piątek, 16 lutego 2018

Rozdział 51


Wpatrywałam się w wysoki, postawiony przede mną przedmiot. Był przykryty czarnym prześcieradłem co nieznacznie uniemożliwiało mi jego identyfikację, a wychodzące z niego osobliwe dźwięki zdecydowanie mi tego nie ułatwiały. Spod płachty wystawała jedynie hebanowa nóżka, która niestety nie kojarzyła mi się z niczym konkretnym.
- Co to może być? - szeptały osoby zgromadzone w sali i posyłały mojemu brata pytające spojrzenia.
Remus brylował w tym momencie przy katedrze nauczycielskiej i zachęcał nas do udzielania odpowiedzi. Posyłał każdemu z nas wesoły uśmiech, patrząc na nas wyczekująco.
- Jeszcze jakieś pomysły? - rzucił z rozbawieniem, a gdy odpowiedziała mu cisza, przewrócił jedynie oczami i zsunął czarną płachtę, ukazując nam wysoką, zgrabną szafę. - W środku znajduje się bogin!
Jego słowa rozjaśniły większości osobom postrzeganie wnętrza szafki.
- Dla niedoinformowanych, bogin to stwór o bezkształtnej postaci, który przybiera obraz najgorszego lęku swojej ofiary. Teraz rozumiecie? - Przytaknęliśmy zgodnie. - Wybornie, ponieważ jest do dla was powtórka z trzeciej klasy, gdy boginy były omawiane na tych zajęciach.
- Panie profesorze - Ręka jakiejś puchonki wystrzeliła w górę. - Obawiam się, że profesor Quirrell nie był najlepszym materiałem na nauczyciela przez co...
- Tak, tak, zostałem solidnie poinformowany o jakości waszej wiedzy dotyczącej Obrony. Dlatego dzisiaj pozwolę sobie ją przetestować. Kto wie jak pokonać bogina?
- Śmiech - wyrwało się z ust Angeliny.
- Bardzo dobrze, panno Johnson! - Ucieszył się. - A czy zna pani formułę zaklęcia.
- Riddikulus - odparła po chwili namysłu.
- Dokładnie, a zatem zapraszam cię do pierwszego rozprawienia się z boginem! Jest on już po rozgrzewce z trzecioklasistami, dlatego uważaj! - stwierdził, a Angelina podniosła się z miejsca i stanęła naprzeciwko szafy z wyciągniętą różdżką.
- Na trzy otworzę szafę, a ty zobaczysz swój największy lęk. Pomyśl, jak go zniszczyć i zrób to! Na trzy - powiedział Remus, chwytając za klamkę. - Raz ...Dwa... Trzy!
Pociągnął za drzwi szafy i ze środka wyleciała siwa chmura dymu zamieniająca się po chwili w tarantulę Jordana! Angelina wytrzeszczyła oczy na jej widok.
- Angelino, umówisz się ze mną! - zawył pajęczak, a dziewczyna jednym ruchem sprawiła, że język pająka wydłużył się i oplótł jego pajęcze nogi. Bogin został pokonany i wrócił do środka.
- Znakomicie - Uśmiechnął się mój brat. - A teraz ustawcie się w kolejce i zaczynamy prawdziwą zabawę!
Nie trzeba nam było dwa razy powtarzać. Już chwilę później wszyscy ustawiliśmy się w długim rzędzie, na którego początku stanął Jordan.
- Pokaż, co tam dla mnie masz! - zawołał bojowo w kierunku szafy.
Remus jak na rozkaz otworzył drzwiczki szafy i ze środka wypadł megafon chłopaka. Upadł z łoskotem na podłogę, a następnie zaczął się toczyć po posadzce, a z jego wylotu leciała piana.
- Gryffindor! - Wydobył się z niego głos chłopaka. - Przegrał ze Slytherinem! Wszyscy zawiedli! Puchar Quidditcha ląduje u Ślizgonów!
- O nie! - zaprotestował Jordan i wystrzelił w kierunku zbuntowanego ustrojstwa zaklęcie. - Riddikulus!
I ze zbuntowanego megafonu została kupka cekinów. Wszyscy zachichotali dźwięcznie, ale wtedy przyszła pora na mnie.
Gdy tylko pojawiłam się przed boginem, ten zaczął zwijać się i przemieniać, aż stanęła przede mną wysoka, zakapturzona postać w czarnym płaszczu. Zmarszczyłam lekko brwiami na jej widok. Nie czułam wobec niej lęku. Bardziej rosnącą niechęć.
- Avada Kedavra! - wrzasnął w moim kierunku lodowaty, męski głos, a wtedy ja szybko zamachnęłam się różdżką, sprawiając, że zielony promień skierował się w stronę mężczyzny, oplatając go niczym kiełbasę i finalnie zamieniając mojego napastnika w otłuszczony baleron.
Uczniowie zebrani w sali ponownie zanieśli się śmiechem. Nie śmiał się tylko mój brat, który przyglądał mi się teraz z rosnącym zdziwieniem. Zbyłam to jednak, tłumacząc to sobie swoim szybkim rozprawieniem się z boginem.
Następni byli bliźniacy.
Fred stanął naprzeciw szafy, a wtedy ze środka wydobył się rozgniewany głos jego matki.
- Fredzie Weasley! - wrzasnęłam Molly i nawet mnie przeszły ciarki po plecach. Bogin pod postacią kobiety opuścił szafę i spojrzał na rudzielca groźnie. - Kara cię nie ominie!
- Riddikulus! - krzyknął chłopak, a jego matka złapała się za gardło. Straciła głos.
George wymienił się z bratem. Bogin spojrzał na niego krytycznie, a następnie zniknął.
Chwilę później w pomieszczeniu rozległ się płaczliwy głos niedający się zlokalizować. Chłopak przez chwilę rozglądał się wokół, a następnie postanowił uderzyć zaklęciem w sufit.
Był to bardzo dobry chwyt, gdyż bogin upadł na ziemię, a następnie w popłochu skrył się w szafie.
- Następny! - rozkazał mój brat, kiedy ja znalazłam się wraz z bliźniakami na końcu tej kolejki.
- Podoba mi się to - stwierdził Lee. - Wykorzystanie zaklęcia w praktyce może nas wiele nauczyć, nie to co te bzdurne przechwałki Lockharta!
Przytaknęliśmy zgodnie przyjacielowi.
- Czy tylko ja nie wiedziałam, czego boję się najbardziej? - rzuciłam po chwili namysłu.
- Sam nie wiem - odparł George. - Ja wahałem się pomiędzy tym głosem, a mamą.
- Co takiego przeraża cię w tym głosie?
- Sam fakt, że nie widać, kto go wydaje. Jego właściciel jest nieosiągalny i przez to czuję się nieswojo. A ty, Suz, czemu akurat ten zakapturzony facet?
- Nie mam pojęcia - przyznałam szczerze. - Nigdy nie widziałam nawet czegoś podobnego do niego! Kiedy bogin się w niego przemienił,  nie czułam lęku, a bardziej irytację lub ...nawet rządzę zemsty - dodałam z przerażeniem.
- Co ty mówisz, dziewczyno? Praktyczne zajęcia chyba źle wpływają na twoją wyobraźnię.
...
Gdy zadzwonił dzwonek, mój brat umieścił bogina w szafie, którą po chwili przykrył czarnym materiałem.
- Dziękuję, uczniowie. To była naprawdę dobra lekcja - stwierdził, pozwalając nam tym samym opuścić salę.
Chwyciłam za torbę i z powrotem umieszczając różdżkę w kieszeni swoich spodnie, skierowałam się do wyjścia.
- Suzanne! - Zatrzymał mnie jego głos. - Mogę cię prosić na słówko?
Posłałam mu zaskoczone spojrzenie. Wymijając uczniów, którzy chcieli opuścić klasę i udać się na obiad, podeszłam niepewnie do biurka brata.
- Tak? Panie profesorze. - Nie mogłam się powstrzymać przez użyciem tego tytułu na mężczyźnie. Ten jedynie uśmiechnął się do mnie drwiąco, a następnie ruchem ręki zamknął drzwi za ostatnim uczniem.
 - Jak się czujesz? - spytał jakby od niechcenia, uważnie lustrując mnie wzrokiem.
- Zwyczajnie - odparłam, ale wzrok Remusa kazał mi rozwinąć tę myśl. - O dziwo dobrze, jak sobie pomyślę, że wczoraj stoczyłam pojedynek z dementorem.
- McGonagall powiedziała mi, że była pod wielkim wrażeniem twoich umiejętności. Nie sądziła, że opanowałaś już tak zaawansowane zaklęcie.
Wykrzywiłam usta w półuśmiechu.
- Zawołałeś mnie do siebie tylko po to, by przekazać mi słowa profesorki? - rzuciłam, poprawiając torbę na ramieniu.
- Suzanne - wydało się z jego gardła. - Jestem w Hogwarcie, aby cię pilnować...
- Niestety zdążyłam się już o tym przekonać.
- Chciałbym cię po prostu przestrzec przed Blackiem.
- Niby po co?
- Znam cię, Suzanne, a twoja ciekawość niestety często bierze górę nad rozsądkiem ...którego i tak ci poskąpiono.
- Słucham? - oburzyłam się teatralnie.
- Po prostu nie próbuj szukać Blacka! Nie próbuj podejmować jakichkolwiek działań, które chciałyby go znaleźć lub...
- Niby dlaczego miałabym to robić? Przecież to morderca!
- Po prostu nie rób tego, dobrze?
- Okey, zgoda. Ale i tak nie miałam zamiaru podkładać się człowiekowi, który chce mnie zabić dla zemsty!
...
- Nad czym tak żywo debatujecie? - spytałam, dosiadając się do przyjaciół, którzy kilka minut temu rozpoczęli posiłek.
- O tobie, Suzanne - odparła Maureen. - A raczej o twoim patronusie.
- I co wywnioskowaliście? - rzuciłam prześmiewczo.
- Dlaczego nie rozwinęłaś w pełni jego formy? - spytał prosto z mostu George. - Przecież chyba potrafisz wyczarować jego pełną postać?
- Istotnie, potrafię, ale...
- Jaką formę przybiera? - przerwała mi podekscytowana Maureen.
- A czy to ma jakieś znaczenie?
- Nawet nie wiesz, jak ogromne! - uniosła się Angelina. - To zwierzę to zbiór twoich wewnętrznych cech, dlatego też debatujemy nad tym...
- Co to za zwierzę - dokończyłam niechętnie, na co przyjaciele obdarzyli mnie proszącymi spojrzeniami. - A jak myślicie? - spytałam, złudnie wierząc, że to odciągnie ich od dalszych prób wyciągnięcia ze mnie tej tajemnicy.
- Ty, Suzanne, wyglądasz trochę jak leniwiec! - powiedział z zachwytem Fred. - Też jesteś leniem i masz mnóstwo włosów na głowie!
- Mnóstwo? - powtórzyłam, chwytając pukiel swoich jasnych włosów.
- Albo panda! - stwierdziła po namyśle Angelina. - W pierwszej klasie miałaś taką słodką, okrągłą buzię... a teraz to nie wiadomo co z ciebie wyrosło!
- Okrągła buzia? - zachichotałam, wydymając policzki.
- Wiem, to chomik! - wydarł się Jordan, przez co kilka najbliżej siedzących nas osób spojrzało na nas karcąco. - No spójrzcie. Chomiki też mają takie poliki jak ona! - I z całej siły dotknął kciukami mojej twarzy, przez co wstrzymywane w ustach powietrze, wydostało się stamtąd z gwizdem.
- Albo struś - zaproponował George. - Też ma takie długie nogi, jak ty.
- Dziękuję. Wreszcie otrzymałam jakiś prawdziwy komplement! - Zaklaskałam w dłonie, aby powinszować rudzielcowi.
- Nie! - zaprotestował jego brat. - To na pewno coś, czego nigdy byśmy się po niej nie spodziewali. Patrzcie na nią, ona wyraźnie z nas drwi!
- Wcale nie! - zakpiłam.
- To będzie coś kompletnie do ciebie nie pasującego! Jak na przykład... - Zastanawiał się przez chwilę. - Może koń?
- W horoskopie chińskim nasz rocznik faktycznie jest koniem - przyznałam.
- Suzanne, ty jesteś psem! Dam sobie rękę odciąć! - wydał z siebie George. - Na pewno!
Spojrzałam na niego wzrokiem mówiącym, że właśnie stracił kończynę.
- Nie daj się dłużej prosić. Proszę, powiedz! - namawiała Angelina.
- Ale nie będziecie się śmiać? - spytałam w końcu. Towarzystwo tylko zaprzeczyło głowami. - Kuguchar.
Po ich minach wywnioskowałam, że niewiele im dała moja odpowiedź.
- Kuguchar? - powtórzyła Maureen, zagłębiając się w swoje odmęty pamięci. - A czy to nie jest przypadkiem rodzaj kota magicznego?
Przytaknęłam niepewnie, a na twarzach bliźniaków ujrzałam ogromne niedowierzanie.
- Czekaj, czekaj. Kuguchar, tak? A czy ty przypadkiem... Nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale na lekcjach z Cognetem  mówiliśmy o wiązach naszych różdżek. Ty miałaś wąs kuguchara! - zauważył George, a jego dobra pamięć zrobiła na mnie wrażenie.
- Zbieg okoliczności? - odparłam, czemu towarzyszył mój zdenerwowany śmiech.
...
- Nie mogę uwierzyć, że jesteśmy już na piątym roku! - powiedział Cedrik, stając na brzegu jeziora.
- Jest wiele rzeczy, w które nie możesz uwierzyć - odparłam kąśliwie. - Na przykład to, że zostałam prefektem! - zachichotałam dźwięcznie.
- Bo to jest nie do pojęcia! - oburzył się brunet i podniósł z ziemi płaski kamień. - Ale chodzi mi o to, że bardzo szybko minęły mi te cztery klasy. - Rzucił kamieniem w kierunku wody, lecz ten od razu utonął. Ced zrobił zniecierpliwioną minę.
- Czyżbyś nie umiał puszczać kaczek na wodzie? - Zaniosłam się głośnym śmiechem.
- Skoro jesteś taka mądra, to sama to zrób!
- Proszę cię bardzo - podniosłam się z ziemi i podeszłam pewnie do chłopaka. Chwilę przyglądałam się brzegowi w poszukiwaniu odpowiedniego kamienia, a następnie podniosłam go i podrzuciłam go kilkakrotnie nad głową.
- Co ty robisz? - spytał Cedrik.
- Próbuję go wyczuć - odparłam poważnie i zacisnęłam mocno dłoń na skale. Spojrzałam krytycznie na taflę wody, a następnie rzuciłam płaskim kamykiem.
Jego ciężar przez chwilę zakłócał spokojny stan wody, a kiedy wykonał pięć uroczych kaczek, zniknął w toni wodnej.
- Nic prostszego. - Zatarłam ręce i spojrzałam na Cedrika ironicznie.
- Czy ty właśnie... - zaczął.
- Użycie magii jeszcze nikomu nie zaszkodziło - powiedziałam spokojnie, na co chłopak pokręcił karcąco głową, a następnie chwycił mnie w pasie i przebiegł ze mną kilka metrów.
Zatrzymał się dopiero na samym końcu pomostu.
- Nie, nie, proszę! Woda jest zimna! - krzyczałam, zanosząc się śmiechem, próbując wyrwać się z objęć chłopaka.
- Za późno, Lupin! Zasłużyła panienka na karę! - zagroził, a następnie poczułam jak opadam w dół.
Przymknęłam oczy, lecz gdy je znów otworzyłam, znajdowałam się w ramionach chłopaka, stojąc bezpiecznie na drewnianych deskach.
- Orientuj się - uprzedził mnie Cedrik i pstryknął mnie lekko w noc.
- Okropnie śmieszne - fuknęłam, a chłopak w tej samej chwili złożył na moich wargach delikatny pocałunek. Jego dłonie powędrowały na moje biodra. - Już jest lepiej - stwierdziłam, odrywając się od chłopaka i po chwili wyrywając się z jego objęć.
Rzuciłam się do ucieczki, lecz puchon biegł tuż za mną.
- Jestem od ciebie szybszy! - zagroził.
- Nie tym razem! - odkrzyknęłam, rzucając w jego stronę Aquamenti.
Brunet osunął się z zaskoczenia na trawę, a jego cały mundurek był przemoczony.
- Ciesz się, że jest ciepło! - pocieszyłam go.
- To ty się ciesz! Nie będziesz musiała mi jeszcze wyprawiać pogrzebu!
- Nigdy ci go nie wyprawię! - odparłam, podchodząc zdyszana do chłopaka, który nadal leżał na ziemi. - Pomóc ci wstać?
- Byłoby miło - powiedział, a kiedy podałam mu rękę, ten chwycił mnie za nią i przyciągnął do siebie. - Teraz to ty będziesz mokra. - Przytulił mnie mocno, a ja zaczęłam wierzgać nogami.
Może faktycznie miałam coś z konia.
- To nie jest fajne! - oburzyłam się, czując, że staję się coraz bardziej mokra.
Dopiero, gdy Cedrik utwierdził się w tym przekonaniu, zdecydował się mnie wypuścić.
- Wysusz! - Przyłożyłam różdżkę do mokrych ubrań. Po chwili byłam już sucha.
- A ja?
- Ty będziesz chodził mokry! - bąknęłam. - Wysusz! - Cedrik z szerokim uśmiechem podniósł się z ziemi. - Żeby nie było, zrobiłam to tylko dlatego, żebyś nie mógł mnie zmoczyć!
- Ja wiem, Suz. Ja zdaję sobie świetnie z tego sprawę - odparł, a wtedy usłyszałam szelest w pobliskich zaroślach.
Momentalnie spojrzeliśmy w tamtym kierunku. Zdawało mi się, że coś tam było i patrzyło się na nas swoimi żółtymi ślepiami, gdy nagle...
Wrzasnęłam z przerażenia i odskoczyłam od granicy z lasem.
Z tych przeklętych krzaków wyskoczył rudy kot Hermiony i posłał mi drwiący uśmiech.
- Lupin! Spokojnie, to tylko kot! - skarcił mnie Cedrik.
- Wyjątkowo durny! - warknęłam w kierunku sierściucha. Kot prychnął na moją uwagę. - Uważaj, Krzywołap, bo powiem Hermionie, że szwendasz się po Zakazanym Lesie już drugiego dnia szkoły!
- Ty niby tego nie robisz? - zadrwił ze mnie Cedrik.
- Ja zachowuję pozory i robię to dopiero po zmierzchu! - stwierdziłam i wtedy odczułam dziwne wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Zbyłam to jednak szybko i uśmiechnęłam się do chłopaka.
Nagle dobiegł do nas dźwięk wybuchających łajnobomb. Odwróciliśmy się szybko w tamtym kierunku, a wtedy ujrzałam trzy sylwetki swoich nadpobudliwych przyjaciół.
- Czy oni właśnie... - zaczął Ced.
- Nie wiem, ale coś czuję, że to się źle skończy - powiedziałam spokojnie, dalej obserwując przebieg wydarzeń.
George, Fred i Jordan zbiegali właśnie ze wzgórza w towarzystwie toczących się za nimi i wybuchającymi łajnobombami. Kilka metrów za nimi biegł Filch z wysoko podniesioną miotłą, odgrażając się im.
- Weasleye, Jordan! - krzyczał jak opętany, na co zaśmiałam się lekko.
Cedrik jednak przypatrywał się temu zdarzeniu obojętnie.
- Coś się stało? - rzuciłam.
- Nie wiem, po prostu Fred i George od pewnego czasu działają mi na nerwy.
...
Spojrzałam na pracę domową, jaką zadał nam Snape.
- Czy on już kompletnie zdurniał! - stwierdziłam pewnie. - Zadał nam dziesięć zadań, z czego osiem z nich musimy zrobić na jutrzejszą lekcję. Nigdy się z tym nie uwinę! - Przejrzałam notatki.
- Zróbmy tak, Suz. Ty zrobisz pierwsze cztery zadania, a ja pozostałą połowę - zaproponowała Angelina. - Te dwa ostatnie zadania są zadane na za tydzień. Możemy je odrobić w weekend.
- Ty to masz łeb, dziewczyno - zgodziłam się, przekręcając podręcznik na stronę trzecią. - Mogę ja zrobić twoją połowę? - poprosiłam. - Jesteś ode mnie lepsza w eliksirach, a moje zadania są trudniejsze!
Brązowooka jedynie pokręciła głową, a następnie zabrała się za zadania.
- Dziękuję - szepnęłam w jej stronę, wczytując się w treść zadania.
Mniszek Góralski jest kwiatem trującym, jednak jego trucizna staje się nieszkodliwa przy wywarze z żeńszenia...
Moje powieki stały się ciężkie i opadły, przymykając oczy. Otworzyłam je gwałtownie. Nie mogłam zasnąć. Musiałam odrobić lekcje.
Czy w proporcji 2/9 Mniszka Góralskiego na żeńszeń jego trucizna zdoła się dostać do eliksiru?
"Czy mi się to kiedykolwiek przyda?" - rzuciłam z irytacją.
Pamiętam, że gdy chodziłam jeszcze do mugolskiej szkoły, to uczyliśmy się w niej liczyć, poznawaliśmy teksty kultury i historię, która dotyczyła czegoś więcej niż 10. powstania goblinów w XVI wieku! Mugole mieli lepiej. Uczyli się rzeczy przydatnych później w życiu, a my wystukiwaliśmy na pamięć kolejnych receptur eliksirów.
- Suzanne - Usłyszałam czyjś głos nad głową.
- C-co? Nie śpię! - powiedziałam sennie, zamykając przypadkowo książkę, która stoczyła się na podłogę.
- Suzanne, mogę ci zabrać chwilkę? - spytała Hermiona, a jej brązowe oczy zaczęły świdrować mnie niepokojącym spojrzeniem.
- Jasne - odparłam powoli, podnosząc z ziemi książkę.
- Profesor Remus Lupin to twój brat, mam rację? - spytała z przejęciem dziewczyna.
- O ile się orientuję, to jeszcze tak. - Podrapałam się po głowie, ziewając.
- Posłuchaj, bo dzisiaj mieliśmy z nim zajęcia i...
- Jeżeli chcesz zgłosić reklamację, to nie do mnie a do Dumbledore'a. To on go wybrał nauczycielem! - przerwałam.
- Nie, chodzi mi tylko o to, że zdarzył się u nas taki mały wypadek i przez to twój brat sprawił, że bogin zamienił się w pełnię księżyca. - W moim gardle pojawiła się ogromna gula. - I moje pytanie brzmi: dlaczego? Boi się księżyca w pełni, czy o co w tym chodzi?
- Jego boginem jest pełnia księżyca - powtórzyłam spokojnie, starając się, aby mój głos brzmiał mądrze. Oczywiście wiedziałam jak było naprawdę. Mój brat nie bał się pełni, tylko zjawiska jakie za jej pośrednictwem występowało. Ale przecież nie mogłam tego powiedzieć Hermionie! - ponieważ... ponieważ  tutaj chodzi o noc. Remus potwornie boi się ciemności! Bardzo, wręcz nie może spać po nocach! - Złapałam się mojej wersji, jak tonący brzytwy. - W swoim pokoju w domu ma specjalną lampkę nocną. O taką dużą! - Podniosłam się z kanapy, żeby pokazać jej rozmiary.
- Ale dlaczego pełnia? Nie powinno mu się pokazać po prostu czarne niebo?
- Zapewne czarne niebo nie oddałoby tak bardzo grozy nocy - stwierdziłam, pukając się wewnętrznie w głowę. - Bo widzisz, to ma głębszy sens. Pełnia księżyca jest jasna, a pokazana na ciemnym tle nieba jeszcze bardziej wzmogła u mojego brata ten lęk. Rozumiesz?
- Tak mi się zdaje - odparła dziewczyna, kiwając niepewnie głową.
Kiedy odeszła w kierunku dormitorium, spojrzałam w stronę iskrzących się płomieni ognia. Ułożyły się one przez chwilę w coś na kształt jakiejś znajomej postaci, ale szybko wyzbyłam się tego wrażenia.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Rozdział 50

Witam serdecznie! Energia rozpiera mnie od samego ranka, a mamy przecież poniedziałek. Zgodnie z umową... wstawiam rozdział rankiem pierwszego dnia tygodnia.

***

Od samego ranka krzątałam się z zapałem po pokoju i starałam spakować się do swojego szkolnego kufra, który był spakowany na sztywno, kiedy zaczęłam do niego wkładać ubrania, a to, co działo się z nim teraz, wchodziło już na inny poziom moich możliwości. Co miałam go zamknąć i przelewitować do przedpokoju, to znajdowałam kolejny przedmiot, który warto by było zabrać ze sobą na swój piąty rok edukacji w Hogwarcie.
- To powinno być wszystko! - stwierdziłam, z westchnieniem zamykając wieko kufra. Dla przezorności nie rozejrzałam się już po pokoju, tylko wyszłam z latającym bagażem na korytarzyk. Opuściłam go na ziemię z lekkim hukiem.
"Żeby się Remus nie obudził" - dwa dni temu była pełnia, w której niestety ja nie mogłam uczestniczyć. Nadszarpnęła jednak ona mocno wewnętrzne siły mojego brata.
Jego mała walizeczka stała podparta o stojak z kurtkami. Spojrzałam na jej lewy bok, gdzie ujrzałam małą plakietkę z napisem:

Prof. Remus J. Lupin

Zerknęłam na litery krytycznie. I w zasadzie nie wiedząc dlaczego, wyciągnęłam różdżkę ze spodni i nakleiłam z jej pomocą czarną tasiemkę, która przysłoniła owe rażące mnie znaki. Uśmiechnęłam się do siebie zwycięsko. Nie chciałam, aby już pierwszego dnia uczniowie powiązywali Remusa z moją osobą. Jeszcze będzie miał złą reputację, a tego bardzo chciałam uniknąć.
...
Gdy opuszczałam dom, była godzina za kwadrans jedenasta, co oznaczało, że musiałam szybko przedostać się za pomocą sieci Fiuu na peron. Remus udał się na niego dużo wcześniej, mówiąc, że ma do załatwienia jeszcze coś ważnego po drodze, dlatego teraz na moje barki spadła odpowiedzialność bezpiecznego transportowania się na pociąg.
Na szczęście wylądowałam bez szwanku. Ze zmniejszoną walizką do niedorzecznie małych rozmiarów i hałasującym w niebogłosy Rufusem w klatce, minęłam ścianę z napisem: peron 9 i ¾, czemu towarzyszyło mi zabawne gilgotanie i weszłam pośpiesznie do pociągu.
Kiedy tylko minęłam jego próg, moja walizka zmieniła swoje rozmiary i znów stała się wielką dwutonową torbą o rozmiarach średniej wielkości ciężarówki - w przybliżeniu oczywiście.
Ruszyłam niezatłoczonym korytarzem, taszcząc za sobą walizkę, do dobrze znanego mi wagonu, gdzie pod jednym z siedzeń ukrywał się składzik na cukierki. Kierowana swoją genialną nieomylnością w parę chwil dobiłam do drzwi przedziału. Pewnie szarpnęłam za klamkę i otwierając przejście na oścież, ujrzałam cztery roześmiane twarze.
- Witam serdecznie! - przywitałam się z nimi, jak na piątoklasistę, który ma przyjaciół, przystało i władowałam się do środka.
- Suzanne! No, no, no, muszę przyznać, że wyładniałaś przez te wakacje! - pochwaliła mnie Angelina, której sylwetka także nabrała walorów. Uśmiechnęłam się do niej głupkowato.
- Tak, tak, tak, Suz wygląda jak zawsze obłędnie. - ziewnął znudzenie Fred. - Ja mam jednak do naszej kochanej przyjaciółki zasadnicze pytanie!
- Powiedz prosto z mostu, zniosę wszystko! - obiecałam, a wtedy jego bliźniak jak na komendę chwycił mnie w pasie i wyniósł z przedziału w kierunku nieznanego mi miejsca.
- Kto to jest? - spytał Fred z pretensją, gdy jego brat postawił mnie pod jakimiś drzwiami.
- Drzwi? - rzuciłam prześmiewczo, na co bliźniacy przewrócili oczami i wskazali na wnętrze wagonu.
W środku znajdowała się jedna osoba, siedząca w rogu przedziału. Po bliższym przypatrzeniu się jej, błyskotliwie stwierdziłam, że to musiał być mój brat, gdyż nikt poza nim nie nosił tak wyświechtanych skarpet, które wystawały z jego eleganckich mokasynów. Dodatkowym argumentem potwierdzającym tożsamość mężczyzny, była jego brązowa aktówka, na której boku widniała kartka z napisem:
Prof. Remus J. Lupin
Najwyraźniej musiał odkleić z niej moją małą próbę sabotażu.
- Wychodzi na to, że mój brat! - zaśmiałam się nerwowo, co bliźniacy skomentowali charakterystycznym dla siebie podniesieniem brwi.
- Co on tutaj robi? - dopytywali się.
- Pracuje.
- Pracuje?
- Tak, jest tegorocznym nauczycielem Obrony przed Czarną Magią. - Uśmiechnęłam się cwaniacko.
- Żartujesz? - pytali jeden przez drugiego.
- Nie mam takiego zamiaru. Dumbledore odwiedził nas w wakacje i poprosił go o zostanie nauczycielem, a Remus się zgodził.
- Fajnie, będzie ci zawyżał oceny.
- Powiem lepiej, będzie mi je zaniżał o połowę!
Wracając do naszego przedziału, w którym zostawiliśmy Angelinę i Jordana, bliźniacy cały czas zamęczali mnie pytaniami dotyczącymi mojego brata.
- A dobry jest?
- Jakie będzie prowadził lekcje?
- Myślisz, że będzie wzorował się na Lockharcie? - Każde z nich było bardziej wymyślne od poprzedniego.
Kiedy znajdowaliśmy się już prawie pod naszym przedziałem, pociąg nagle zatrząsnął się niepokojąco, przez co ja i George wywróciliśmy się na ziemię. Upadek ten był o tyle niefortunny, że wylądowaliśmy na sobie w poprzek.
- Ej, ja rozumiem, że na siebie lecicie, ale żeby tak przy wszystkich? - prychnął Fred pogardliwie, a ja wtedy zarumieniłam się jak burak. George zrobił dokładnie to samo i w ramach dezaprobaty, co do tego pomysłu, podniósł się ze mnie i pomógł wstać.
- Wypraszam sobie - mruknęłam, stojąc już o własnych siłach. - A poza tym pragnę przypomnieć ci, Fred, że my już jesteśmy zajęci!
- Niewinna zdrada z przyjacielem jeszcze nikomu nie zaszkodziła! - rzekł pewny swego, wchodząc do przedziału.
- Chyba drwisz! - powiedziałam z Georgem w tym samym czasie, na co jego brat bliźniak zarechotał wrednie ze środka kabiny.
...
- Lee, która jest godzina? - spytałam ze zniecierpliwieniem, mając z tyłu głowy, że o wpół do pierwszej rozpoczyna się spotkanie prefektów w przedziale nr. 2.
- Taka sama, jak pięć minut temu, tyle, że dodaj sobie piątkę - odparł George za Jordana, przez co zrobiłam naburmuszoną minę. - Dlaczego co chwilę pytasz o tę godzinę? Masz coś odebrać, czy co? - zadrwił ze mnie.
- Pewnie umówiła się na randkę z Cedrikiem i nie ma zamiaru się spóźnić! - Fred wybuchł głośnym śmiechem. - Tylko uważaj, Suzanne, bo George może być zazdrosny!
- Zamknij się! - warknęłam równo z jego bratem, co rozbawiło już całe towarzystwo.
- Za piętnaście wpół do - Lee jako pierwszy się uspokoił i podał mi godzinę.
- Wpół do pierwszej? - rzuciłam. - Okey, w takim razie ja muszę się zbierać.
- Spokojnie, miłość cierpliwa jest! - zachichotał Fred. - Miłość łaskawa jest. Możesz się chwilę spóźnić.
- George, bardzo cię proszę, zmieniaj Fredowi pieluszkę co kwadrans. On bardzo często moczy spodnie - rzuciłam do chłopaka, przez co on, Angelina i Lee wybuchli nieopanowanym śmiechem.
Nie śmiał się tylko Fred.
- Uważaj, Suzanne, bo między wagonem naszym, a Cedrika jest mały uskok. Twoje ego może się tam nie zmieścić! - odgryzł się rudzielec, na co ja zamknęłam drzwi wagonu.
- Świetnie, teraz pozostaje nam jeszcze kwestia trafienia - powiedziałam do siebie, ruszając w stronę końca korytarza.
Mniej więcej w połowie drogi do przedziału prefektów, jakieś drzwi otworzyły się wprost przede mną i wypadł z nich Cedrik w towarzystwie ogromnych salw śmiechu.
- Suzanne! - Ucieszył się na mój widok, po czym zamknął drzwi od kabiny i cmoknął mnie przelotnie w policzek. - Jak minęły wakacje?
- Jeżeli miałabym ci powiedzieć coś, czego ci nie napisałam w listach, to to, że mój brat został nauczycielem Obrony. Resztę powinieneś wiedzieć. - Puściłam mu oczko.
- To nie fair, będziesz faworyzowana! - oburzył się. - A tak z ciekawości, gdzie się wybierasz?
- Spotkanie prefektów! - wyszczerzyłam zęby.
- To niedorzeczne. Przecież uczestniczą w nim sami prefekci! - zauważył, a ja posłałam mu ironiczny uśmiech. - Serio, wybrali cię?
- Jak widać, ale podejrzewam, że zrobili to ze względu na to, że zadaję się z bliźniakami. Pewnie uważają, że będę ich powstrzymywać przed robieniem dowcipów.
- W takim razie McGonagall ostro się przeliczyła, wybierając ciebie. Idziemy? - Podsunął mi ramię, które bardzo chętnie ujęłam.
...
- ...dlatego też, gdy Dumbledore skończy swoje przemówienie kończące ucztę powitalną, zabieracie pierwszoroczniaków i oprowadzacie ich wstępnie po szkole. Tylko nie róbcie zbyt długich spacerów, dzieciaki po tym czasie robią się zbyt pełne energii i później trudno nad nimi zapanować! - upomniał nas Prefekt Naczelny, który z charakteru przypominał mi młodszą wersję Percy'ego. - Zrozumiano?
- Tak jest! - przytaknęliśmy wszyscy.
- Znakomicie - pochwalił, zerkając na kartkę trzymaną przez jakąś dziewczynę. - A racja... i byłbym zapomniał. Jakiekolwiek pytania pierwszoroczniaków dotyczące Syriusza Blacka nie mogą zostać zignorowane, ale proszę też nie zmyślać o nim nie wiadomo jakich bajeczek. Wyobraźnia pierwszorocznych często działa cuda i niestety bardzo łatwo ją nakierować na nieodpowiednie tory. Dlatego też przestrzegam przed niestraszeniem ich. Prefekci Gryffindoru? - Uniosłam niepewnie dłoń wraz z Matheew Rogersem z mojego rocznika, oraz czwórką innych uczniów z szóstego i siódmego roku. - Pilnujcie bliźniaków Weasley, aby nie mieli dostępu do pierwszorocznych! Ich niebywałe pomysły troszeczkę nie przystają do dzisiejszej sytuacji. Spotkanie uważam za zakończone! - poinformował i powoli zaczęliśmy się udawać do swoich przedziałów.
- Suzanne, widzimy się na powitalnej uczcie? - spytał z nadzieją Cedrik.
- Jasne, a jakby co to jutro na Obronie. Remus zdradził mi, że w tym roku z wami mamy ten przedmiot. - Posłałam mu zalotny uśmiech, a następnie wyminęłam kilka osób i już po chwili znajdowałam się w kabinie wraz z przyjaciółmi.
- Długo cię nie było! - zauważył Fred. - Jest dokładnie... Kwadrans po trzeciej! A więc zdradzisz nam, co takiego robiłaś ...z Cedrikiem... przez sto sześćdziesiąt pięć minut?
- Nie obijałam się, to na pewno - stwierdziłam spokojnie, na co bliźniacy posłali mi spojrzenia pełne trwogi.
Przed ich dziwnymi minami uratowała mnie drobna czarnowłosa dziewczyna, która wpadła do naszego przedziału w tej samej chwili.
- Suzanne! - spojrzała na mnie z pretensją. "A jednak z deszczu pod rynnę". - Dlaczego nie powiedziałaś mi, że twój brat będzie nauczycielem Obrony?
- Jak się dowiedziałaś?
- Cały pociąg mówi o tym, że niejaki Remus J. Lupin będzie zastępcą Lockharta!
- A więc plotki szybko się rozchodzą - przytaknęłam, na co Maureen usiadła na fotelu obok mnie i posłała mi karcące spojrzenie.
- Plotki? To prawda! Ale czemu mi nie powiedziałaś, że go wzięli na to stanowisko! Miałaś całe trzy tygodnie, aby mi o tym...
- Ponieważ mój brat dowiedział się o tym półtora tygodnia temu, a nie było okazji, aby cię powiadomić listownie - wyjaśniłam.
- Półtora tygodnia? - powtórzyła Angelina z niedowierzaniem. - To bardzo niewiele czasu! Czy Dumbledore jest niepoważny? Zostawia na ostatnią chwilę podjęcie tak ważnej decyzji?
- Miał być Snape, ale przez ostatnie okoliczności Dumbledore postanowił inaczej.
- Co to znaczy: "Przez ostatnie okoliczności"? - dopytywali bliźniacy, a ja już miałam zamiar im na to udzielić odpowiedzi, gdy nagle pociąg zaczął się zatrzymywać.
- Co się dzieje? Jesteśmy już w Hogsmeade? - spytała Maureen.
- Niemożliwe! Do Hogwartu przecież jeszcze mnóstwo drogi! - zaprzeczył George i wtedy w przedziale zrobiło się okropnie chłodno, a szyby wraz ze ścianami naszły szronem.
Po chwili zgasło światło!
- Co się dzieje? - spytałam, a z moich ust wydobył się kłąb pary.
- Nie podoba mi się to! - spanikowała Angelina.
Podniosłam się z miejsca, ale przez lodowatą temperaturę momentalnie opadłam na fotel. Zamrugałam kilkakrotnie oczami, zdając sobie nagle sprawę z tego, jakie zagrożenie może w tej chwili nam grozić. Spojrzałam ze strachem na przyjaciół. Ci zdawali się już wiedzieć o wszystkim. Jedynie Maureen patrzyła na szron z wielkim znakiem zapytania na twarzy.
Niestety nie zdążyłam jej już tego wyjaśnić. W tej samej chwili klamka w drzwiach poruszyła się, a następnie przedział został otwarty przez dłoń wyglądającą jak zlepek wciąż gnijących korzeni. Ręka była widoczna do oślizgłego nadgarstka, ponieważ upiór ubrany był w czarny kaftan z kapturem opadającym na jego bezkształtną głowę. Bił od niego smutek wymieszany z lękiem, a jego postać przypominała mi gorzki obraz kostuchy.
Dementor rozejrzał się po nas. Na każdym koncentrował się niezwykle intensywnie, chcąc wyssać z nas jak najwięcej szczęśliwych wspomnień. Jednak finalnie swój bestialski wzrok zatrzymał na Maureen i nie czekając na nic, rzucił się na nią, przez co dziewczyna wydała z siebie jedynie ciche piśnięcie.
Wiedziałam, że muszę działać szybko, bo inaczej ten stwór wyssie jej duszę. Wyciągnęłam różdżkę z kieszeni spodni, a następnie wyszukując swoich najszczęśliwszych wspomnieć z odłamów pamięci, krzyknęłam:
- Expecto Patronum! - wydobyło się z mojego gardła, przeszywając narastający dźwięk grozy.
Z końca mojej różdżki wydobył się jasny słup światła, zamieniający się po chwili w białą tarczę, która momentalnie odsunęła dementora od Maureen. Ten jednak był nieustępliwy. Po raz kolejny przywarł swoim zbrodniczym obliczem do dziewczyny i wykradał z niej to, co najlepsze. Starałam się przywołać kolejne, jeszcze silniejsze wspomnienia, które zdołałyby go przepędzić na dobre.
Ten był jednak niezwykle silny. Opierał się moim atakom i jawnie z nich drwił, coraz mocniej zagłębiając się w drobną postać dziewczyny.
Jej twarz była spowita szarą mgłą wydobywającą się z paszczy potwora. Nie mogłam na to pozwolić!
Pierwszy pocałunek z Cedrikiem! Dementor przez moment odsunął się od dziewczyny.
Pierwsza pełnia z Remusem! Upiór zdawał się być nieustępliwym. Jego palce coraz mocniej zaciskały się na krzyczącej Maureen.
Pierwsze przybranie pełnej formy animagicznej!
Zdawało mi się, że potwór wieki opierał się moim wspomnieniom. Ale wtedy bliźniacy w błękitnym Fordzie Anglia przybyli mi na ratunek i wygnali upiora.
Dementor zniknął! Zniknął na dobre!
Upadłam ze zmęczenia na podłogę, czując jednak, że znajduję się w czyichś ramionach. Ostatnią rzeczą, jaką ujrzałam, była sylwetka Freda, wybiegająca z przedziału i wołająca o pomoc.
...
Coraz wyraźniejsze głosy dobiegały do moich uszu. Czułam ich rozmowy między sobą, aż wreszcie... Otworzyłam szeroko oczy i oślepiło mnie rażące światło żarówki.
- Suzanne! - krzyknął jakiś dziewczęcy głos i przytulił mnie mocno.
- Co... co się dzieje? - spytałam koślawo, lecz już po chwili sobie przypomniałam. - Dementor! - Wyrwałam się z objęć dziewczyny i wstałam na nogi. Po chwili jednak okazało się, że moje kończyny były za słabe, co skończyło się szybkim upadkiem na podłogę.
- Suz, bez takich gwałtownych ruchów - skarcił mnie George, a jego głos był taki melodyjny i przyjemny dla ucha.
Po chwili znów siedziałam na fotelu.
- Remusie... - zaczęłam, ale nie umiałam zebrać myśli.
- Gratuluję, Suzanne, pierwszego w życiu pełnoprawnego użycia zaklęcia patronusa! - powiedział mężczyzna. - Poszło ci zaskakująco dobrze, zwłaszcza zważając na fakt, że z dementorem miałaś do czynienia pierwszy raz w życiu!
- Zaskakująco dobrze? - zdziwiła się Maureen. - Gdyby nie ona, już dawno zostałabym zjedzona przez tego potwora! - Spojrzała na Remusa z pretensją.
- Poszłoby jej wzorowo, gdyby po wszystkim nie zemdlała! - Posłał mi rozbawiony uśmiech. - Upadać to ty, Suz, umiesz akurat w widowiskowym stylu.
- Jak upadłam?
- Złapana przeze mnie. - George spojrzał na mnie z troską. Na jego słowa przytaknęłam lekko.
- Ale nie licz, że ci się odpłacę! - stwierdziłam. - Nie obraź się, ale jesteś ciężki, więc...
- Tak, tak, rozumiem. - Chłopak uśmiechnął się szeroko.
- Czyli rozumiem, Suzanne, że nic ci już nie jest? - Remus wolał się dopytać.
Pokręciłam głową.
- Świetnie, bardzo się cieszę - powiedział, klękając przy mnie. - Profesor McGonagall będzie chciała o tym porozmawiać. Masz się do niej zgłosić przed kolacją - szepnął do mnie, czego nie mogła usłyszeć żadna inna osoba w tym pomieszczeniu.
Skinęłam głową rozumiejąc, a on wyszedł z przedziału.
...
Gdy dotarliśmy bezpiecznie do Hogwartu, stanęłam w jego progu, a wtedy w oczy rzuciła mi się poważnie wyglądająca sylwetka profesor McGonagall. Skinęłam głową w jej kierunku, na co ona przywołała mnie ruchem ręki.
- Zaraz do was dołączę - powiedziałam do przyjaciół, którzy od czasu, gdy się ocknęłam, obchodzili się ze mną jak z jajkiem.
- Witaj, Suzanne - przywitała mnie kobieta, gdy do niej podeszłam. - Nie rozmawiajmy o tym tutaj, chodźmy do mojego gabinetu.
Po kilku minutach kluczenia po rozległych korytarzach zamku, znalazłam się wraz z McGonagall w jej gabinecie. Poleciła mi ona usiąść przy jej biurku, co z nieukrywaną ulgą bardzo szybko zrobiłam. Kobieta usiadła naprzeciwko mnie i ruchem ręki sprawiła, że na blacie pojawiły się dwie filiżanki.
Nie miałam jednak nastroju na picie herbaty, przez co pokręciłam szybko głową.
- Posłuchaj mnie, Suzanne - zaczęła kobieta. - To, co wydarzyło się w pociągu... Mam tutaj na myśli wyczarowanie przez ciebie patronusa oraz pokonanie dementora... nie obejdzie się bez echa w naszej szkole. Dlatego zaklinam cię, moja droga, abyś nie mówiła nikomu więcej, niż to konieczne. Dlatego jest ta rozmowa. My, jako szkoła, musimy wykonać wiele papierkowej roboty, aby dzisiejsze zajście w pociągu nie niosło za tobą konsekwencji.
- Niby jakich konsekwencji?
- Ujmę to tak: wiesz, Suzanne, kto ostatnio zbiegł z Azkabanu, prawda? - Skinęłam głową. - Ministerstwo wysłało w pogoń za nim dementorów, którzy moszczą sobie prawo do robienia rzeczy, o jakich nam nawet jest strach pomyśleć. Jednak Knot, z całym szacunkiem do pana Ministra, nie zdaje sobie sprawy z zagrożenia, jakie te... stworzenia za sobą niosą. Bez twoich szczegółowych wyjaśnień mogą nam nie uwierzyć, co nie skończy się dobrze ani dla nas ani dla ciebie.
- Rozumiem - powiedziałam, tak naprawdę bardzo niewiele z tego rozumiejąc.
- Dobrze, a więc zacznijmy od początku. Suzanne, powiedz mi, kiedy dokładnie nauczyłaś się zaklęcia patronusa?
- Wakacje, po zakończeniu drugiego roku - odparłam instynktownie, jakbym się tego wyuczyła na pamięć, a McGonagall zapisała to na pergaminie.
- Kto cię nauczył tego zaklęcia?
- Mój brat.
- Dokładniej!
- Mój brat, Remus Lupin.
- Jaką przybiera formę?
- Średniej wielkości kuguchara, ale dzisiaj nie rozwinęłam go w pełni. - McGonagall posłała mi pytające spojrzenie. - Wyczarowałam zaklęcie patronusa w formie tarczy, ale teraz myślę, że było to bardzo głupie posunięcie, bo tarcza nie daje tak wielu możliwości do manewrów.
Następnie kobieta zadała mi następne pytanie. I jeszcze wiele innych, które były wpisane w procedury. Kiedy odpowiedziałam na ostatnie, wstałam z ulgą z krzesła i czym prędzej dopadłam do drzwi, otwierając je z łoskotem.
Na zewnątrz siedziała Hermiona.
- Suzanne, jeszcze jedno - zawołała za mną profesorka, na co ja niechętnie odwróciłam się w jej stronę. - Mam nadzieję, że potraktujesz obowiązki prefekta poważnie i zapanujesz nad tymi dwoma orangutanami!
Uśmiechnęłam się na jej uwagę.
- Proszę pani, im to nawet Merlin nie pomoże.
...
Weszłam do Wielkiej Sali, gdzie już na dobre rozpoczęła się uczta. Niczym cichociemny, zakradłam się do miejsca siedzenia moich przyjaciół i usiadłam obok nich, przywdziewając na twarz radosny uśmiech.
- Czego od ciebie chciała McGonagall? - spytał z rezerwą Lee, obrzucając mnie zdystansowanym spojrzeniem.
- Pytała o patronusa - odparłam zdawkowo, na co towarzystwo od razu się ożywiło.
- A właśnie! - zakrzyknął Fred, a ja uciszyłam go wzrokiem. - Dlaczego nam nie powiedziałaś, że potrafisz wyczarować patronusa? Myślałem, że nie mamy przed sobą tajemnic!
- Właśnie dlatego. Żeby uniknąć waszych wścibskich pytań!
- Wścibskich, my tylko się chcemy dowiedzieć, czemu masz przed nami sekrety! - stwierdził George.
- Ja nie mam przed wami... żadnych sekretów! - dokończyłam koślawo, zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo moja odpowiedź odbiega od prawdy. - Po prostu jestem teraz zmęczona. McGonagall zasypała mnie toną pytań, żeby uzupełnić jakieś papiery dla Ministerstwa. - Nałożyłam sobie makaronowej sałatki.
- Biedactwo - podsumowała Angelina, a ja posłałam jej nikły uśmiech.
- Suz! - Usłyszałam za sowimi plecami. - Gratuluję zostania prefektem! - Hermiona złapała mnie od tyłu i uściskała serdecznie.
- Prefektem? - powtórzyli bliźniacy z taką zgrozą, jakby dowiedzieli się, że od jutra Snape zostanie opiekunem Gryffindoru.
- To też jakoś tak wyszło - wyjaśniłam, napełniając sobie usta warzywami.
- Suzanne, czy ty wiesz, co to znaczy? Idziesz w ślady Percy'ego! - przelękli się rudzielce, jak gdyby bycie jak ich starszy brat było czymś złym. Po uświadomieniu sobie tej myśli, także i mnie przeszły ciarki.
Kilka minut później jedzenie zniknęło ze stołów, a Dumbledore podszedł do mównicy.
- Dzień dobry, uczniowie! Z niektórymi witam się zapewne po raz kolejny, a niektórych przywitam dzisiaj dopiero pierwszy raz - rozpoczął uroczyście. - Przykro mi, że na samym początku obwieszczam takie nowiny, ale Świat Magii od ostatnich kilku dni żyje wyłącznie tą wiadomością, a więc trudno, żeby inaczej było z Hogwartem. Jak pewnie wszyscy już wiecie, z Azkabanu uciekł Syriusz Black. Dlatego też nasza szkoła zostanie poddana wielu nowym zaklęciom ochronnym, które nie pozwolą na zaatakowanie. Poza tym, Ministerstwo zabezpieczyło naszą szkołę w kilka chroniących nas od dzisiaj dementorów, sam nie jestem tym faktem zachwycony. - Mężczyzna odkaszlnął przez wszczęte przez uczniów nagłe rozmowy. Gdy ponownie zapadła cisza, kontynuował. - Przez obecność dementorów zostaną odrobinę zmienione zasady. Od dzisiaj każde wyjście do Hogsmeade będzie uważnie nadzorowane przez aurorów, którzy objęli już swe posterunki wokół szkoły. I radzę wam, drodzy uczniowie, nie wchodzić dementorom w drogę. W ich naturze nie leży wyrozumiałość i łaska. - Przez chwilę w pomieszczeniu zrobiło się bardzo ponuro. - A wracając do przyjemniejszych rzeczy. Mam zaszczyt powiadomić was, że profesor Silwanus Kettleburn udał się na zasłużoną emeryturę, aby cieszyć się tym, co mu jeszcze z ciała pozostało - część uczniów, w tym ja i bliźniacy, wydało z siebie pomruki zawiedzenia. Czego by nie mówić o tym mężczyźnie, był on naprawdę fajnym nauczycielem. - A zastąpi go profesor... Hagrid. - Ta wiadomość sprawiła, że na mojej twarzy pojawił się drobny uśmiech. - Zaś nauczycielem Obrony Przed Czarną Magią zostanie... - Chwila milczenia. - Profesor Remus Lupin!
Kiedy usłyszałam nazwisko brata, zaczęłam głośno klaskać, czemu po krótkiej chwili poddali się też inni uczniowie siedzący w sali. Oczywiście poza Slytherinem, choć i tam zdarzały się występować wyjątki.

***

Bardzo zachęcam do pozostawienia po sobie komentarzy :)

piątek, 9 lutego 2018

Rozdział 49


Spędzałam wraz z bratem beztroski poranek w domu, a od rozpoczęcia roku szkolnego dzieliło mnie jeszcze spokojne półtora tygodnia. Poddawaliśmy się oboje codziennej rutynie - on czytał gazetę, a ja stałam przed otwartą lodówką, myśląc, co mogę zjeść do herbaty, która już dawno wystygła. Z radia leciała muzyka, która przełamywała ciszę panującą między nami. Była ona jednak całkowicie naturalna i gdyby któremuś z nas zaczęła przeszkadzać, momentalnie zostałaby pogwałcona.
- Przerywamy audycję - Rozległo się nagle w czarodziejskiej Rozgłośni Radiowej, przez co Remus oderwał się od czytanego artykułu. - by przypomnieć ważny komunikat. Prosimy o zachowanie szczególnej ostrożności, gdyż wczoraj, w godzinach popołudniowych uciekł z Azkabanu seryjny morderca: Syriusz Black. Władze Azkabanu cały czas pracują nad znalezieniem zbiega, a specjalnie wyszkolone jednostki dementorów już podjęły się poszukiwania zbiega.
- Dementorzy - prychnęłam. - Wyrządzą oni więcej szkód, niż gdyby ten cały Black wyraził ochotę na zabicie kogoś. A swoją drogą... Ciekawe, jak udało mu się uciec? W końcu Azkaban to niezdobyta twierdza. Nie ma szans się z niej wydostać. - parsknęłam, decydując się w końcu na płatki z mlekiem. - Nie sądzisz? - Odpowiedziała mi cisza. - Remusie? - rzuciłam, gdy po dłuższej chwili brat nie okazywał zainteresowania.
Odwróciłam się zniecierpliwiona w jego stronę i wtedy ujrzałam, że jego twarz przybrała białych odcieni.
- Remusie? - zaniepokoiłam się lekko i w jednej chwili znalazłam się przy nim. - Co ci jest? - spytałam, uważnie lustrując go wzrokiem. Jego dłonie trzęsły się delikatnie, a oddech jakby stał się płytszy i bardziej niespokojny. Wyglądał, jakby zaraz miał przemienić się w wilkołaka. - Remusie! - Dotknęłam jego ramienia, lecz wzrok mężczyzny cały czas był utkwiony w nieokreśloną przestrzeń za mną.
- To... - wyszeptał jedynie, a po chwili schował twarz w dłoniach.
- Co za "to"? Co się stało? - próbowałam sprawić, by chociaż na mnie spojrzał. On jednak był jak w transie i przeczył głową samemu sobie. Przeczył, jakby nie mógł uwierzyć w...
- Kim jest Syriusz Black? - spytałam nagle, odsuwając się od brata na kilka łokci. Mężczyzna na dźwięk tego nazwiska poruszył się niespokojnie. Po chwili podniósł delikatnie głowę, a na jego twarzy błąkało się... wszystko. - Kim jest dla ciebie Syriusz Black? - powtórzyłam dobitniej.
- Gdybym potrafił ci to wyjaśnić. - odparł, a jego głos był łamiący i słaby. Nigdy nie widziałam Remusa w takim stanie. Wyglądał... gorzej niż po ponownej przemianie w człowieka!
- Kim on jest? - rzuciłam, a na twarzy brata pojawił się grymas nienawiści. "Tylko dlaczego, o co tutaj chodzi?"
- Zalecamy nie wychodzić z domów. Black jest nieuzbrojony, ale nadal niebezpieczny. Może ukrywać się wszędzie, dlatego prosimy o zachowanie ostrożności. - Kolejny denerwujący głos dobiegający z urządzenia.
- Remusie...
- To człowiek, którego nie chciałbym znać. - powiedział nagle, a jego ton głosu opływał w niechęć. Nie spodziewałam się dostać tak wyczerpującej odpowiedzi, biorąc pod uwagę jego obecny stan.
- To znaczy? - podniosłam się z kolan.
- To znaczy, że jest to sprawa skomplikowana - odparł jedynie, a następnie wstał i dolał sobie wrzątku do filiżanki.
- Jeżeli jest on niebezpieczny...
- Zagraża naszemu życiu. - poprawił.
- Kim jest dla nas Syriusz Black?
- Nikim! - Remus chciał wyjść z kuchni, lecz zatorowałam mu drogę. - Już nikim! - dodał zdawkowo.
- Co on takiego zrobił?
- Zdradził! - krzyknął, a pojedyncza łza spłynęła po jego policzku. - Podle nas zdradził! - warknął po raz kolejny i usiadł na krześle. Zrobił to jednak tak agresywnie, że filiżanka wypadła mu z trzęsących się rąk i upadła, rozbijając się na podłodze.
- Był jednym ze Śmierciożerców? - spytałam z przerażeniem.
- Tak - wydał z siebie, chowając twarz w rozdygotanych dłoniach.
...
- Pamiętasz, Suz, jak zginęli Potterowie? - rzucił Remus głosem tak wypranym z emocji, że przez chwilę także i mnie przeszły dreszcze.
- Jasne - stwierdziłam. -  Przecież każdy zna tę historię. Sam Wiesz Kto zamordował Potterów i chociaż próbował też zabić Harry'ego, to on przeżył. - Podrapałam się po łokciu. - Swoja drogą to interesujące, że na nas napadł jakiś śmierciożerca i zabił naszych rodziców, co było początkiem wojny, a śmierć Potterów była jej końcem.
- Tak, Voldemort zabił Lily i Jamesa, ale to wszystko było dużo bardziej skomplikowane. - wyznał, a ja jak zwykły tchórz po raz kolejny wzdrygnęłam się na dźwięk imienia tego potwora. - Wszystko zaczęło się od przepowiedni Trelawney. Mówiła ona, że chłopiec urodzony w lipcu pokona Czarnego Pana. Były dwie możliwości: Harry Potter, syn Potterów albo Neville Longbottom, syn Alicji i Franka. Voldemort dowiedział się o tej wróżbie przez Snape'a, który w tamtym czasie współpracował z nim i był jednym z Śmierciożerców. - Skinęłam głową rozumiejąc, chociaż tak naprawdę nie chcąc poznać prawdy. - Snape od razu tego pożałował i przez to stał się podwójnym agentem, co bardzo narażało jego życie. Voldemort niezwykle ostro rozprawiał się ze zdrajcami. Jednak już znał treść przepowiedni. Wtedy Dumbledore postanowił ukryć Potterów pod zaklęciem Fideliusa.
- Zaklęcie Fideliusa? - powtórzyłam, czując, że jestem na siebie wściekła przez swoją kretyńską niewiedzę.
- Zaklęcie Fideliusa polega na tym, że rzucający czar zamyka w duszy żywego człowieka jakąś tajemnicę. Taką duszę nazywało się Strażnikiem Tajemnicy. Raz zdeponowanej tajemnicy nie można było wyjawić, nawet pod wpływem magii.
- Strażnikiem Potterów był Syriusz Black?! - spytałam niedowierzając.
- Istotnie, strażnikiem tajemnicy Potterów został właśnie Syriusz Black. Był ich najlepszym przyjacielem, więc uważano go za dobrego kandydata.
- Nie brali pod uwagę ciebie?
- Tego niestety nie wiem. W tamtym czasie przestano ufać sobie nawzajem i Syriusz oskarżył mnie o wspieranie Voldemorta! - odparł z goryczą. - O ironio! Sam okazał się jego poplecznikiem. Nie mogę sobie wyobrazić jak musiał być z siebie dumny, kiedy dowiedział się, że  będzie mógł przekazać swemu panu ten sekret! A przez tyle lat niby brzydził się tej manii krwi! Jego rodzina była wprawdzie jednym z rodów czystej krwi, ale on przez cały czas utwierdzał nas w przekonaniu, że jest inny niż jego bliscy.
- Potterowie zginęli przez niego, ale w radiu mówili... że był seryjnym mordercą, więc kogo jeszcze zabił?
- Do Azkabanu wsadzono go przez zabójstwo dwóch czarodziejów czystej krwi i dwunastu mugoli!
- Wiadomo kim byli?
- Mugole nie są teraz istotni. - powiedział, a w jego oczach krył się coraz większy żal. - Tymi dwoma czarodziejami byli... - zawahał się przez chwilę, jakby z obawy przed słusznością mówienia mi tego. -Peter Pettigrew. Zginął, chcąc powstrzymać Blacka przed dalszymi przewinieniami. Zginął jako bohater.
- A drug-g-gi? - Głos załamał mi się przez chwilę z niepewności.
- Dorcas Meadowes! - odparł, a w jego oczach pojawiły się łzy.
Meadowes! To nazwisko uderzyło we mnie jak zaklęcie Avady. 
- Meadowes to przecież... Panieńskie nazwisko matki Maureen! - Wstałam z fotela i podeszłam do okna, za którym ludzie byli tacy radośni.
- Tak - wydał z siebie, a gdy na niego spojrzałam, w jego oczach była ogromna niepewność.
- Potterowie nie wybrali cię na Strażnika Tajemnicy, bo Black wydał im się lepszym przyjacielem!
- Syriusz z Jamesem zawsze byli jak bracia. - Kolejne łzy zaczęły spływać po jego policzkach.
Przypomniał mi się jego obraz, gdy byłam jeszcze mała. Obraz młodego Remusa, siedzącego na kanapie, zanoszącego się rzęsistymi łzami. Wtedy myślałam, że płakał przeze mnie. Mówiłam mu przez to, że przepraszam, że już taka nie będę, nie będę niegrzeczna. Dziś zrozumiałam, że rany wywołane przez śmierć przyjaciół, do tej pory się nie zasklepiły.
- A więc Syriusz Black był Huncwotem. Peter Pettigrew też! Dlatego chciał pomóc Blackowi!
Remus jedynie przytaknął głową.
- Skoro to wszystko to... dlaczego powiedziałeś mi dopiero teraz? - spojrzałam w jego mokre oczy.
- W obliczu niebezpieczeństwa, Suz... trzeba się zabezpieczyć przed wszystkim - powiedział, podnosząc się z miejsca.
Podszedł do mnie i przytulił mocno, jakby od tego zależało nasze dalsze życie.
...
Następne dwa dni stanęły dla mnie pod wielkim znakiem zapytania. Remus cały czas nieprzytomnie krążył po domu i sprawdzał wszystkie gazety, które choćby wspomniały o ucieczce Blacka.
Można było powiedzieć, że czarodziejską społecznością wstrząsnęło po tej ucieczce. Bliźniacy jeszcze tego samego dnia napisali do mnie list, w którym opisali swoje roztargnione emocje odnoszące się do faktu i zapewnili mnie, że jeszcze porozmawiamy o tym na Pokątnej, na której umówiliśmy się spotkać w ostatnią sobotę wakacji.
Westchnęłam ciężko, przekręcając stronę jakiejś książki. Po chwili jednak zdałam sobie sprawę z tego, że nie zrozumiałam ani słowa z fragmentu, który jeszcze moment temu był badany przez moje oczy.
Jęknęłam z irytacji, słysząc w tym samym momencie dzwonek do drzwi.
Zerwałam się pośpiesznie z łóżka i prawie, że jednym ruchem mijając korytarz, stanęłam przed drzwiami. Z lekkim wahaniem nacisnęłam na klamkę.
Przed swoim gankiem ujrzałam człowieka, którego nigdy nie posądziłabym o zawitanie prosto do mojego domu. Nie wyglądał jednak tak samo, jak zwykle. Tym razem Dumbledore postanowił nie naprzykrzać się mugolom i założył elegancką koszulę wpuszczoną do sztruksowych spodni. Jego broda była upięta w taki sposób, że nie w sposób było w niej rozpoznać jej dotychczasową długość, a okulary-połówki mężczyzny zostały zastąpione przez przeciwsłoneczne.
- Witaj, Suzanne, czy mógłbym wejść na chwilę? - zwrócił się do mnie swoim starczym głosem, a ja z wrażenia jedynie otworzyłam szerzej drzwi.
Aż sama zdziwiłam się po chwili, że rozpoznanie mężczyzny nie przysporzyło mi wielkiej trudności.
- Czy zastałem może Remusa? - spytał, a gByłdy zamknęłam za nim drzwi wejściowe, jego strój zmienił się z powrotem w bardziej odpowiadający czarodziejskim standardom.
- Brat jest w kuchni. - Wskazałam na pomieszczenie ręką. - Ale nie sądzę, aby był zdolny teraz do rozmowy. Od dwóch dni nie wydał z siebie ani dźwięku i...
- Och, zapewniam cię, Suzanne, że jego obecny stan nie przeszkodzi nam w rozmowie. - Zachichotał Dumbledore i skierował się w stronę kuchni. - Remusie? - rzucił w kierunku mojego brata.
- Profesor Dumbledore, cieszę się, że znów pana widzę - odparł mój brat, a następnie zamknął drzwi od pomieszczenia.
Spojrzałam z pretensją w miejsce, gdzie przed chwilą jeszcze przebywał Remus.
"Czego Dumbledore może od niego chcieć?" - przeszło mi przez głowę.
Niezwłocznie postanowiłam się tego dowiedzieć.
Weszłam do swojego pokoju i otworzyłam pierwszą z brzegu szufladę biurka. Znajdowało się w niej drobne urządzenie, wyglądające jak mała mucha oraz drugie, nieco większe, z wmontowanym głośnikiem.
- Surger! - rozkazałam musze, na co moje małe ustrojstwo do podsłuchu wzleciało w powietrze i zniknęło mi z oczu.
Chwilę później z drugiego sprzętu zaczęły wydobywać się dźwięki rozgrywanej dwie ściany dalej rozmowy Dumbledore'a i mojego brata.
- Remusie, zdajesz sobie sprawę z tego, jakie nadchodzą czasy. I zapewniam cię, że nie będą one miały nic wspólnego z radością. Ostatnie wydarzenia w Komnacie Tajemnic utwierdziły mnie, że musimy podwójnie uważać.
- A co ja mogę zrobić w tej sytuacji?
- Znasz Blacka, Remusie. Jesteś jedyną żyjącą osobą, która wie, co temu mężczyźnie może wpaść do głowy.
- Kiedyś tak myślałem, profesorze - przyznał mój brat. - Ale nie dzisiaj. Wraz z jego zdradą pozbyłem się złudzenia, że mogę nad nim zapanować. Peter myślał, że jeszcze uda mu się przemówić Blackowi do rozsądku i jakim kosztem to przypłacił. - Westchnął ciężko.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jaką posiadasz przewagę nad Syriuszem. Znałeś go przez jedenaście lat swojego życia, to kawał czasu... I jestem pewien, że niektóre cechy Blacka nadal w nim zostały.
- Co miałbym niby zrobić? - spytał Remus z rezygnacją. - Udać się za nim w pogoń. Myślałem nad tym, ale świadomość, że mógłbym zginąć i zostawić Suzanne samą na tym świecie...
- Nie udać się w pogoń - przerwał mu dyrektor. - Z naszych źródeł wynika, że Black zamierza znaleźć Harry'ego oraz... - W głośniczku nastąpiły jakieś zakłócenia.
- Niby po co?
- Tego niestety nie udało nam się ustalić. Wiemy jednak jedno, jesteś nam potrzebny, twoja osoba jest nam potrzebna.
- Ja nic nie mogę zrobić! Ten mężczyzna jest jak żywioł, nie da się nad nim zapanować!
- Możesz nam pomóc w Hogwarcie.
- Co niby miałbym tam robić?
- Objąłbyś stanowisko nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią. Nasz ostatni nauczyciel niestety uległ drobnemu wypadkowi, a my nie mamy nikogo na jego miejsce.
- A co z moją chorobą? Co jeżeli rodzice dowiedzą się, że wilkołak jest w gronie nauczycielskim?
- Oto też się postaramy. Zrobilibyśmy tak samo, jak za twoich szkolnych lat. Spędzałbyś pełnię ze Wrzeszczącej Chacie i nikt by cię w niej nie zaczepiał. Legenda o rzekomych duchach mieszkających tam nadal hula po okolicznych domach.
Te zakrwawione, poharatane ściany to była sprawka Remusa! - przełknęłam ślinę ze zdenerwowania.
- Nie wiem, czy to rozsądny pomysł. Co będzie w czasie moich nieobecności. To przecież trzy dni każdego miesiąca!
- Severus zobowiązał się pełnić za ciebie zastępstwo w tych dniach. Po za tym będzie on sporządzał dla ciebie wywar tojadowy, który uśmierzy skutki przemiany.
Przez chwilę nic nie słyszałam w głośniczku.
- Remusie, liczę, że się zgodzisz. Przynajmniej ze względu na Suzanne powinieneś przyjąć moją propozycję.
Kolejna nurtująca cisza.
- Zgadzam się, profesorze Dumbledore - powiedział Remus, a ja poczułam dziwną ulgę w sercu.
Chwilę później dobiegło do mnie otwarcie drzwi kuchennych. Pośpiesznie zerwałam się z podłogi i zamknęłam szufladkę, zostawiając szparę, przez którą mogła dostać się moja muszka latająca nadal po kuchni.
Licząc do dziesięciu, wyszłam ostrożnie na korytarz.
- Suzanne, mam nadzieję, że nie podsłuchałaś za wiele - powiedział w moim kierunku dyrektor, na co ja zmarszczyłam lekko nosem.
- Przecież ja nie... - zaczęłam, ale dyrektor pokazał mi swoją zdobycz. Moją muszkę. - Ach - podsumowałam.
- Nie obraź się, kochana, ale musiałem w pewnych momentach powygłuszać. - Puścił mi oczko i znów zwrócił się do Remusa. - A nie mówiłem, miej na nią oko. Ta dziewczyna ma wyjątkowy talent do wpadania w kłopoty. Podobnie jak Harry... i James. - Uśmiechnął się lekko.
- To nie prawda, po prostu kłopoty same mnie szukają! - zaprotestowałam, wywołując na twarzy Remusa i dyrektora uśmiech.
- Poradzisz sobie w życiu, dziewczyno. Widać to po tobie - powiedział dyrektor, kładąc dłoń na moim ramieniu.
- Widać? - powtórzyłam, czując zawroty głowy.
Dumbledore zabrał pośpiesznie rękę.
- No dobrze, to ja będę się już zbierał. Remusie, do zobaczenia na uczcie pożegnalnej. Suzanne, powodzenia z bratem w gronie nauczycielski.
Starzec ruszył w kierunku drzwi i w między czasie zmienił strój na ten bardziej mugolski.
- A, tak! Byłbym zapomniał! - zawołał, zanim wyszedł. - Suzanne, proszę, to list dla ciebie. Postanowiłem wręczyć ci go osobiście. Gratuluję. - posłał mi krzepiący uśmiech i zniknął.
Remus spojrzał na mnie karcąco.
- Masz tupet, dziewczyno. Aby podsłuchiwać moją rozmowę z Dumbledorem. - Pogroził mi palcem, ale widziałam w jego oczach, że się nie gniewał. - A teraz pokaż, co to za list.
- Normalny ze szkoły - stwierdziłam spokojnie.
- Doprawdy? - Remus nachylił się nad moją kartką i zobaczył mały znaczek w mojej dłoni. - Suzanne? - W jego głosie słychać było niedowierzanie. - Ty... zostałaś prefektem!
...
Była ostatnia sobota przed rokiem szkolnym. Szłam pełna energii jedną z bardziej zatłoczonych czarodziejskich uliczek i nie mogłam nasycić się tymi wszystkimi magicznymi klamotami, jakie zewsząd mnie otaczały.
Rozglądałam się nieśpiesznie za dwoma rudymi czuprynami, które znając życie, miały pod sobą o kilka centymetrów więcej niż w czerwcu. Mijając biały budynek banku Gringotta ujrzałam wychodzącą z niego Emily Store, której samopoczucie nie było najlepsze. Nie było to nic zaskakującego, ta kobieta zawsze była w kiepskim humorze, ale dzisiaj jej smutek się pogłębił. Cóż, zabójca jej siostry znajdował się gdzieś na wolności, ja zapewne też nie kipiałabym w takich okolicznościach radością.
Przyśpieszyłam kroku, aby nie musieć mówić jej dzień dobry, wpadając tym samym w nurt zakupoholicznych czarownic ze swoimi brzdylami. Wypadłam z niego dopiero niedaleko księgarni Esy&Floresy, gdzie zmierzałam, aby zakupić jedną książkę do Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami. Jej recenzje nie były za dobre. Ponoć ten przedmiot rzucał się z wściekłością na swoich właścicieli i... o reszcie to aż strach pomyśleć.
Kiedy książka była już przeze mnie kupiona i wychodziłam z lekką niepewnością co do niej z księgarni, wtedy pod nogi podleciał mi jakiś rudy kot i przewrócił złośliwie na ziemię.
- Głupi kocur! - fuknęłam w jego kierunku, zdając sobie sprawę wtedy z tego, że wyglądał on prawie identycznie, jak mój patronus! - Nieźle - wydało się nieświadomie z mojego gardła.
- Ej, Suzanne! Nic ci nie jest? - Usłyszałam głos Hermiony, ale widok kota tak mną wstrząsnął, że nie potrafiłam odwrócić wzroku. - Suz, wszystko w porządku>
- Co? - zdziwiłam się. - Tak, tak, tylko ten kot...
- Wybacz za niego, jest jeszcze dosyć niewytresowany - stwierdziła krytycznie Hermiona.
- To twój kot? Jak się wabi?
- Krzywołap.
- Interesujące imię, sama wybierałaś? - rzuciłam ironicznie, posyłając dziewczynie lekki uśmiech i podnosząc się z podłogi. - A, właśnie. Nie widziałaś gdzieś bliźniaków?
- Freda i Georga? Chyba przed chwilą byli w Dziurawym Kotle.
...
Weszłam z lekkim niepokojem do tej pijackiej speluny.
"Co ci dwaj mieliby niby robić w takim miejscu, przecież..."
- Suzanne! - Usłyszałam przy swoim uchu, a gdy tylko odwróciłam głowę, ujrzałam dwóch identycznych chłopaków o intensywnie rudych czuprynach.
- Kogo moje piękne oczy widzą? - Ucieszyłam się na ich widok.
- Nas - odparł banalnie Fred, i objął mnie radośnie ramieniem. - Powiedzieć ci radosną nowinę? George umawia się z Bell!
- Gadasz? - zadrwiłam, patrząc krytycznie na jego brata.
- Wcale się nie umawiam, po prostu...
- Kiedy Katy odwiedziła nas na początku wakacji, to George nie mógł przestać z nią rozmawiać! - zachwycił się Fred.
- Tak, wyczuwam tę miłość do grobowej deski - parsknęłam. - Może pójdziemy się gdzieś przejść?
- A po co? - zdziwili się. - Usiądźmy tutaj.
Dość niechętnie, ale po namowach bliźniaków zgodziłam się usiąść przy jednym ze stolików w rogu stali. Po chwili George przyniósł nam po piwie kremowym, a wtedy rozpoczęła się prawdziwa dyskusja.
- Słyszałaś o ucieczce tego mordercy Syriusza Blacka? - spytał z zapałem rudzielec, a Fred zawtórował mu entuzjazmem.
- Coś się obiło o uszy - odparłam zdawkowo, spoglądając z pewną dozą strachu na pobliski list gończy z Blackiem.
- Nie martw się, Suz. Obronimy cię przed nim. - Fred poklepał mnie na pocieszenie po ramieniu, a ja posłałam im nikły uśmiech. - Jak dla mnie, to on to zrobił z pomocą Śmierciożerców! - wysunął. - W sensie uciekł. Nie sądzę, aby zrobił to w normalny sposób.
- To morderca, bracie, on jest zdolny do wszystkiego!
- A może po prostu uciekł z celi, ponieważ zamienił się w coś - zaproponowałam.
- Tak, a potem w ciele tego czegoś przepłynął morze! Przecież Azkaban leży na wyspie położonej prawie trzydzieści mil od lądu! - zauważył George.
- Co nie zmienia faktu, ze mógł zrobić absolutnie wszystko, aby uciec. Spędził w zamknięciu dwanaście lat. Jestem pewien, że przez cały ten czas tylko knuł jak uciec i połączyć się ze swym panem.
- Nawet tak nie mów! - skarciłam go. - Z twoich słów wynika, że Sam Wiesz Kto przeżył, a przecież wszyscy wiemy, ze jest to...
- Bardzo prawdopodobne, Suz. Na naszym trzecim roku zawładnął on ciałem Quirrella, a rok później przyczynił się do otwarcia Komnaty Tajemnic! - przerwał mi George. - Ginny nam powiedziała, że to właśnie Tom Riddle kazał jej ją otworzyć!
- Oczywiście! - prychnęłam, a wtedy dosiadł się do nas brat Weasleyów. - Cześć, Ron.
- Tylko mi nie mów, Suzanne, że już wiesz? - Spojrzał na bliźniaków z pretensją.
- Ale o czym? - spytałam zdziwiona.
- Ron, nawet nie próbuj! - zagrozili mu bracia.
- Byliśmy w tym roku w Egipcie, Suz! Odwiedziliśmy tam Billa, który...
- Zamknij się, Ron! - Uciszyli go bliźniacy.
George wziął brata siłą na swoje kolana i wepchnął mu w usta chustkę, którą przed chwilą wyczarował Fred.
- Dlaczego to robicie? - spojrzałam na nich drwiąco.
- Bo opowiada o tym wszystkim! - poskarżył się Fred. - Pokojówce, jej chłopakowi, kelnerce... - wymieniał na palcach.
- Widzę, że mieliście ciekawe wakacje... A czy czytaliście może artykuł o pojmaniu Maurice'a Prospectora?
- Coś się obiło o uszy - przyznał George.
- To mój brat zgłosił go Ministerstwu - pochwaliłam się.
- Serio?
- Mhm, wszystko zaczęło się...

sobota, 3 lutego 2018

Rozdział 48

Szok, niedowierzanie i... Tak. V tom uważam za rozpoczęty ;)
...
Rzuciłam się przyjaciółce w ramiona, na co ona zachichotała nieco swoim niewinnym śmiechem, w którym dostrzegałam prostolinijną drwinę. Jej czarne włosy pogilgotały mnie lekko w nos, ale na razie nie śmiałam się tym przejmować. Nie widziałyśmy się lekko ponad miesiąc, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że dłuższa rozłąka z dziewczyną wpędziła by mnie w stadium blisko załamania nerwowego.
- Gdybyś mnie tak bardzo doceniała podczas roku szkolnego! - zadrwiła Maureen, odchodząc ode mnie o dwa kroki. - Urosłam! - pochwaliła mi się, niczym jak pięciolatka i dotknęła mnie w ramię, jakby pokazując, że tak wysoko już dosięga.
- Dosięgałaś do niego już wcześniej, Maureen - skarciłam ją, lekko kręcąc głową z niedowierzaniem.
- Ale ja ci chciałam jedynie udowodnić, że nadal do niego dostaję! - Wydęła wargi, co doprowadziło mnie do śmiechu. Szybko jednak się uspokoiłam i spojrzałam krytycznie na jej dom.
- Coś się stało? - Maureen przekręciła głowę w bok, jak to miały w zwyczaju robić psy, gdy czegoś nie rozumieją.
- To jest twój dom? - rzuciłam. - To wygląda bardziej na średniowieczny dworek. - Rozejrzałam się wokół.
Był to parterowy, prostokątny budynek o wysokim i stromym dachu, z dużymi oknami. Od frontu miał ganek na dwóch kolumnach z trójkątną fasadą. Nad oknami i wejściem znajdowały się profilowane gzymsy. Zdawało mi się, że cały tonął w fiolecie kwitnących teraz czarodziejskich magnolii. 
Nieopodal nas rozciągał się las, którego cień padał delikatnie na lewe skrzydło posiadłości Store'ów.
- Taki, duży domek! - Dziewczyna znów zaniosła się zaraźliwym śmiechem, który dopadł także i mnie.
- No już, dziewczynki, co tak chichoczecie? - Zza naszych pleców doszedł ciepły męski głos.
- Też byś, tato, chichotał, gdybyś zobaczył kogoś równie szurniętego jak ty! - odparła spokojnie Maureen, a powaga, z jaką powiedziała to zdanie, wprawiła mnie w osłupienie.
- Dzień dobry - przywitałam się z mężczyzną, skinąwszy lekko głową.
Pan Store był wysokim mężczyzną o lekko przydługich, szatynowych włosach oraz nieco naiwnym uśmiechu. Miał miodowe oczy, w których można było dostrzec wszystkie targające nim emocje. Obecnie była to radość i nuta niedowierzania, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest przeciwieństwem swojej małżonki.
- Zapraszam do środka, Suzanne. - odparł uprzejmie. - Maureen, ty także możesz wejść. - Puścił jej oczko.
- Naprawdę nie trzeba, mogę zjeść obiad z Romeo - stwierdziła ironicznie.
- Romeo? - powtórzyłam pytająco.
- Nasz nowy członek rodziny. Dostaliśmy go od dziadków na początku wakacji - pochwaliła się Maureen i zza jednego z krzewów wypadła mała, biała jak płatek śniegu kulka. 
- To jest Romeo! - Wskazał ojciec dziewczyny.
W naszym kierunku biegł energiczny szczeniak, szczekający przy tym tak głośno, że miałam wrażenie, że zaraz gardło zostawi z tyłu. Piesek wpadł z impetem w moje nogi, a machał tak intensywnie ogonem, że pomyślałam, że zaraz odfrunie z tej radości.
- Cześć, Romeo! - Pomachałam w jego kierunku. - A gdzie twoja Julia?
Samojed na moje słowa podszedł do Maureen i usiadł na trawie obok jej stopy.
- Oto odpowiedź - powiedziała dziewczyna.
- Jack! Co wy tam tak długo robicie? - Ze środka domu dobiegł nas kolejny głos. Nie był on jednak tak ciepły, jak mężczyzny. Wiało od niego chłodem, a osoba, do której należał, musiała być niewątpliwie panią tego domu.
- Chodźcie szybko, dziewczyny! - poinformował. - Bo inaczej urwie nam głowy! - dodał teatralnym szeptem.
Ze śmiechem weszłam za nim do środka.
Wnętrze domu różniło się zdecydowanie od domu Weasleyów - a był to jedyny dom stricte czarodziejski, jaki widziałam dotychczas w życiu. Tutaj pomieszczenia były utrzymane w elegancji i niesamowitym ładzie, a wszystkie przedmioty ustawiono jak od linijki. Sufity umieszczone wysoko, a okna wpuszczały, pomimo swojej wielkości, znikomą ilość światła. Główne oświetlenie budynku stanowiły świece na jeszcze średniowiecznych świecznikach.
Nie było to przytulne wnętrze.
- Witam, panienkę Suzanne. - Ten głos z kolei należał do niskiego skrzata domowego o wydatnym wale nadoczodołowym. Jego bujne brwi sprawiały, że duże błękitne oczy skrzata sprawiały wrażenie w połowie zarośniętych. - Mogę poprosić bagaż?
- Jasne, ale... - Spojrzałam na swój niewielki plecak. - Nie sądzę, aby można to było kwalifikować do dużych przedmiotów. - Maureen na moją uwagę zachichotała cicho.
- Zaniosę panienki plecak do pokoju przy sypialni Maureen, zgoda? - I nie czekając na odpowiedź odszedł. Posłałam przyjaciółce zaskoczone spojrzenie.
- Szybko się przyzwyczaisz. - Ta jedynie machnęła ręką. 
- Jack? Ile jeszcze razy mam wołać? - W drzwiach od jadalni stanęła wysoka blondynka w ciasnym koku. Jej chłodne jasne oczy obrzuciły mnie krótkim spojrzeniem. Na jej szczupłej twarzy dostrzegłam chwilowy grymas, a następnie kobieta uśmiechnęła się sztucznie. - Suzanne, jak miło mi cię poznać! Jestem Emily Store, mama Maureen - powiedziała i na chwilę przytuliła mnie z przymusu. - Z pewnością jesteś głodna po długiej podróży? Choć, właśnie zasiadamy do obiadu. - Wskazała dłonią w kierunku pomieszczenia.
Już miałam zaprotestować, że moje dostanie się tutaj było bardzo krótkie, gdyż mój brat użył do tego teleportacji, ale wtedy stojąca obok mnie dziewczyna stuknęła mnie znacząco łokciem.
"Nie" - tylko to wyrażała jej mina.
Gdy zasiedliśmy do obiadu, ten minął w sztywnej atmosferze spowodowanej przez kobietę.
...
Po posiłku dostałyśmy pozwolenie na pójście na krótki spacer. Jednak nie mogłyśmy się oddalać za daleko, a na pewno nie wchodzić do pobliskiego lasu. Gdy znajdowałyśmy się w dostatecznej odległości od domu dziewczyny, Maureen zabrała głos.
- Przepraszam cię za jej zachowanie - jęknęła, siadając pod rozłożystą gruszą. - Ale moja matka taka już jest. Jeśli kogoś nie zna, będzie na niego cięta podwójnie!
- Maureen, daj spokój, nawet tego nie odczułam - próbowałam ją pocieszyć, niestety dziewczyna wyczuła moje kłamstwo.
- Kiwać to my ...a nie nas! Znasz takie powiedzenie? - na chwilę wrócił jej dobry humor. - W sumie zastanawiam się teraz, czy zaproszenie cię tutaj było dobrym pomysłem. - Posłałam jej niedowierzające spojrzenie. - Suz, jesteś pierwszą osobą, która mnie odwiedziła w domu!
Skinęłam jedynie głową. 
Dopiero po chwili rozsądne rozwiązanie przyszło mi do głowy.
- Nie będzie tak źle! Przecież obiecałyśmy sobie, że to będą najlepsze wakacje w życiu! Pamiętasz?
- Nie przewidziałam, że moja matka będzie aż taka bezpośrednia. Ten jej komentarz o pracy Remusa! Myślałam, że zapadnę się pod ziemię. 
- Nawet nie próbuj się za to obwiniać! Jestem już do tego przyzwyczajona, docinki Ślizgonów dostatecznie mnie uodporniły. 
Maureen posłała mi jedynie kpiący uśmiech. 
- Obiecuję ci, Maureen. Będzie dobrze. My będziemy grzeczne i postaramy się nie wchodzić twojej matce w drogę - zaproponowałam.
- To ona będzie w drogę wchodzić nam! - zacisnęła zęby.
Nagle pod dłonią poczułam coś szorstkiego. Momentalnie podniosłam ją z ziemi.
- Co do... - zaczęłam, a wtedy w oczy wpadła mi drobna postać Erebusa. - O, twój szczur!
- Tak, zrobił sobie spacer, jak widać. - Maureen nawet nie obeszła myśl, że mały gryzoń szwenda się po ogrodzie.
- Nie boisz się, no nie wiem, że ci ucieknie albo coś go... zje? - spytałam, a Maureen posłała mi najbardziej drwiące spojrzenie na jakie tylko było ją stać.
- On? - wskazała na szczura. - Prędzej on zrobi krzywdę komuś, niż mu się stanie niebezpieczeństwo. Poza tym, uciec? Niby gdzie? Ten dom to więzienie, a on jest moim przyjacielem, więc mnie nie zostawi! - zapewniła. - Prawda, Erebus?
Szczur pokiwał głową, zgadzając się.
- On jest mądry. - zauważyłam. - Nie to co Parszywek Rona. Kiedyś ugryzł mnie bez powodu. Tylko dlatego, że weszłam do pokoju Harry'ego i rudzielca zapytać się o bliźniaków.
- Szczury jak ludzie. Dzielą się na mądrych i prawdziwych.
- Mądrych i prawdziwych? Brzmi bardzo poetycko. Kto to, Szekspir? - rzuciłam.
- Nie, ja! A ta licha aktorzyna - Wskazała na szczura, który władował mi się na kolana. - jest łgarzem wyjątkowo dobrym. Czasem nawet myślę, że ma on więcej pomyślunku w sobie niż ja!
- W takim razie masz szczęście, że go masz! - powiedziałam.
- Dlatego rodzice mi go dali - poprawiła Maureen. - Dla szczęścia.
- Szczur dla szczęścia? Co to za cudaczny pomysł?
- Nie mam pojęcia. - przyznała, przymykając błogo oczy. - Tata powiedział mi, że kupili go, aby uczcić śmierć jakiegoś ich dobrego znajomego podczas wojny.
- Ktoś zginął, więc kupili ci szczura?
- Ale to nie była zwykła śmierć! - poprawiła. - Kiedy ten ich znajomy zginął, to tak naprawdę poświęcił życie dla zwycięstwa dobra! Zabił go jakiś śmierciożerca.
- Ciekawa historia.
- Prawdopodobnie wyssana z palca, ale szczur faktycznie bardzo fajny.
- Dlaczego w takim razie szczur? - dopytywałam.
- Nie wiem. Chyba miał takiego patronusa ten facet albo coś podobnego. Merlinowi to wiedzieć.
...
Kiedy zniknęłyśmy Emily z oczu na więcej niż trzydzieści minut, kobieta stawiała wszystkich domowników w gotowości, czyli: męża, skrzata od walizki Aarona oraz dwa inne skrzaty, aby zaczęli nas szukać. Tym oto sposobem, moim i Maureen ulubionym miejscem w ich domu była biblioteka, której okna wychodziły na ogród. Zrobiłyśmy to w trosce o matkę dziewczyny, która swoje wszystkie poszukiwania zaczynała zawsze od tego pomieszczenia.
Ów pokój był utrzymany w nieskazitelnej czystości, a głównym elementem tworzącym w nim nastrój były wysokie, dębowe regały przeładowane wręcz ilością książek. Te wszystkie niesamowitości można było czytać na skórzanych fotelach stojących oparciami do okien. Drewniana podłoga była przykryta wzorzystym ciemnym dywanem, którego jedna część miała na sobie pamiątkę po pożarze tego miejsca na początku wojny.
Rodzina Store'ów podobnie jak mój brat bardzo angażowała się w walce z Sam Wiesz Kim i przez to poniosła ogromne straty.
- Suzanne, spójrz! Tutaj piszą, że Godryk Gryffindor tak naprawdę nie umarł tylko skrył się w głębinach jeziora przy Hogwarcie w skórze kałamarnicy! - zachwyciła się dziewczyna.
- W sensie, że jest animagiem?
- Ani... czym?
- Animagiem - powtórzyłam, czując, że wreszcie mogę opowiedzieć o dziale magii, który opanowałam na naprawdę świetnym poziomie. - Czarodziej zamienia się w zwierzę, które jest zbiorem jego wewnętrznych cech.
- Zamienia się w patronusa?
- No w sumie tak - przytaknęłam. - Ale wygląda jak normalne zwierzę. I oczywiście nie zawsze przybiera zwierzę z patronusa. Czasem jest kimś innym.
"Na przykład taka ja! Patronus - głupi kuguchar, forma animagiczna - wilk... a i oczywiście brat - wilkołak"
- Ciekawe - stwierdziła Maureen. - Myślisz, że trudno się stać animagiem?
- Trudno? McGonagall twierdzi, że bardzo. Ale ja znam takich, którym udało się to w... krótkim czasie. 
- Krótkim czasie, czyli jakim? - spytała Maureen, a w jej oczach dostrzegłam iskierki zachwytu.
- Nie wiem, cztery lata? - rzuciłam.
"Niepełne, ponieważ mi się to udało z poznaniem teorii w prawie cztery lata!"
- Bardzo interesujące - powiedziała. - Może kiedyś zostaniemy animagami, co ty na to? Wyobrażasz to sobie? Chodzisz sobie w ciele zwierzęcia i nikt cię nie rozpoznaje.
Przypomniał mi się wzrok George, gdy spojrzał mi w oczy, podczas mojego bycia w ciele wilka. Przeszedł mnie lekki dreszcz niepokoju.
- To musi być cudowne - przyznałam i w tej samej chwili do pomieszczenia wpadła matka dziewczyny.
- O czym rozmawiacie, dziewczynki? - spytała, chociaż ja odnosiłam dziwne wrażenie, że nas podsłuchiwała.
- O animagach - odparła niechętnie czarnowłosa, momentalnie tracąc te iskierki w oczach. - Dywagujemy nad tym, czy warto by było się nim stać.
- Stać się animagiem? Przecież to kompletna strata czasu. Profesor McGonagall ma rację, że to bardzo trudna sztuka magiczna. W tym wieku powinnyście się zająć nauką. - Po tych słowach byłam już pewna, że podsłuchiwała. Chciałam na nią naskoczyć, ale wtedy przypomniała mi się moja obietnica.
Nie będę jej prowokować.
- Kiedy wróci tata? - spytała Maureen od niechcenia.
- Już wrócił, jest w swoim gabinecie - odparła lodowatym głosem Emily.
- Czy mogłabym go o coś zapytać? To zajmie naprawdę niewiele czasu.
- Później, na razie jest bardzo zajęty - powiedziała dobitnie. - Idźcie dziewczynki do pokoju i tam sobie pobądźcie, zaraz przyjdzie tutaj moja przyjaciółka. Nie chciałabym, żebyście nam przeszkadzały.
- Dobrze, mamo - Maureen powiedziała to tak samo chłodnym głosem jak jej matka.
...
- Tak właściwie, to gdzie jest gabinet twojego ojca? - spytałam. - Nie chciałabym być natrętna, ale nie widziałam tu takiej tabliczki. - Wszystkie pomieszczenia w domu dziewczyny były podpisane.
- Suz, ty zawsze jesteś natrętna. - Zachichotała. - A jego gabinet jest w bibliotece. To znaczy, jest ukryty za jednym z działów. To najbardziej tajne miejsce w całym domu. Byłam tam tylko raz i mówię ci, jest obłędne. Prawie tak niesamowicie, jak w gabinecie Dumbledore'a. - Przez chwilę zastanawiałam się, skąd dziewczyna wiedziała, jak wygląda gabinet dyrektora, ale wtedy przypomniał mi się jej wyskok z początku tego roku. Wysadziła salę lekcyjną na eliksirach.
- Nie pozwalają ci tam wejść?
- To mało powiedziane, Suzanne. Ja tam mam absolutny zakaz wchodzenia! Nawet pomyśleć o tym nie mogę. A dostać się tam można jedynie przy użyciu różdżki taty. Niestety ona mnie nie słucha, chociaż jest bardzo podobna do mojej.
- A co tam jest? - czułam, że po prostu nie mogłam się powstrzymać.
- Wszystko, Suz. Dane pacjentów taty - Jack Store był uzdrowicielem - jakieś dokumenty, stare roczniki naszego znamienitego rodu i pewnie jakieś artefakty. Mówię ci, super sprawa.
- Znamienitego rodu? - powtórzyłam zaintrygowana.
- No tak, mój tata jest z rodziny mugoli, ale była to bardzo szlachetna rodzina, wiesz, z tradycjami. Mama zaś wywodzi się z Meadowes'ów. Był to ród należący do dwudziestki ósemki najznamienitszych rodów czystej krwi, dopóki moja mama nie poślubiła mugolaka, czyli mojego ojca. Jednak i tak do tej pory bardzo dbają o swój wizerunek.
- Rodzina z tradycjami - zaśmiałam się.
- A żebyś wiedziała.
...
W nocy nie mogłam zasnąć. Wciąż myślałam o tym, co powiedziała mi przyjaciółka. I wciąż w głowie kołatała mi się osobliwość tej rodziny. Dziwne usposobienie pani domu było dla mnie dostatecznym dowodem, że coś tutaj nie jest takie jak być powinno.
Dlaczego nie można wchodzić do tego gabinetu?
Czemu matka Maureen jest tak nadopiekuńcza i oschła wobec innych?
Co za przedziwne rzeczy muszą się kryć w ukrytym pomieszczeniu za jednym z działów w bibliotece?
Dlaczego Emily tak na nas naskoczył, gdy rozmawiałyśmy o animagii?
Czyżby znała Huncwotów? Była od nich o parę lat starsza i należała do Ravenclavu, ale być może ich sława dotarła także i do niej?
Czyżby wiedziała co się z nimi stało i obawiała się, że Maureen może grozić to samo?
To było bardzo osobliwe. Erebus, już od dawna pochrapujący obok mnie, był taki spokojny.
Ale jego historia już taka nie była.
Kto pragnie uczcić śmierć przyjaciela przez zakup gryzonia?
Zanim zdążyłam się nad tym wszystkim zastanowić, usnęłam, a przecież jutro także czekał mnie dzień.
...
Wszystko, co dobre szybko się kończy. Chociaż nie powiedziałabym, że odwiedzenie Maureen było idealne, nie mogłam też narzekać. Spędziłam z tymi ludźmi prawie trzy tygodnie, więc okazałabym ogromną niewdzięczność, gdybym narzekała na ich codzienne przyzwyczajenia.
Chwyciłam za swój drobny plecak, który wydał mi się cięższy niż na początku. Postanowiłam się tym jednak nie przejmować. Zarzuciłam go sobie na plecy i wyszłam z pokoju, a wtedy mało co, a zderzyłam się z czarnowłosą, która posłała mi nikły uśmiech.
- Mam nadzieję, że mój dom cię nie zniechęcił i jak zobaczymy się na dworcu we wrześniu, to nie będziesz uciekała przede mną w popłochu.
- Wtedy wyszłoby na to, że nic się nie zmieniło - stwierdziłam, mocno przytulając dziewczynę. - Nie martw się, za tydzień rozpoczyna się rok szkolny. Będziesz miała jeszcze czas, aby za mną zatęsknić.
- Powodzenia przez te dwa tygodnie beze mnie - odparła.
- I wzajemnie - powiedziałam, spoglądając jeszcze na Erebusa, który znajdował się na podłodze.
W jego smolistych, szczurzych oczach dojrzałam coś, czego nie powinnam w nich ujrzeń.
"Mam nadzieję, że ci się przydałem. Nie musisz dziękować".
Dopiero wiele miesięcy później zrozumiałam, co szczur tak naprawdę dla mnie zrobił...