było tak skandalicznym wynikiem.
Po oberwaniu tłuczkiem czułam się w miarę dobrze, ale gdy po zakończeniu meczu zaczęłam krzyczeć na całe boisko i mało nie potknęłam się o własne nogi, McGonagall stwierdziła, że muszę iść do Skrzydła Szpitalnego, bo to nie jest normalnie zachowanie. Oczywiście musieli mnie eskortować bliźniacy, bo, według profesorki, zaraz mogłam zacząć także toczyć pianę z ust i rzucić się na jakiegoś ucznia.
Kiedy znaleźliśmy się przy naszym punkcie docelowym, zastaliśmy przed nim tłumek rozochoconych Gryfonów, czekających na wizytę do Pottera. Nie zwróciliśmy jednak na nich jakiejś szczególnej uwagi, ponieważ jakiś chłopak stwierdził, że moja głowa zaczyna puchnąć. Szybko wpadliśmy do pomieszczenia, którego biel sprawiała, że nawet chmury robiły się czarne, i gdzie większość łóżek była wolna.
Na jednym z tych zajętych leżał Harry, który był nieprzytomny od tego starcia z Sam Wiesz Kim. Siedzieli przy nim: Ron, Hermiona i Maureen. Szeptali coś między sobą, ale nic nie usłyszałam.
- O nie! Jeszcze was mi tu brakowało! Sio, no sio i to już! Wy jako pierwsi nie macie tu wstępu! - przywitał nas jakże zawsze sympatyczny głos pani Pompfrey.
- Ale, proszę pani, musiała nastąpić jakaś pomyłka. Suzanne oberwała tłuczkiem w głowę i teraz jest jej niedobrze. Nasza wizyta tutaj ma jedynie powód medyczny - odparł Fred, nader uprzejmym tonem, a na jego słowa pielęgniarka jakby złagodniała. 
Szybko posadziła mnie na jednym z łóżek, dała mi jakieś zielone pastylki, a następnie zniknęła, tłumacząc się tym, że musi coś pilnie załatwić. W pomieszczeniu zostałam ja, bliźniacy i tamta czwórka, z czego dwójka z nich mogła nam powiedzieć, co też takiego ciekawego się stało w  nocy.
- Ron, pst! - szepnął do rudzielca George. - O co chodzi z Sam Wiesz Kim?
- Nie ważne - odparł chłopak, nawet nie odwracając wzroku.
- Ron! Braciom nie powiesz? - rzucił Fred, co najwyraźniej podziałało.
Ich brat wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Maureen i Hermioną, a następnie całą trójką wstali i usiedli przy moim łóżku.
- To ma nie opuścić tego materaca - zagroziła Maureen, a my potulnie przystaliśmy na to.
- Okey, no więc kojarzycie ten zakaz wchodzenia na III piętro? - zaczęła Hermiona. - Ja, Harry i Ron weszliśmy tam... przez przypadek którejś nocy. Odkryliśmy, że jest tam taki okropny pies, który...
- Ach, Puszek. Cudowne psisko - westchnął George.
- Wiecie o Puszku? Z resztą mniejsza. Odkryliśmy, że pilnował on takiego przejścia do lochu. W tym lochu, jak się później okazało, znajdował się Kamień Filozoficzny, zapewniający nieśmiertelność.
- Sami Wiecie Kto potrzebował tego kamienia, aby żyć. - wtrącił Ron. - Do tej pory żywił się krwią jednorożców i...
- Mózgiem Quirrella.
- Mniej więcej, Suz - przytaknęła Hermiona. - No i nakryliśmy go tam wczorajszej nocy.
- I to wszystko? - westchnęłam, chcąc więcej. - Ale... Tam przecież były pułapki. Jak udało się wam je wszystkie pokonać?
- To było raczej proste. Na przykład obok puszka dało się przejść, grając mu na czymś. Później były tam takie rośliny, co nie lubią słońca. Następnie szachy, latanie na miotle, jakieś eliksiry i... Zwierciadło Ein Eingarp. - ostatnią frazę Ron wręcz wyszeptał.
- Zwierciadło Ein Eingarp - powtórzyli bliźniacy z rozmarzeniem.
- Wspaniale, lecz... Nie zastanawia was, czemu dojście do tak cennego kamienia było tak proste?
- Proste? Wypraszam sobie... - zaczął Ron, który przed chwilą powiedział, cytuję: "To było raczej proste".
- Jesteście na pierwszym roku i udało się wam pokonać te przeszkody - zaargumentował Fred.
- Bo Hermiona wykuła Zielarstwo - powiedział z zachwytem Ron i wskazał na dziewczynę. Nie byłam do tego tak samo radośnie nastawiona. Po Maureen także było widać, że nie tego się spodziewała.
- Tak, świetnie - powiedzieli w końcu bliźniacy. - A czy Harry to już się obudził?
- Jeszcze nie, ale pani Pompfrey uważa, że będzie dobrze - wtrąciła Maureen, a ja poczułam, że nad moją głową pojawia się żarówka, takie mugolskie urządzenie.
Bliźniakom najwyraźniej także pewien pomysł wpadł do głowy. 
- Wybaczcie, ale... zapomnieliśmy o czymś i powinniśmy to załatwić... jak najszybciej - powiedział chaotycznie Fred, w czasie gdy ja wraz z Georgem zbliżaliśmy się do drzwi.
- Wrócimy za kwadrans - wydało się jeszcze z ust Georga, a wtedy całą trójką zniknęliśmy z pomieszczenia, zostawiając za sobą jedynie echo trzaskania drzwi w futrynę.
...
Pchnęliśmy lekko drzwi od łazienki i wpadliśmy z impetem do środka. Pomieszczenie nie zmieniło się zbytnio od czasu, gdy byliśmy w nim ostatnim razem. Jedyną różnicę stanowiły nowe pajęczyny na ścianach.
- W każdej chwili ktoś tu może wejść - stwierdziłam, uważnie lustrując pomieszczenie. Miałam ogromną nadzieję, że tym razem Jęcząca Marta nie wyleci ze swojej ubikacji i nie zacznie krzyczeć na pół Hogwartu.
- Bierzemy sedes i znikamy - odparł spokojnie George, otwierając co chwilę kolejną kabinę. Po chwili wszedł do którejś z nich i rzucił spokojnym tonem: - Alohomora!
Usłyszeliśmy skrzyp, następnie jakby westchnienie i po chwili rudzielec wytargał stamtąd sedes, którego stan był w miarę dobrej jakości.
- Ten świat nie przestanie mnie zadziwiać. - Parsknęłam śmiechem. - Użyłeś zaklęcia otwierającego do wyrwania kibla!
- Umie się to i owo - George wzruszył swobodnie ramionami, a wtedy usłyszeliśmy piskliwy chichot.
Z kabiny, z której chłopak przed chwilą wyciągnął sedes, wyleciała Jęcząca Marta i, robiąc kilka kółek nad nami w powietrzu, zatrzymała się przed nami.
- A wy co tutaj robicie? - jęknęła wysokim głosem, na którego dźwięk ogarnęła mnie fala śmiechu. Na szczęście szybko ją przezwyciężyłam.
- To tajna misja, Marto. Wybacz, ale nie możemy ci powiedzieć prawdy - odparł poważnie Fred.
- Powiedz mi! - fuknęła dziewczyna-duch.
- Chcemy zanieść Potterowi sedes do Skrzydła Szpitalnego - Na twarzy Freda pojawiło się ogromne rozbawienie.
Marta jedynie przechyliła głowę.
- Powiedzcie mi prawdę! - zajęczała.
- Powiedzieliśmy, a teraz pozwolisz, że zaniesiemy ten sedes w odpowiednie miejsce? - rzuciłam, a Marta zmrużyła niebezpiecznie oczy.
- Nie zabierzecie mojej toalety! Powiem Dumbledore'owi!
- Ciekawe jak to zrobisz? - zakpił George i wraz z Fredem wyszedł razem z sedesem w rękach.
- Suzanne! Nie macie prawa zabrać mi mojej...
- Wiesz, pogadałabym dłużej, ale... Znasz ich przecież - Wskazałam na niebędących już tutaj Weasleyów. - jeżeli za nimi nie pójdę, to skończy się to naprawdę okropnie - wydałam z siebie, opuszczając pomieszczenie. Za sobą słyszałam jeszcze rozpaczliwy jęk Marty.
Zbyłam go jednak ręką i udałam się za bliźniakami, którzy jakby nigdy nic szli przez szkolne korytarze, niosąc sedes z łazienki Jęczącej Marty.
Trochę nam zajęło przetransportowanie go do Skrzydła Szpitalnego, ale gdy mijaliśmy prób pomieszczenia, przywitało nas w nim zaskoczone spojrzenie Maureen, które absolutnie wynagrodziło nam włożony w to wysiłek.
- Czy to jest... - zaczęła Hermiona oburzonym tonem.
- Sedes Jęczącej Marty - odparli bliźniacy, uśmiechając się szeroko.
- Postawmy go szybko, zanim pani Pompfrey się zorientuje - skarciłam ich, podchodząc do łóżka Harry'ego. Na jego szafce nocnej leżał koszyk ze słodyczami, zapewne od wielbicieli.
Bliźniacy z trudem postawili nasz nowo nabyty prezent przy łóżku chłopaka.
- Radziłabym wam jak najszybciej stąd wiać - zwróciła się do nas Maureen. - Jeżeli pani Pompfrey was zobaczy, będziecie mieli nie lada problemy.
...
Znów wszyscy zebraliśmy się w Wielkiej Sali, aby pożegnać kolejny cudowny rok szkolny. Dumbledore jak co roku pozwolił sobie na wygłoszenie cudownego przemówienia, w którym to pochwalił Pottera, Hermionę i Rona za niebywałe zasługi dla szkoły. Dał im mnóstwo punktów i przez to jakimś cudem Gryffindor wygrał, a Slytherin pierwszy raz od ośmiu lat nie otrzymał Pucharu Domów. Niestety Puchar Quidditcha przeszedł nam koło nosa, co Wood skomentował siarczystym... - tego niestety nie przytoczę.
A zatem podsumowując: kolejny rok szkolny zakończony został z sukcesem.

***
Czytam = Komentuję

sobota, 4 listopada 2017

Rozdział 29

Zapraszam także do odwiedzenia zakładki: Pokój Życzeń

***

- Ty... - zaczął George, ale momentalnie urwał.
- Ja to wyjaśnię... - wzbraniałam się, ale chłopak jedynie podbiegł do mnie i chwycił moją prawą łapę.
- Krwawisz - stwierdził, a ja dopiero teraz skierowałam wzrok na moją kończynę.

I istotnie krwawiłam. Po bladej skórze spływała stróżka krwi, która swoje źródło miała w całkiem sporej drzazdze tkwiącej w mojej dłoni.
To dlatego się tak przerazili. Dlatego, że krwawiłam. Westchnęłam z ulgą. Pewnie wraz z wyrwaniem deski, moje łapy zniknęły, a wtedy drzazga wbiła się w moją rękę. Z nadmiaru adrenaliny tego nie poczułam, ale teraz...
Syknęłam z bólu, gdy chłopak wyciągnął zadrę ze skóry.
- Przepraszam - rzekł, ale jego wzrok cały czas usilnie wpatrywał się w ranę. 
George za pomocą różdżki oczyścił zranienie i sprawił, że zniknęło. Chwała Odysowi, że ostatnio na Zaklęciach mieliśmy tego rodzaju czary.
- Jak się czujesz? - spytał w końcu, a ja spojrzałam na niego, cały czas czując ulgę, że nie widzieli.
- Jest dobrze - odparłam, wstając z pomocą chłopaka. 
Dopiero wtedy spojrzałam na Freda. On silnie wpatrywał się w okno i deski porozrzucane na ganku. George także zwrócił na to uwagę. Do tej pory ten fakt jakoś go nie zdziwił.
- Jak ty to... - wydał z siebie Fred w niemałym szoku. - Tak po prostu? Wzięłaś deskę i wyrwałaś ją? Przecież to niemożliwe!
- Mam wielką siłę w rękach - zakpiłam, a chłopak spojrzał na mnie, jakbym bluźniła.
- Suzanne, nie to, że w ciebie wątpię, ale... Ty podnosisz ledwie torbę szkolną!
- Słucham?! - warknęłam w jego stronę.
- Po prostu nie mam zielonego pojęcia jak udało ci się wyrwać te dwie deski. One były tam wbite przez jakiegoś ogromnego osiłka! Wątpię, czy nawet Hagrid podołałby z taką przeszkodą!
- Może dla was one były wbite jakoś strasznie skomplikowanie, ale dla mnie...
- Po prostu przyznaj, że brzmi to wręcz absurdalnie! - stwierdził Fred. 
- Wcale nie! - odparłam, ale od razu chciałam się z tego wycofać. - Udało mi się to, a ty jesteś po prostu zazdrosny! - George przypatrywał się naszej dwójce z zainteresowaniem. Wiedział, że jeśli nie będę chciała powiedzieć, to im nie powiem, a zachowanie Freda nie miało absolutnie sensu.
- Zazdrosny? O poharataną dłoń i nadszarpnięte ego? Jeszcze czego! - odburknął.
- Co kto lubi - parsknęłam, a wtedy George złapał mnie za ramię i wskazał w stronę okna.
- Najpierw Wrzeszcząca Chata, potem możecie się nawet pochować żywcem! - obwieścił. Niechętnie przyznałam chłopakowi rację. Powinniśmy jak najszybciej znaleźć się w środku.
Po jego wyrazie twarzy wywnioskowałam, że ta sytuacja także bardzo go zaskoczyła. Wolałam jednak pocieszać się wtedy myślą, że George znalazł jakiś racjonalny powód mojej niezwykłej siły, a nie jakąś teorię spiskową.
Posyłając Fredowi ostatni raz oburzone spojrzenie, wyminęłam Georga i stanęłam przy nowo odsłoniętym oknie. Nie namyślając się nad tym długo, położyłam ręce na spróchniałym parapecie, który trzymał się muru prawdopodobnie tylko dzięki magii, a następnie odepchnęłam się nogami od podłoża, przeskoczyłam przez otwór i wylądowałam kolanami na mocno okurzonej posadzce. Podniosłam się z niej ciężko, a wtedy dotarł do mnie niezwykły zaduch tego miejsca.
Znajdowałam się w mocno zacienionym pomieszczeniu, gdzie światło wpadało jedynie przez otwór w wyważonym przed chwilą oknie oraz przez drobne szczeliny w zaryglowanych drzwiach. Nie robiło to jednakże dużej różnicy. Dziury w ścianach pozwalały na rozpoznanie tylko poszczególnych barw.
Cała sceneria pokoju przedstawiała się dosyć upiornie. Z drewnianych ścian zwisały po części odrywające się już tapety w kwieciste wzory, sprawiające wrażenie widmowych cieni. Podłoga była lekko przegnita, zasłonięta po części brzydkim, zmechaconym dywanem, a każdy krok wykonywany na deskach sprawiał, że uginały się niebezpiecznie, odsłaniając tym samym grzyby rosnące pod nimi. Był to najprawdopodobniej hol, ponieważ nie dostrzegłam w nim żadnych mebli oprócz przewróconego, połamanego na kilka części wieszaka, przy którym leżała jakaś stara, zniszczona szmata. Na przeciwko mnie znajdowały się schody prowadzące na górę. Zapewne ten dom składał się jedynie z tego niewielkiego pomieszczenia, w którym teraz przebywałam i tej części na piętrze.
Wtem usłyszałam cichy stuk za moimi plecami. Odwróciłam się w tamtą stronę i napotkałam dwie twarze bliźniaków, którzy z równym zainteresowaniem co ja przyglądali się temu osobliwemu miejscu. 
- Robi wrażenie, co? - rzuciłam niepewnie, bacznie rozglądając się po pomieszczeniu. Co i rusz w oczy wpadały mi nowe szczegóły w nim się znajdujące. Między innymi fakt, że na ścianach znajdowały się ślady pazurów, ubłoconych łap, a nawet krwi. Zapewne jedynie Merlin zdawał sobie sprawę z przerażających starć do jakich musiało tutaj dojść. 
- A mnie zastanawia: kto tu mieszkał - odparł George, przejeżdżając dłonią po wilgotnej ścianie. Za ruchem jego dłoni ciągnęły się czarne smugi błota. - Ta chata wygląda upiornie.
Zgodziłam się z tym stwierdzeniem, chociaż nawet nie trzeba było go wysuwać. Byłam przekonana, że cele w Azkabanie prezentowały się lepiej niż ta zatęchła grzybem nora.
- Powinniśmy wejść na górę - głos zabrał Fred i w ramach potwierdzenia swoich słów podszedł do rozwalających się schodów.
Mądrze zrobił, że nie wszedł na nie od razu. Nie wiadomo było, czy przypadkiem strop nie zawali się pod naszym najdelikatniejszym krokiem.
Stopnie wyglądały, jakby cierpiały tu męki. Poręcz ledwo była do nich przymocowana, a drewno, z którego zostały wykonane, zostało zniszczone przez korniki, grzyby i jakieś dzikie zwierzęta. Bardzo łatwo dało się na nich zauważyć ślady po pazurach lub gryzienia.
- Idę pierwszy, nie idźcie za mną do póki nie znajdę się na samej górze - powiedział Fred, a następnie postawił pierwszy krok na schodach. Te jedynie cicho skrzypnęły, ale nic nie zapowiadało się na to, że miały się zawalić.
Chłopak powoli piął się po niebezpiecznych stopniach, a ja wraz z Georgem przyglądałam się temu z niemałym zainteresowaniem i strachem. Jeden niewłaściwy ruch mógł doprowadzić chłopaka do śmierci. Nagle jego kroki ucichły.
- Słyszycie mnie? - rozległo się wołanie.
- Tak - odparliśmy momentalnie.
- Tutaj jest jakiś korytarzyk i ogólnie straszny bajzel, ale... - przez chwilę się zawahał. - Po prostu tu przyjdźcie.
Wymieniłam z Georgem sceptyczne spojrzenie, ale nie trzeba nam było dwa razy powtarzać. Szybko przemierzyłam schody, a zaraz po mnie zrobił to George.
Kiedy pokonałam ostatni schodek, stwierdziłam, że na górze jest odrobinę duszno, jednakże półmrok był taki sam co na dole. Ściany były gołe - nie znajdowały na nich żadne tapety ani choćby ślady po takich tekturach. Podłoga zaś dawała wiele do życzenia. Leżało na niej kilka poprzewracanych butelek po whisky, kilka opakowań po słodyczach z Miodowego Królestwa oraz zepsute gadżety z Zonka.
- Czyżby stara speluna dla uczniów? - zakpił Fred, a ja skrzywiłam się nieco. Nie uśmiechałoby mi się przychodzić tutaj w celu napicia się na sztywno i porozwalania kilku gratów.
- Sugerują pójść jeszcze do tamtego pokoju. - Wskazałam na zamknięte drzwi, znajdujące się na końcu tego korytarza. Były to jedyne drzwi na tym piętrze. - A następnie zmywajmy się stąd lepiej. - W przeciwieństwie do poprzedniego razu, teraz żaden duch nie zamierzał nas stąd wykurzyć. A przynajmniej nie słyszeliśmy żadnych dźwięków paranormalnych.
Wolnym krokiem podeszliśmy do tamtych drzwi. Kiedy znaleźliśmy się blisko nich, zauważyliśmy grube ślady pazurów, które obdrapały lakier. Były na nich także jakieś litery nabazgrane flamastrami. Między innymi "PP" i "JpR" czy "LpL". Najbardziej zaskoczyły mnie jednakże te wpisane w serce: "SB i DM". 
- My też się wpiszemy - zaproponował z nadzieją George, i wyjął swoją różdżkę z kieszeni. Przez chwilę myślał nad zaklęciem, a następnie zamachnął się nią dwa razy. Na drzwiach pojawił się czerwony napis:

"Rok 1992 - Gryffindor - tajemniczy przybysze: Suz, Gred i Feorge"

- Ciekawe jak szybko zajmie im zidentyfikowanie osób, które to zrobiły - zakpiłam, ale bliźniacy nie przejęli się tym jakoś specjalnie. 
- Nikt się i tak tutaj nie zapuszcza od wielu lat. Możemy czuć się bezkarnie - parsknął George.
Fred zbył mnie jedynie machnięciem ręki. Pchnął pięknie zwandalizowane drzwi i dosłownie zamarł w ich progu, jego brat miał także kamienną twarz, przez co przez chwilę zagościł we mnie strach. Wyjrzałam przez ramiona chłopaków, a wtedy ujrzałam widok nie tyle straszny, co wręcz zaskakujący.
Pokój ten nie przypominał w żadnym stopniu wcześniejszych pomieszczeń. Był całkiem spory, prawie wielkości sali od eliksirów, gdzie mieściło się trzydzieści osób. Na jego ścianach ponownie zagościły tandetne tapety, lecz tym razem były one jeszcze bardziej porozrywane pazurami i wisiało na nich wiele plakatów z drużynami Quidditcha lub dziewczynami na motorach. Kurz na nich przeplatał się z błotem, a w jednym miejscu bardzo wyraźnie układała się czerwona plama, ewidentnie krwi, w kształcie jakiegoś zwierzęcia. Jej cześć przelała się także na podłogę, gdzie ciecz ciągnęła się aż do drzwi, przy których staliśmy. Posadzka była wykonana z drewna i tym razem nie została zasłonięta żadnym dywanem. 
W pomieszczeniu znajdowało się bardzo wysłużone pianino, które instrument przypominało jedynie kształtem. Cześć klawiszy leżało swobodnie na ziemi i dopełniało bałagan. Bałagan, który był robiony tutaj bardzo skrupulatnie i przewyższał nawet ten w pokoju bliźniaków. Przy jednej ze ścian znajdował się stos butelek po różnorakim alkoholu, w przeważającej większości były to puszki po kremowym piwie. Tak samo jak na korytarzu, walały się tutaj opakowania po słodyczach i zepsute gadżety Zonka. W oczy wpadły mi ze dwa podręczniki, kilka zeszytów, stary, przegnity pergamin i wymiętolone pióro. Dwa fotele i stolik, także bardzo poharatane, stały na środku pomieszczenia i imponowały swoją wytrwałością. Ja na ich miejscu już dawno bym stąd uciekła. Zdawały się być one najmniej zniszczone.
Najbardziej okropną rzeczą w pomieszczeniu było jednak co innego. Stare łóżko, na którym były ślady krwi i wypadniętego futra. Obok materaca znajdowały się dwa stalowe łańcuchy, które urwano gdzieś w połowie.
- Myślicie, że to zwierzę, co tu mieszka... - zaczęłam niespokojnie, a bliźniacy dopiero wybudzili się z tego transu. Jakby nigdy nic, weszli do pomieszczenia i bardzo uważnie zaczęli lustrować wszystko wzrokiem.
- Mam nadzieję, że nie trzymano tutaj Puszka - westchnął Fred. - Sama myśl, że mógłbym stanąć z takim potworem twarzą w twarz... - Wzdrygnął się drażliwie.
- To nie mógł być Puszek - powiedział George z przekonaniem. - Nie trzymali by go na takim łańcuchu. Ten został stworzony na coś innego. Coś odrobinę większego od człowieka... Na jakiegoś wielkiego psa albo coś.
- Psa? - powtórzyłam. - W sumie jest tu całkiem dużo śladów psich łap, ale... Musiało być to bardzo dawno. 
- Niby czemu? - rzucił Fred, nachylając się przy jakiejś bluzie. 
- Nie umieszczono by tutaj groźnego zwierzęcia. Nie w takim bałaganie. Jestem przekonana, że uczniowie zaczęli tu przychodzić dopiero po tym stworze.
- Być może - zgodził się ze mną George. - Jednak...
- Patrzcie na to - wtrącił się Fred, a my spojrzeliśmy w jego kierunku. Trzymał w dłoniach dużą bluzę, należącą niewątpliwie do jakiegoś Gryfona.
- Zostaw to lepiej, chyba, że chcesz się zarazić...
- Nie rozumiecie? Możemy się dowiedzieć, kto tutaj przychodził. - Fred wywrócił oczami i zajrzał na metkę ubrania. Sherlock Holmes się znalazł. - Jeżeli znalazłaś tę bluzę, zanieś ją do pokoju numer trzynaście, męskie dormitorium. Zostaniesz wynagrodzona - przeczytał z zaciekawieniem.
- Nieźle - skomentował George i wziął od brata bluzę. Sama także spojrzałam na metkę ubrania.
Męskim pismem było na niej wręcz wciśnięte drobnymi literkami:

Jeżeli znalazłaś tę bluzę, zanieś ją do pokoju nr. 13

(męskie dormitorium, Gryffindor)  Zostaniesz wynagrodzona ;)

- Zachęcające. - Zaśmiałam się serdecznie. - To co, idziemy oddać?
- Zwariowałaś. To przecież jakiś podrywacz! - oburzył się George.
- I chodził do szkoły w latach 1971-197cośtam - mruknęłam z kpiną, czytając drugą stronę metki. - Już od dawna go tutaj nie zobaczysz.
- Też coś - prychnął George i podszedł do miejsca, gdzie przed chwilą znajdował się Fred. Nachylił się nad podłogą.
- Czyli wychodzi na to, że nic tu tak naprawdę nie ma - podsumowałam, odkładając bluzę na fortepian, przez co ten skrzypnął niemiłosiernie. - Okna zabarykadowane, duchy nie są zbyt odważne i nie chcą się z nami przywitać...
- Ale możemy zrobić bar dla uczniów Hogwartu. Umyjemy tamte butelki i będziemy w nich sprzedawać wodę w jeziora - podsunął Fred.
- Do każdej butelki możemy dorzucać podkładkę pod napój - powiedział George, podnosząc się z podłogi. W dłoniach błyszczały mu jakieś przedmioty.
- Co to jest? - spytałam z rezerwą i wraz z Fredem znalazłam się przy chłopaku. 
- Bardzo ładne lusterka. - Zademonstrował produkt, podnosząc go w górę tak, aby światło wpadające przez szparę w oknie mogło je rozświetlić. - Przyda ci się. Będziesz mogła przeglądać się jeszcze częściej. - zadrwił. 
- Z przyjemnością. - wzięłam jedno z trzech, które George trzymał w ręce i przejrzałam się w nim. Zdawało mi się nawet, że błysnęło, kiedy się przeglądałam. Fred w tym momencie wziął sobie drugie lusterko. 
- Super, każdy z nas ma własne szkiełko. Jestem taki szczęśliwy! - zakpił Fred, robiąc głupi wyraz twarzy.
- Śmiej się ile chcesz, ale kiedyś na pewno ci się przyda - odparł George, a po chwili namysłu dodał. - Nie sądzicie, że powinniśmy już wracać?
- Niby tak, ale... Sprawdź, czy na mapie nie narysowano jeszcze jakichś pomieszczeń, należących do tego domu. Można by było jeszcze coś zobaczyć.
Fred przytaknął głową i sięgnął wolną dłonią do kieszeni. Chwilę w niej pogrzebał, a wtedy na jego twarz wkradło się przerażenie.
- Co się stało? - rzuciłam prześmiewczo. - Czyżbyś zgubił mapę? To mi przypomina, jak kiedyś Snape zgubił nasze klasówki - zachichotałam.
- George, powiedz, że ty ją masz - Fred zbył moją uwagę i spojrzał ze strachem na brata.
Ten tylko pokręcił głową przecząco.
- Nie żartujcie sobie - spojrzałam na nich groźnie. - Nie mogliście zgubić mapy! Przecież... Fred, sprawdź pozostałe kieszenie!
- Myślisz, że nie sprawdzałem, Suz? Ja... - I w tej samej chwili moje lusterko jakby kichnęło. Aż podskoczyłam z zaskoczenia tym ruchem. 
Spojrzałam na nie z niemałym szokiem, a wtedy ujrzałam w nim dwie twarze, które intensywnie mi się przyglądały.
- Co to jest? - krzyknęłam, odsuwając dłoń z lusterkiem jak najdalej od siebie. Podobną czynność zrobili bliźniacy.
Patrzyliśmy na siebie jak na trędowatych i zdawało mi się, że staliśmy tak przez kilka minut. Nasz twarze wyrażały tak duże zdezorientowanie, że nie potrafiliśmy nawet wydać z siebie dźwięku.
- Czy to... - wydukał w końcu Fred, a ja z wrażenia wypuściłam z ust tak długo wstrzymywane powietrze. 
- Luterka dwukierunkowe - dokończył George i spojrzał na swoje z grymasem.
- Lusterka dwukierunkowe? - powtórzyłam. - Te do komunikacji? 
- Te do komunikacji. - przytaknął. - A to oznacza, że mamy albo wielkiego pecha, albo ogromne szczęście. - powiedział obojętnym tonem.
- Myślicie, że powinniśmy je tutaj zostawić? - rzuciłam, a bliźniacy momentalnie podnieśli głowy.
- Oszalałaś? - powiedzieli w tym samym czasie. - To prawdopodobnie najlepsza rzecz, jaka przydarzyła nam się w tej szkole po Mapie Huncwotów!
- Ale jeżeli są przeklęte? To przecież nawiedzony dom, jakieś duchy mogły je opętać!
- Nie będziemy używać ich w nocy. - stwierdził George, a wtedy w pokoju rozległ się głośny dźwięk, przez który zjeżyły nam się włosy na plecach.
- Duchy? - wyszeptałam, a miny chłopaków wskazywały na to jednoznacznie.
- Kim jesteś? - krzyknął George, a ja zacisnęłam dłonie na swojej różdżce.
- Wynoście się stąd! - warknął przerażający głos, a nam stanęły gule w gardle.
- K-kim jesteś? - powtórzył chłopak, ale wtedy po naszych karkach przeleciał podmuch mrowistego wiatru. Był paraliżujący.
- Chodu! - wrzasnął Fred i uprzednio wyjmując różdżkę ze spodni, pobiegł przodem. 
Ruszyłam wraz z Georgem tuż za nim. Wybiegliśmy z pokoju w szalonym tempie, przez schody wręcz przeskoczyliśmy, a okno pokonaliśmy tak, jakby go tam w ogóle nie było. Ścieżka, która wcześniej zdawała się taka długa, teraz była naprawdę krótka. Przez Hogsmeade przelecieliśmy jak strzała i szybciej, a przez Miodowe Królestwo do tajemnego przejścia do tej pory nie pamiętam jak udało nam się przedrzeć. Przez całą drogę biegliśmy przerażeni, czując na sobie ten paraliżujący oddech ducha.
Gdy wypadliśmy z garbu jednookiej czarownicy poczuliśmy niewyobrażalną ulgę. 
- Nie mam zamiaru tam wrócić. Nigdy! - postanowiłam, a bliźniacy jedynie patrzyli w stronę, gdzie przed chwilą był otwór. 
- Mamy teraz jednak bardziej poważne problemy - stwierdził George ze smutkiem. - Musimy namierzyć jak najszybciej Mapę.
- Może została w Pokoju Wspólnym? Powinniśmy zacząć tam szukać!
...
Niestety tam jej nie było. Ani w innych miejscach Hogwartu, gdzie przebywaliśmy dzisiejszego dnia. Obawiałam się, że dla dobra mapy, będzie trzeba wrócić do Wrzeszczącej Chaty i tam się za nią rozejrzeć.
Jednak na razie postanowiliśmy nie wykonywać takich kroków. Wróciliśmy tajemnym przejściem w lochach i znaleźliśmy się na korytarzu damskiego dormitorium. Zdyszani wpadliśmy do mojego pokoju, a tam, co nie było już ani dla mnie ani dla bliźniaków specjalną nowością, zastaliśmy Maureen, siedzącą na moim łóżku. Angeliny nie było w pokoju.
- Cześć wam! - przywitała nas dziewczyna beztrosko, przekręcając się do pozycji siedzącej.
- Hej - wydaliśmy z siebie, chcąc aby zabrzmiało to naturalnie, ale nie wyszło to tak, jakbyśmy oczekiwali.
- Co jesteście tacy zmęczeni? - zakpiła, uważnie lustrując nas wzrokiem. - Czyżbyście przypadkiem nie byli zajęci szukaniem...
- Maureen! - wrzasnęłam na dziewczynę, a ta jedynie parsknęłam śmiechem.
- Przecież oddam - stwierdziła pewnie. - Ale najpierw powiecie mi dokładnie o co chodzi z tą jej całą tajemnicą. - powiedziała tonem, nieznoszącym sprzeciwu.
Fakt, dziewczyna wiedziała o istnieniu Mapy od tego pamiętnego dnia, gdy wylazłam na dach. Jednak nigdy nie dowiedziała się o niej więcej, niż tego dnia. Zawsze zbywaliśmy ją głupimi wymówkami... Teraz miała dobry argument, byśmy jej powiedzieli - miała mapę.
- Co chcesz wiedzieć? - Westchnęłam ciężko, a dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.
- Kim są Huncwoci? - powiedziała Maureen z taką pewnością, jakby to pytanie dręczyło ją od zawsze.
- Nie wiemy - odparli bliźniacy tak samo, jak wtedy Angelina.
- Czyli Lunatyk, Glizdogon, Łapa i Rogacz to nie są ich pseudonimy? - spytała ironicznie.
- Na to wygląda - rzekł Fred, ale jakby niepewnie. Czyżby zaczął się nad tym głębiej zastanawiać?
- Tak, to ich pseudonimy. Huncwoci to, tak uważam, czwórka chłopaków, która zrobiła tę mapę. - odparłam pełnym zdaniem, a Store zrobiła minę filozofki. 
- A skąd to wiecie? - spytała znowu.
- Skąd? - powtórzyłam niepewnie.
- Prześledziłam całą tę kartkę. Nie ma tu nic o autorach prócz ich pseudonimów... - Zamyśliła się przez chwilę. - Oraz prócz wzmianki o Snape'ie. Najwidoczniej ta czwórka chodziła wraz z nim do Hogwartu.
- Co? - wydałam z siebie.
- No po prostu. Przez chwilę zapomniałam tego zaklęcia, którym ty ją otwierałaś, więc użyłam frazy: Odsłoń swój sekret. Wtedy pojawiły się na kartce cztery zdania...
Momentalnie znalazłam się przy dziewczynie. Spojrzałam na pusty pergamin i zrobiłam tak, jak dziewczyna opowiedziała, że zrobiła.
Już chwilę później na kartce zaczęły pojawiać się mniej lub bardziej koślawe litery.

Pan Lunatyk przesyła wyrazy szacunku profesorowi Snape'owi i uprasza go, by zechciał nie wtykać swojego długiego nochala w sprawy innych ludzi.

Pan Rogacz zgadza się z panem Lunatykiem i pragnie dodać, że profesor Snape jest wrednym głupolem.

Pan Łapa pragnie wyrazić swoje zdumienie, jak taki kretyn mógł zostać profesorem.

Pan Glizdogon życzy profesorowi Snape'owi miłego dnia i radzi mu umyć włosy, bo kleją się od łoju.

Poczułam jak moje serce dostaje palpitacji.
Pierwszy akapit - Lunatyka -  należał niewątpliwie do Remusa. Wszędzie rozpoznałabym jego pismo.
Rogacza nie kojarzyłam, ale Łapa podpisał tym pismem swoją gryfońską bluzę, a dzięki Glizdogonowi mogliśmy wydostać się z przejścia, którego przed chwilą użyliśmy. To on nabazgrał: trzecia cegła od dołu, druga od brzegu i pogilgotać ją.
- Nie zauważyłam tego wcześniej - stwierdziłam najbardziej opanowanym głosem, na jaki tylko było mnie stać. Na szczęście ani Maureen, ani bliźniacy nic nie zauważyli.
- Okey, czyli części sami nie wiecie - powiedziała dziewczyna. - Następne pytanie brzmi: Gdzie znaleźliście tę mapę i jak ją włączyliście... W cudzysłowie włączyliście.
- To są dwa pytania - mruknął George. - Ale niech będzie... Znaleźliśmy ją przypadkowo w biurze Filcha w pierwszej klasie, gdy chcieliśmy się urwać ze szlabanu.
- A wiedzieliśmy jak ją włączyć, ponieważ... - nagle Fred zamilkł i spojrzał na mnie z pytaniem w oczach.
- Mój brat chodził wraz z tymi całymi Huncwotemi - Zrobiłam błąd specjalnie. - do Gryffindoru. Najwyraźniej chwalili się tym komu popadnie i tak się Remus dowiedział. Potem, gdy opowiadał mi o Hogwarcie wtrącił o takiej mapie, więc gdy zobaczyłam ten pergamin stwierdziłam, że to musi być to. - Wzruszyłam ramionami. Moja historia była wyssana z palca. Gdyby Remus się dowiedział, że wiem o istnieniu Mapy Huncwotów...
- Okey, to teraz ja mam pytanie - wtrącił się Fred. - Jak długo obserwowałaś nas na tej mapie?
- Od kiedy ją włączyłam - wyjaśniła. - Dziwię się, że udało wam się zwiać przed Snape'em stamtąd. - zachichotała.
- Snape? - Momentalnie się wyprostowałam.
- No, tak. Nie mówcie, że nie widzieliście go? Stał kilka metrów od was. W tym samym pomieszczeniu!
- Nie, ale... - zaprzeczyliśmy.
- Chyba, żeby użył zaklęcia kameleona - stwierdziłam po chwili. - Wtedy mógłby się wtopić w tło.
Trójka moich przyjaciół skinęła na ten pomysł. Ale czy Snape kłopotał by się aż tak, żeby się tam znaleźć?
- W takim razie pozostaje nam jeszcze jedno pytanie. - rzekł poważnie George. - Dlaczego Snape, mając nas prawie jak na talerzu, nie ujawnił się?

***
Zostawcie po sobie komentarz ;)

sobota, 21 października 2017

Rozdział 28

Dzisiaj odrobinkę wcześniej niż zazwyczaj. Życzę miłego czytania :)

***
Czasami bywa tak, że pewne rzeczy wychodzą nam lepiej, a niektóre gorzej. Żebyśmy nie wiem jak starali się w osiągnięciu jakiegoś celu, tak zawsze pod naszymi stopami znajdzie się milion kłód, z czego każda z nich będzie przedstawicielem innego powodu, dlaczego miałbyś tego nie zrobić... i dlaczego ci się to nie uda.
Z tego też faktu nie miałam żadnej pretensji do profesor Septimy Vector i jej okropnego przedmiotu. Od samego początku zapowiadało się, że numerologia będzie moją piętą Achillesa bardziej niż inne przedmioty. Kiedy zaczynałam rozumieć jedną regułę dopasowywania do siebie liczb, zaraz pojawiała się kolejna całkowicie przecząca tej pierwszej. Oczywiście przed bliźniakami musiałam udawać, że idzie mi wspaniale, ale tak naprawdę plułam sobie w brodę, że wybrałam ten przedmiot. Miał być taki fajny i zajmujący, a wyszło jak zwykle.
Jedyną rzeczą, jaka trzymała mnie jeszcze na tych beznadziejnych lekcjach, był Cedrik, który w pocie czoła po każdych zajęciach chodził ze mną do biblioteki i tłumaczył mi krok po kroku wszystko jeszcze raz. W ten sposób przez ponad pół roku zdążyliśmy się naprawdę dobrze poznać i zaczęło nas łączyć coś, co można by było określić mianem przyjaźni. Oczywiście nadal ważniejsi byli dla nas nasi dotychczasowi znajomi, ale miłym urozmaiceniem był jakiś wspólny spacer na błonia lub wokół jeziora. Potrafiliśmy całymi godzinami rozmawiać ze sobą o naszych rodzinach, zainteresowaniach lub denerwujących rzeczach, jakie zawsze napotykaliśmy.
Profesor Vector właśnie z półuśmiechem na twarzy przechadzała się pomiędzy naszymi ławkami i cierpliwie oddawała nasze wydumy, czyli tak zwane wypracowania o naszych liczbach szczęścia.
Po jakimś czasie, gdy ilość prac w rękach profesorki zmniejszyła się do jednej, a wszyscy wokół mnie już dostali kartki, byłam pewna, że oznacza to, że albo moja praca jest genialna albo wręcz przeciwnie. Bardziej skłaniałam się do tej drugiej opcji. 
- Zgaduję, że to nie jest najlepsze wypracowanie w klasie? - rzuciłam z naiwnością w głosie, a nauczycielka tylko skinęła delikatnie głową.
- Nie jest takie złe, ale te głupoty, które wypisałaś na koniec, nie świadczą o dobrym opanowaniu materiału - odparła.
- Ja tylko wyraziłam swoje zdanie. Numerologia nie jest dziedziną nauk i nie powinna być brana pod uwagę do oceniania rzeczywistości - broniłam się, ale kobieta jedynie posłała mi nikły uśmiech.
- Wiem, Suzanne, że się starasz, ale po prostu nie mogę - westchnęła ciężko i dała mi pracę, a następnie podeszła do swojej ambony. 
Prześledziłam szybko wzrokiem otrzymany pergamin.
- Nędzny - stwierdziłam z zaskoczeniem. - Myślałam, że będzie gorzej. Przynajmniej ze dwie oceny w dół. - Przeczytałam wypracowanie jeszcze raz. - Jak nie tym razem to następnym. - Wzruszyłam ramionami i oparłam się łokciami o ławkę.
Moja mina chyba zrobiła się nieco markotna, bo Cedrik trącił mnie delikatnie w ramię. Niechętnie odwróciłam się w jego stronę.
- Jak nie tym razem to następnym - powiedział, mrugając okiem, a ja mimowolnie parsknęłam śmiechem.
...
- Suzanne, zaczekaj chwilę! - Usłyszałam za plecami wołanie bruneta, gdy wychodziłam z klasy od numerologii.
Odpowiedziałam mu jedynie cichym mruknięciem, na które chłopak przyspieszył nieco.
- Nie masz ochoty przejść się wraz ze mną po błoniach? - zaproponował, a ja spojrzałam na niego sceptycznie. - Ładna pogodna za oknem, a jutro jest sobota. Nie musisz odrabiać żadnych lekcji.
- Zapewne i tak nie odrobiłabym ich wcześniej, niż pięć minut przed zajęciami. - Machnęłam ręką.
- Nie daj się prosić. - Cedrik złapał mnie za rękę i pociągnął w kierunku wyjścia ze szkoły.
- W sumie - powiedziałam. - Co mi szkodzi?
Na moje słowa chłopak uśmiechnął się szeroko, a następnie pokierowaliśmy się w kierunku błoni.
- Na prawdę przejmujesz się numerologią? - zagadnął, gdy znajdowaliśmy się na dworze.
Wokół nas wszystko powoli stawało się ciemnozielone, a śpiew ptaków osładzał to przyjemne popołudnie. Flagi na boisku quidditcha powiewały delikatnie na wietrze, a przed chatką gajowego przebywała trójka gryfonów z pierwszej klasy.
- Nie - odparłam, zwracając wzrok na chłopaka. - Ale denerwuje mnie to, że przyłożyłam się do tego wypracowania, a dostałam Nędzny.
- Przyłożyłaś się?
- Przynajmniej bardziej niż zwykle - wytłumaczyłam. - Tak naprawdę nie rozumiem, do czego miałby mi się przydać ten przedmiot!
- Łamacz klątw - odparł chłopak bez zastanowienia. - Gobliny bardzo sobie cenią taką umiejętność.
- Gobliny są praktyczne, a numerologia to zniekształcone wróżbiarstwo... Którego także nie cierpię!
- To jasne. - Zaśmiał się chłopak. - Ale czy w tej szkole uczy się przedmiotu, który akceptujesz w choćby najmniejszym stopniu? - zakpił.
- Oczywiście, że tak - rzekłam. - Zaklęcia i transmutacja. Są to przedmioty, które nie zawodzą mnie wybujałymi zasadami.
- A zielarstwo? - dopytywał się.
- Dobrze wiesz, że Sprout nie lubi mnie od tego kawału z Filiówką! - przypomniałam. - Mieliśmy przecież razem lekcje w pierwszej klasie, nie pamiętasz?
- Oczywiście, że pamiętam. Mój kolega oberwał tym glutem prosto w twarz. - Zachichotałam głośno.
- Bez ofiar nigdy się nie obejdzie -wzbraniałam się. - A twoje akceptowalne przedmioty to jakie?
- Zielarstwo, Obrona i Quidditch - odparł z dumą, jakby czekając na to pytanie.
- Quidditch? - parsknęłam śmiechem. - Ale zdajesz sobie sprawę, że nie mamy już tych zajęć od dwóch lat?
- Niby masz rację, ale ten sport pozwala mi jednak wyluzować.
- Wyluzować - powtórzyłam. - Ostatnio chyba właśnie tego mi najwyraźniej brakuje.
- Niby czemu?
"Animagia jest dosyć stresującym zajęciem" - pomyślałam.
- Ogólnie mówię - odparłam, wzdychając ciężko i wpatrzyłam się w Zakazany Las.
Ta cisza między nami jednakże nie trwała długo. Już po chwili chłopak wyprostował się nagle i, jakby doznał olśnienia od samego Merlina, spojrzał na mnie z zapałem.
- Mam taką sugestię... - rzucił szybko, zmieniając nasz kierunek.
...
- Cedrik, co ty zamierzasz zrobić? - spytałam chłopaka, gdy ten zatrzymał się przed szatnią puchonów. - Nie wolno mi tam wejść - upierałam się przy swoim.
- Tylko w  czasie zawodów, a po za tym weźmiemy dwie rzeczy i już nas nie będzie - uspokoił i zniknął za drzwiami.
- Jakie "dwie rzeczy"? - rzuciłam po raz kolejny. - Powiedz, że nie masz na myśli miotły?
- Nie odpowiem na to pytanie! - Usłyszałam głos chłopaka, a po chwili głośny huk. Jakby miotły spadły ze stojaka.
- Co się tam stało?
- Zaatakował mnie Snape, ale spokojnie. Znokautowałem go - W jego tonie dało wyczuć się mocną kpinę.
- Zabawny jesteś - prychnęłam, a wtedy jego sylwetka zaczęła się powoli wyłaniać z pomieszczenia. 
- Przybliżysz mi to bardziej?
- Każesz mi wsiąść na miotłę? - zmieniłam temat, a wtedy chłopak wyszedł z pomieszczenia, a zza jego pleców wystawały dwa trzony od mioteł. Po chwili podał mi jedną z nich, samemu natomiast uśmiechając się szeroko. - Ja nie potrafię na tym latać!
- Nauczę cię... a przynajmniej spróbuję cię nauczyć. Zobaczysz, że ci się spodoba - zarzekał się.
- Nie obraź się, ale nie podoba mi się ten pomysł. - Pokręciłam głową.
- Chciałaś się odprężyć, tak? A więc Quidditch jest idealną na to receptą. - Zrobiłam sceptyczną minę.
- Cedrik, to miłe z twojej strony, ale jestem w tym beznadziejna!
- Masz podły nastrój od samego poranka. Rozerwiesz się - zachęcił.
- Dosłownie - przytaknęłam. - Gdy będę spadać z miotły, powietrze rozdzieli mnie na miliard kawałeczków.
- Dobrze wiesz, że nie to miałem na myśli. Błagam, nie daj się prosić.
- Nie potrafię.
- To nawet lepiej - rzekł pewnie i ruszył w kierunku środka boiska.
- Zdajesz sobie sprawę czym to grozi? - rzuciłam.
- Tak. Gdy nauczysz się latać, będę miał nie lada konkurencję. - Zaśmiał się, a ja przewróciłam oczami. - No dobrze - dodał, gdy znaleźliśmy się na środku boiska. - Co teraz musisz zrobić?
- Złamać kark - prychnęłam, siadając na kijku. Czułam się idiotycznie.
- A jakaś bardziej pozytywna myśl?
- Może zginę na miejscu - rzekłam, a moje stopy delikatnie oderwały się od ziemi. Równowaga momentalnie została zachwiana, a ja zaczęłam się huśtać w przód i w tył.
- Dobrze ci idzie jak na początek. - powiedział Cedrik i także znalazł się na miotle naprzeciw mnie.
- Na początek? Dobre sobie. W swoim życiu rozegrałam aż trzy amatorskie mecze Quidditcha - pochwaliłam się. - I na wszystkich spadłam z miotły!
- To teraz nie spadniesz - podleciał trochę wyżej, zmuszając mnie, bym podążyła za nim.
- Jesteś pewien, że chcesz oglądać moją śmierć?  - rzuciłam, także unosząc się wyżej. Znajdowaliśmy się około czterech metrów nad ziemią. Perspektywa upadku z tak małej odległości nie wprawiała mnie w dobry nastrój.
Cedrik uśmiechnął się i znalazł się bliżej mnie.
- Jakby co, to będę cię łapał - zapewnił, cały czas starając się zwiększać odległość od ziemi. Bezpiecznej ziemi! - Jak się na razie czujesz?
- Chyba w porządku, ale wolę nie patrzeć w dół - odparłam, unosząc się jeszcze kawałek w górę. Wiatr we włosach był całkiem miłym uczuciem, ale mogłam go doświadczyć także na ziemi. 
Może poczułam większe poczucie wolności, lecz świadomość, że mogę spaść, nie pozostawiała złudzeń. Moje dłonie cały czas trzymały sztywno miotły, w przeciwieństwie do chłopaka, który unosił się wręcz nad przedmiotem. Czułam się, jakbym usiadła na dmuchanej piłce, na której mugolskie dzieci skakały po trawniku w czasie wakacji. Miotła podobnie do niej trzęsła się jak galaretka.
Spojrzałam na chłopaka z pewnego rodzaju obawą. Cedrik zdawał się nawet przez chwilę nie spuszczać ze mnie wzroku, przez co było mi trochę bezpieczniej. Posłał mi zachęcające spojrzenie i jakby od niechcenia zrobił obrót. 
- Nie wiem jak ty, ale ja nie czuję się pewnie na latającym patyku - bąknęłam, postanawiając zejść niżej. - Jakoś tak nie ufam rzeczom martwym, nie licząc oczywiście mojej różdżki.
- Zaczekaj, nie poddawaj się tak szybko! - Zastąpił mi drogę. - Nie wierzę, abyś poddała się w tak banalnej sprawie.
- Ja wcale... się nie poddaję - Te słowa zabrzmiały naprawdę fatalnie. - Ja po prostu nie chcę spaść z miotły!
- Nie myśl o tym w ten sposób.
- Doprawdy? - zakpiłam, wygodniej poprawiając się na miotle.
- Tak, powinnaś nie traktować tego tak poważnie. Po prostu siadasz i lecisz, nie przejmując się takimi błahostkami. Nie zastanawiaj się nad tym czy miotła się przechyli lub czy spadniesz. Kiedy lecisz po prostu liczysz się ty i to, że lecisz. - powiedział, a jego oczy skrzyły się tak, jakby opowiadał o czymś najcudowniejszym w życiu. 
- Łatwo powiedzieć - rzuciłam, ale chłopak nie stracił zapału.
- I jeszcze łatwiej wykonać - zapewnił i okrążył mnie w mgnieniu oka. - Chciałbym, żebyś poczuła to samo co ja, gdy szybuję na miotle! - Wzbił się wysoko w przestworza.
Westchnęłam ciężko, ale i tak pilnie obserwowałam jego poczynania na miotle. W jego wykonaniu to naprawdę wyglądało banalnie.
"Co ja mam w głowie..." - skarciłam siebie i zlustrowałam wzrokiem swoją miotłę.
Wyglądała niewinnie, nie licząc pojedynczych patyczków wystających z głównego kłębu. To była jedyna rzecz, która zdradzała prawdziwą naturę tego przedmiotu.
- Jakby co, to błagam, złap mnie, jak będę spadać! - krzyknęłam do chłopaka i poleciałam w górę, tym samym coraz wyżej znajdując się nad ziemią.
Chłodny wiatr smagał moją twarz, a ja po prostu próbowałam cieszyć się chwilą. Włosy miałam rozwiane jeszcze bardziej niż zwykle, a na policzkach poczułam palące rumieńce.
"To nie jest aż tak złe, gdy się na to spojrzy od tej perspektywy..."
W pewnym momencie zatrzymałam miotłę. W sumie nawet nie zastanawiałam się na tym, jak ją zatrzymałam. Rozejrzałam się wokół i wtedy zdałam sobie sprawę, że jestem otaczana z każdej strony przez gazowe obiekty, których nie mogłam się złapać. Biel chmur wręcz przytłaczała. Jedną z nich nawet musnęłam palcem, ale wtedy wyleciałam stamtąd. 
- Cedrik! - krzyknęłam, bo nigdzie nie mogłam dostrzec chłopaka.
Kilka sekund później puchon znajdował się wprost przede mną.
- Odważyłaś się! - powiedział rozemocjonowany, a ja przytaknęłam. - Nawet nieźle jak na początek. Byłem pewien, że będę musiał cię łapać.
- Żebyś nie wykrakał, ponieważ jeszcze nie wylądowaliśmy - zachichotałam i po raz pierwszy spojrzałam w dół. - Yyy... Cedrik, jak wysoko jesteśmy? - spytałam z niepokojem, wpatrując się w teren pod nami. Z tej perspektywy Zakazany Las wyglądał jak makieta w muzeum, a chatka Hagrida wcale nie istniała.
Chłopak przez chwilę rozglądał się po boisku.
- Bramki są na wysokości piętnastu metrów, więc... - zaczął spokojnie.
- Trzydzieści metrów! - wrzasnęłam, czując jak moja miotła stała się dziwnie chybotliwa.
Moje dłonie zacisnęły się na niej z taką siłą, że jeszcze chwila, a złamałyby jej trzon. "30 metrów!"
- Spokojnie! - Cedrik momentalnie znalazł się obok mnie i obiema rękami przytrzymał moją miotłę.
- Nie dam rady wrócić, tu jest za wysoko! - mówiłam, jakbym zaraz miała stracić oddech. - Zaraz spadniemy i... 
- Suzanne, nikt nie spadnie. Zachowaj spokój! - rzekł, a ja cały czas starałam się zachować równowagę. 
- Łatwo powiedzieć... - rzuciłam, patrząc ze strachem w oczy chłopaka. Malował się w nich spokój, który jednak nie miał zamiaru przejść i na mnie. - Naprawdę... mógłbyś sobie... darować! - Co chwilę robiłam głęboki wdech.
- A ja ci mówię, że dostaniemy się bezpiecznie na ziemię. - zapewnił, cały czas nie mogąc mnie uspokoić, a ja czułam, że podłoże naprawdę staje się bliżej nas.
- Wiedziałam, że tak będzie! - stwierdziłam. - Niby jak chcesz wrócić na ziemie? - Czułam, że moje serce wali jak oszalałe.
- W ten sposób - powiedział i w tym samym momencie moje stopy dotknęły podłoża. Chłopak zaśmiał się głośno z mojej zdziwionej miny. W jego śmiechu dało wyczuć się także ulgę, ponieważ już nie panikowałam.
- Dlaczego? Jak? - wydałam z siebie i zsiadłam z miotły, cały czas wpatrując się w Cedrika.
- Gdybyś tak nie panikowała, zauważyłabyś, że moja miotła znosiła nas w dół.
- To tak w ogóle można? - spytałam, wytrzeszczając oczy.
- Najwidoczniej. - Wzruszył spokojnie ramionami. - Powinniśmy już wracać. Robi się późno, a należy jeszcze odłożyć miotły. - podrzucił i ruszył. Zanim uczyniłam to samo, zlustrowałam jeszcze raz niebo. 
"To jednak nie było tak trudne, jak mi się zdawało".
...
Jako realiście moje sny przedstawiały się w dosyć zwyczajnych barwach. Często śniłam o różnych osobach, z którymi rozmawiałam na tematy niekoniecznie dla nich przeznaczone. Dajmy na to wyobrażałam sobie Snape'a, stawiającego mi Wybitne na egzaminie i jeszcze chwalącego mnie za to.
Dzisiejszego razu nawiedzili mnie bliźniacy. Wpadli zdyszani do mojego pokoju, a rozejrzawszy się po nim starannie, dopadli do łóżka, na którym smacznie spałam.
- Dzieńdoberek! - zawołał Fred radośnie, a jego głos zakotłował się w mojej głowie.
- Jesteś naszą przyjaciółką, dlatego spędzisz z nami cały dzisiejszy dzień - dodał George nieco cichszym głosem, ponieważ każdy głośniejszy dźwięk wprowadzał mnie w stan podchodzący pod zawał.
- Nic innego nawet nie przyszło mi do głowy - mruknęłam półprzytomnie i odwróciłam się na drugi bok.
- Och, wstawaj, Lupin! - zniecierpliwił się Fred i ściągnął ze mnie kołdrę. 
- Nie wygonisz mnie z łóżka.
- A założymy się! - powiedział George i w tej samej chwili uderzył we mnie lodowaty strumień wody.
- Co do... - Zerwałam się na równe nogi, czując, że nie był to jednak sen. - Za co? - dodałam jeszcze, a oni uśmiechnęli się cwaniacko.
- Prawidłowe pytanie brzmi: "Kiedy wyruszamy" - podsunął George, a ja spojrzałam na nich z niechęcią.
- Nie mogliście mnie przynajmniej obudzić w normalny sposób? - jęknęłam cicho, wydostając się z mokrego łóżka. 
- Wtedy z pewnością byś tak szybko nie wstała - kontynuował chłopak, a ja w duchu przyznałam mu rację.
- Za dziesięć minut na dole - powiedzieli równocześnie i wyszli.
- Też coś! - bąknęłam pod nosem i zerknęłam z odrazą na swoją przemoczoną pościel. Przewróciłam irytująco oczami i rzuciłam szybko: Deseratio. Łóżko momentalnie stało się suche.
Następnie podeszłam do krzesła, na którego oparciu leżały moje ubrania przygotowane na dzisiejszy dzień przez skrzaty. Swoją drogą ciekawe, jak wyglądałoby moje funkcjonowanie w szkole, gdyby nie pomoc tych małych stworzeń. Zgarnęłam je szybko i pobiegłam do łazienki, aby się ubrać. Sprężyłam się w miarę ślimaczym tempem i już kilka minut później zbiegałam ze schodów z torbą przewieszoną przez ramię, rozglądając się przy tym po Pokoju Wspólnym.
W pomieszczeniu znajdowało się kilkoro gryfonów. Dwójka z nich przesiadywała przy niezapalonym kominku, cicho rozmawiając. Jedna dziewczyna czytała najprawdopodobniej Proroka Codziennego, a Maureen wraz z Seamus'em i Deanem przesiadywała w ciszy przy małym okienku, nieopodal schodów do męskiego dormitorium. Wyglądali przez nie z zadowoleniem.
- Hej... Suzanne, pst! - Usłyszałam przy uchu, gdy zeszłam z ostatniego schodka i poruszyłam się niespokojnie.
- Nie denerwuj się tak - zakpił Fred na mój ruch.
- Co wy... - rzuciłam jedynie, bo bliźniacy zrobili miny, jakbym miała siedzieć cicho jeszcze przez najbliższe półgodziny.
- Słuchaj, Suz, postanowiliśmy - George wskazał na siebie i brata. - że przyjrzymy się bliżej Wrzeszczącej Chacie. 
- Nie ważne, co tam straszy, chcemy to stamtąd wykurzyć.
- Och - mruknęłam jedynie.
- Idziemy teraz.
- Świetny pomysł. A, jeżeli mogę zapytać - przerwałam im. - jak zamierzacie się tam dostać? Przecież dziś nie mamy żadnego wypadu do Hogsmeade. Nie ma szans, żebyśmy poszli tam niezauważeni, gdyż wiadomo, że jesteśmy z trzeciego roku. Tylko starsi uczniowie mogą chodzić do Hogsmeade sami, pozostali muszą się wpisywać na listy i...
- Naprawdę, Suz? - zakpił George. - Myślałaś, że nasza wycieczka odbędzie się w zgodzie z prawem. A poza tym, nie zapominaj, że jesteśmy w posiadaniu pewnego przedmiotu, który... - Nagle urwał i ukradkiem spojrzał na swoją kieszeń, z której wystawała mapa.
- Przekonaliście mnie - powiedziałam po chwili ciszy, a chłopcy uśmiechnęli się szeroko.
...
- Ta sytuacja ostatecznie wyjaśnia mi, dlaczego nie trafiłaś do Ravenclavu - stwierdził George, gdy znajdowaliśmy się na jednej z ulic w Hogsmeade i kierowaliśmy się w stronę obrzeży miasta.
- A ty się łudziłeś, że jest inaczej - zakpił Fred.
- Po prostu zapomniałam o tym przejściu, okey? Nie jestem nastawiona do wiecznego pamiętania o przejściu w garbie jednookiej wiedźmy. Po za tym znajduje się ono na trzecim piętrze, więc na razie nie powinnam o nim pamiętać.
- Na szczęście masz nas, a my zawsze jesteśmy skorzy do przypomnienia ci takich drobnych szczególików - zaoferował George i w tej samej chwili minęliśmy drewnianą tabliczkę, która stanowiła granicę wioski.
- Powinniśmy być teraz ciszej - powiedział Fred. - Echo przy Zakazanym Lesie lubi się bardziej nieść niż gdziekolwiek indziej.
- Trafne spostrzeżenie - stwierdziłam i podążyłam wraz z Georgem za chłopakiem, którego kroki stały się nagle bardziej ostrożne.
Szliśmy kamienną ścieżką, z której szczelin wystawała zielona trawa. Po prawej stronie znajdowała się ściana Zakazanego Lasu, sprawiającego wrażenie, jakby był jeszcze bardziej nawiedzony niż Wrzeszcząca Chata. Po lewej stronie teren zaczynał nieco opadać w kierunku niedaleko płynącej rzeki. Przepływała ona opodal Wrzeszczącej Chaty.
Przyspieszyliśmy kroku i już po chwili od naszego celu dzieliło nas jedynie niskie, miejscami nieistniejące ogrodzenie, które minęliśmy jak ostatnio bez żadnego problemu. 
Jakby dom otaczała jakaś niewyjaśniona bariera, sprawiająca, że cała radość znika z tego świata, poczułam momentalnie przygnębienie. Moja pewność siebie zmieniła się drastycznie, a ruchy stały się bardziej ospałe i nieposłuszne.
- Czy wy także czujecie ten smutek? - spytał niepewnie Fred, a ja przytaknęłam głową. George nawet nie musiał odpowiadać na to pytanie, brat znał go zbyt dobrze. Rozumieli się wręcz bez słów. 
- Wejdźmy tam szybciej, bo coś czuję, że zaraz się rozmyślimy - podsunęłam i zagęściliśmy kroki.
Minęliśmy wręcz rozwalające się schody, a ilekroć podnosiliśmy swoje stopy, tumany kurzu unosiły się i zasłaniały wszystko, sięgając do naszych kolan. Mi trochę za, gdyż byłam niższa od chłopaków.
Rozejrzeliśmy się po ganku domu. Był niezwykle zniszczony i sprawiał wrażenie zawalenia. Zarówno drzwi jak i okna były ciasno zaryglowane deskami. 
- Zaklęcie powinno podziałać? - podsunęłam, a chłopcy jedynie przytaknęli. - Alohomora! - rzuciłam pewnie, ale deski nawet nie drgnęły. - Oczywiste! - prychnęłam, chowając różdżkę do kieszeni. - Ten dom jest odporny na wszelakie zaklęcia. Przecież został stworzony przez czarodziejów!
Wtem George podszedł do jednego z okien i chwycił mocno za deskę. Trzymał ją chwilę w bezruchu, a następnie szarpnął nią tak mocno, aż gwoździe zaskrzypiały z bólu. Spróbował po raz kolejny, ale nie dało to większego efektu.
- Fred? - zwrócił się do brata i wskazał na deskę.
Jego brat stanął tam, gdzie chwilę temu był George i z całej siły pociągnął drewnem w przeciwnym kierunku, do którego zostało przybite. Gwoździe wysunęły się delikatnie, tak samo jak u Georga, ale okno było nadal silnie zaryglowane.
- Znamy jakieś zaklęcie odrywające deski? - rzucił Fred, dobrze znając odpowiedź na to pytanie.
Wtedy w mojej głowie zrodził się pewien pomysł, który na pewno miał szansę powodzenia.
- Sprawdźcie inne okna. Może w którymś deska została słabiej przybita - zaproponowałam z nadzieją.
- Spróbować zawsze można - przytaknął George. - A ty spróbuj wykombinować jakieś zaklęcie - dodał po chwili, a następnie zniknął wraz z bratem za rogiem domu. 
- Spróbować zawsze można - przytaknął George. - A ty spróbuj wykombinować jakieś zaklęcie - dodał po chwili, a następnie zniknął wraz z bratem za rogiem domu. 
Gdy tylko straciłam ich z oczu, dopadłam momentalnie do zaryglowanego okna, z którym przed chwilą nie mogli poradzić sobie bliźniacy. Parę razy spróbowałam szybko wyczuć w jakim stopniu deska została przybita do ściany budynku. Gdy to sprawdziłam, zakasałam rękawy swojego swetra i zamknęłam oczy.
Kiedy znów je otworzyłam, z mojej skóry wyrastała srebrzysta sierść. Na miejscu moich bladych rąk znajdowały się teraz dwie wilcze kończyny. Poruszyłam nimi kilkukrotnie, próbując zapanować nad tym dziwnym uczuciem. Byłam w ludzkiej postaci, ale moje ręce aż po łokcie należały do wilka. Tylko tyle udawało mi się na razie osiągnąć w swojej animagii. Przemienić dłonie w łapy wilka.
Ścisnęłam mocno deskę i, mając z tyłu głowy fakt, że bliźniacy w każdej chwili mogą wrócić i zobaczyć, co ja tu wyczyniam, szarpnęłam nią w swoją stronę. Ta wypadła ze ściany, a towarzyszył jej przy tym głośny trzask. Z przerażeniem w oczach spróbowałam zrobić to natychmiastowo z drugą deską, uprzednio wyrzucając tą pierwszą na podłogę, przez co wokół mnie rozniósł się kolejny głośny dźwięk.
- Suzanne! Co się dzieje?! - Usłyszałam głosy bliźniaków i ich kroki idące szybko w moją stronę.
Drugi kawałek drewna nie był niestety już tak skory do współpracy. Pierwsza deska została przecież nieco osłabiona przez chłopaków. Na moim czole poczułam kilka kropel potu. 
- Suzanne! - kolejna fraza przyprawiająca o zawał.
Ścisnęłam przedmiot w łapach. Nie zajmując się już nawet zdrowym myśleniem, pociągnęłam go z całej siły. Poczułam jak deska odsłania całkowicie okno, i puszcza, a ja wraz z nią lecę w stronę, w którą ciągnęłam.
Z hukiem upadłam na podłogę, a deska niedaleko mnie i w tej samej chwili zza rogu wybiegli dwaj rudzi chłopcy. Byli zdyszani, podobnie do mnie i z równym przerażeniem wpatrywali się we mnie.
***
Co dalej nastąpi...