piątek, 21 września 2018

Rozdział 108

Powoli gasnące ostatnie źródła świateł. Cisza delikatna tak bardzo, że nawet najlżejszy szmer odbija się w niej echem.

I nagle spokój wieczora zostaje na zawsze zmącony przez ledwosłyszalny szelest teleportacji. Na drodze pojawia się wysoka, zakapturzona postać, która po chwili kieruje się do domu numer 14.

Zimnymi oczami przygląda się lokatorom, którzy są nieświadomi zbliżającego się zagrożenia. Nieśpiesznie wchodzi do środka.

Słyszy kroki, zmierzające w jej stronę. Mięśnie w jej ciele napinają się, aby za chwilę rozluźnić i rzucić pierwsze w swoim życiu zaklęcie niewybaczalne. 

W pomieszczeniu pojawia się Lyall Lupin o lekko siwiejącej czuprynie. Z różdżki postaci wystrzeliwuje zielone światło, poprzedzone słowami: "Avada Kedavra". 

- Stop! - warknęła Suzanne przez łzy, zataczając się na podłodze. Przez jej ciało przeszły bolesne dreszcze.

Z salonu dochodzą głosy pozostałych domowników. Są już świadomi zagrożenia.

Ogłuszający wrzask Hope Lupin sprowadza postać na ziemię i skutecznie udaremnia jej kolejne plany. 'Już nie mogę się wycofać!'

Postać wychodzi z ukrycia z różdżką wycelowaną w młodego wilkołaka.

Remus rozpoznaje w napastniku śmierciożercę. 'A więc oficjalnie rozpoczęła się wojna'

Kilka zaklęć rzuconych między przeciwnikami sugeruje rozpętanie krwawej walki.

- Uciekaj, już! - wrzask chłopaka wybudza matkę ze strachliwego otępienia. 

Jednak Hope nie może nic zrobić. Do jej klatki piersiowej dobiega czerwone światło. Crucio penetruje starannie ciało kobiety i układa jej twarz w grymasie bólu. Ona nie ma siły już krzyczeć.

- Opiekuj się Suzanne, proszę. - wyszeptuje, zamykając oczy już na wieczność.

- Mamo! - wrzask Suzanne znów na chwilę przerywa wizję. Dziewczyna jeszcze bardziej wije sie na podłodze.

Po pokoju przebiega płacz dziecka. Mała Suzanne obudziła się i płacze w pokoju obok. Remus popada w prawdziwe przerażenie.

Śmierciożerca dostrzega swoją szansę. 'Wynagrodzę Ci to, Panie' Kieruje kroki w stronę dziewczynki.

Wtedy Remus wyrywa sie z letargu i atakuje postać coraz silniejszymi zaklęciami. Kiedy jest na skraju, rozbraja przeciwnika, czując nadchodzący koniec.

Śmierciożerca jednak nie domyśla się porażki przeciwnika. Jest zbyt niedoświadczony. Kląc w duchu, ucieka do Voldemorta, błagać go o pierwsze wybaczenie... Niestety zawiedzie go jeszcze nie raz.

Remus przełyka ślinę, zostając sam na sam z ciałami rodziców i siostrą. Nie może tu zostać. 

Podchodzi do łóżeczka i teleportuje się do siedzimy głównej Zakonu.

'Teraz wszystko się zmieni'

Myśl brata sprowadziła dziewczynę na ziemię. Lupin z trudem starała sie złapać oddech. Jej głos przedarł się przez pomieszczenie, a zaraz za nim pojawił się szloch.

Schowała twarz w dłoniach, by następnie przeczesać palcami włosy i zmierzwić je.

- Widziałam go... - wystękała dziewczyna, łapiac oddech. - Widziałam go na Woodcrafcie! - dodała gorączkowo, utkwiając wzrok w podłodze. - Widziam go! Zabił ich! Mój brat mnie zabrał. Schroniliśmy się u pani Julii. Ja... widziałam mamę...! Zabił ją Cruciatusem! Była za słaba po porodzie. Zabił ją! Zabił mojego ojca! - Łzy spływały po jej policzkach coraz obficiej. - On miał misję! - Łapała chaotycznie tlen. - Miał misję, aby zabić mojego ojca. Mama nie musiała ginąć! - Załkała. - Ojciec zrobił coś, co nie spodobało się Voldemortowi...
...

Suzanne wyrzucała z siebie dzikie potoki słów, które nie miały dla nich żadnego sensu. Jej wzrok chaotycznie błąkał się po nich i pragnął jedynie ksztyny zrozumienia. 

Nagle źrenice dziewczyny skurczyły się, aby po chwili rozszerzyć i zasłonić prawie całe oko. Zamieniła się w wilka i wyszczerzyła kły. Na szczęście chwilę później zemdlała.

- Suzanne! - warknął George, podbiegając do niej i przewracajac ją na bok.

Po chwili ciało wilka znów przemieniło się w dziewczynę. Była bardzo blada.

- Co to było?! - rzucił Fred, wytrzeszczając oczy.

- Po raz kolejny zyskała pamięć. - Westchnął ciężko George.

- Po raz kolejny zaraz po tym...

- ...jak ją dotknąłem - George spoglądał na lekko unoszacą sie klatkę piersiową przyjaciółki. - Oddycha, całe szczeście. - przybliżył się lekko do jej twarzy i pocałował jej policzek.

- Bracie, to nie jest normalne! - zaapelował Fred. George świetnie zdawał sobie z tego sprawę.
...

Suzanne zawsze wplątywała się w kłopoty. Staruszka obtarła twarz dziewczyny mokrą szmatką i westchnęła ciężko. Kochała tą dziewczynę jak własną wnuczkę. Opiekowała się nią, gdy ta była dzieckiem, a teraz zobaczyła ją po latach. Przyjemnie było znów opiekowac się jej bezbronna duszą.

Zapamiętała ją jednak inaczej.

Kiedy Suzanne była dzieckeim, miała w sobie optymizm, upartość i nieograniczone pokłady zaufania do ludzi. Teraz te cechy w niej dojrzały. Charakter ustatkował się i zajął czymś bardziej pożytecznym. Stał się silniejszy. Bardziej wytrzymały, nie czynił z niej już tak kruchej istoty.

Patrzyła na nią, czując w oczach łzy. Wyglądała jak kopia matki. Szczupła, wysoka, miała w sobie tę sławną iskierkę, która przyciagała ludzi. 

Pocałowała czoło dziewczyny, przypominając sobie małego Remusa. Znała Lupinów jeszcze z czasów przed wojną. Byli wyjątkowymi ludźmi, a spotkała ich taka tragedia. Remus nie poradził z nią sobie, czego wynikiem były te liczne klamstwa. Suzanne nadal nie miała pojęcia o tak wielu rzeczach: przeszłości ojca czy też Greybacku, który zamienił życie jej brata w koszmar.

Kiedy Suzanne się ocknęła, dostrzegła przed sobą spokojną twarz kobiety.

- Pani Julio...? - spytała osłabiona.

- Nic nie mów, złotko - uciszyła ją kobieta, podając buteleczkę przyjemnie pachnącego płynu. - Uważaj, to...

- Skrzek wróżki, wiem - dokończyła Suz za nią i wypiła całą miksturę. Wzdrygnęła się przez gorzki smak. - Ale przynajmniej zawsze stawia na nogi. - Pocieszyła się, opierając znów głowę na poduszce. 

Czuła się wykończona i nawet pomimo tak sensacyjnych myśli, nie mogła się na nich skupić. Musiała odpocząć. Wzięła głęboki wdech, poluźniając członki.

- Cudownych masz przyjaciól, Suzanne - powiedziała do niej pani Julia. - Jak szłaś do Hogwartu, bałam się, że nie będzie tam odpowiednich dla ciebie osób. Teraz widzę, że moje obawy były niepotrzebne. To wspaniali ludzie.

- W istocie. - Dziewczyna uśmiechnęła się, lekko przymykając powieki. - Ratowali mi skórę już nie raz.

- Z pewnością, kochanieńka. Z pewnością - kobieta nagle spoważniała. - Fred mówił, że miałaś nawrót pamięci... 

- Miałam - Suz dotknęła dłonią czoła i zaczęła rozmasowywać na nim skórę. - Ojca, matki... Voldemorta, całej tragedii Woodcrafta. 

- Wojny?

- Samego początku. To co się tam działo, było przerażające. Teraz też tak będzie.

- Istotnie żyjemy w przerażających czasach, Suzanne. Liczmy na to że Zakon zwycięży. - Po wizji dziewczyny kobieta nie miała wąpliwości, że Lupin wiedziała, czym jest Zakon Feniksa.

- Tym razem może być gorzej, proszę pani - stwierdziła Suzanne, ku nadziejom pani Julii nie krzywiąc się na nazwę tej organizacji.

- Voldemort jest silniejszy, ale...

- To nie tak. - Dziewczyna pokręciła głową. - Voldemort zawsze był silny. Ale mam na myśli mój nawrót pamięci. Woodcraft nie był zwyczajnym atakiem.

- To wszyscy wiemy. - Skinęła staruszka.

- Nie w takim sensie. Według pierwotnego planu, podczas tego ataku miał zginąć tylko mój ojciec. Malfoy miał go zabić bez świadków po cichu. To była jego pierwsza misja dla Czarnego Pana, więc zwalił, czego skutkiem była także śmierć mojej matki.

- To by się nie trzymało kupy, Suzanne... - Kobieta pokręciła głową.

- Trzymało, jeśli zakładamy, że Voldemort nie jest głupi.

- On nigdy nie zostawiłby świadków!

- Chyba że na tym mu zależało. Mój ojciec musiał zrobić coś, co krzyżowało Voldemortowi szyki. Chciał się go pozbyć za pomocą świeżo upieczonego śmierciożercy, a w żonie i spiskującym synu wzbudzić strach. Wróg ogarnięty strachem nie jest żadnym wrogiem.

- Gdyby ta sprawa była wielkiej wagi, wysłałby kogoś innego.

- Niekoniecznie. Być może miał jakieś inne asy w rękawie. Tak czy inaczej śmiem twierdzić, że mój ojciec miał coś wspólnego z Voldemortem. Tylko pytanie co. - Dziewczyna zachmurzyła się na chwilę, intensywnie myśląc.

- Zastanawia mnie też jedno - podjęła po chwili. - Nie uczestniczyłam w tych wydarzeniach, a jakoś mam je teraz w swojej pamięci. Zastanawiam się, jak to się mogło stać. Przecież to niemożliwe!

- Niekoniecznie - powiedziała Julia z zasępioną miną. - Ale możliwości jest wiele. Nie przejmujmy się tym na zapas i miejmy nadzieję, że to po prostu wspomnienie magicznego niemowlęcia.

- Ale to najlżejsza opcja, prawda? 

Kobieta nie poruszyła się, chociaż w jej oczach dziewczyna dostrzegła smutek. W gardle dziewczyny pojawiła się nagle wielka gula.

Podobno Voldemort miał horkruksy. Ich bliskie odziaływanie mogło zachować w mózgu wydarzenia, których dziewczyna nie była bezpośrednim świadkiem.

Wypuściła z świstem z ust powietrze.
...

- Ej, George! Co powiesz na to, abyśmy także zostali animagami? Ja będę seksownym kojotem; a ty głupkowatą hieną. - Wyszczerzył się wrednie Fred, a po chwili zaczął parodiować śmiech tego afrykańskiego zwierzęcia.

"Uważaj, bo ci tak zostanie" - Wilk pchnął łbem rudzielca i wywrócił go na dębową posadzkę opuszczonego salonu na III piętrze domu Blacków. 

- Suzanne, waruj, bo następnym razem nie wypuszczę cię z klatki. - Fred pogroził zwierzęciu palcem, odgrażając się na nim bezsensownie. 

Oczy Suzanne przekoziołkowały z irytacją w oczodołach. Czasem żałowała, że bliźniacy nie rozumieli jej, kiedy stawała się wilkiem. Wtedy by przynajmniej wiedzieli, co ona do nich warczy, kiedy rzucają w jej kierunku złośliwe przytyki.

Chwyciła palec rudzielca w zęby i zacisnęła się na nim delikatnie. Tyle wystarczyło, aby z twarzy rudzielca zszedł uśmiech, a pojawił sie grymas bólu.

- Waruj! Słyszysz, waruj! Zły wilk! - zaczął wykrzykiwać w jej kierunku.

"Ty się chyba nigdy nie nauczysz" - zaskomlała, gryząc odrobinę mocniej. Puściła po chwili i odskoczyła od Freda, nim zdążył zamachnąć się nogą i ją kopnąć.

- Świetnie - parsknął. - Idź sobie do swojego pana, wilczku! Do... - Uśmiechnął się ponownie. - Do swojego ULUBIONEGO Weasleya!

Przegiął.

Suzanne naprężyła się, a po chwili skoczyła, stając nad irytującym przyjacielem. Jej przednie łapy wylądowały po obu stronach jego tępej czaszki. Nachyliła nad chłopakiem pysk, rozdziawiając go i ukazując mu swoje ostre kły. Zawarczała groźnie tuż nad uchem chłopaka.

- Umyłabyś zęby - rzucił niewybrednie, przez co Lupin zmieniła się w człowieka, opadła ciężko na brzuch Freda i zaczęła go gilgotać po klatce piersiowej. Pomagała sobie przy tej czynności zaklęciem. Z jego ust wydobył się śmiech, przypominający skowyt kojota.

- Idiota! - fuknęła, podnosząc się z niego i niby to nieopatrznie, kopiac go delikatnie w łydkę (to wystarczyło aby rudzielec wydał z siebie któtkie 'Auć') oraz przenosząc wzrok na jego brata.

George siedział po turecku w drugiej części pokoju i wpatrywał się w nich intensywnie. Suzanne przeszedł lekki dreszcz.

- Dosyć animagii na dziś - rzuciła pośpiesznie, a te słowa wybudziły jakby Weasleya z rozmyślań.

- Za tydzień jest pełnia - upomniał ją, przywdziewając na twarz obojętność.

- Wiem. - Suzanne wzruszyła ramionami. 

- Nie pójdziesz na nią, nie kontrolując swojej drugiej natury! - lekko podniósł głos. Obecność Lupin zaczynała ostatnio irytować go na nowo.

- Przecież ją kontroluję - Suzanne zmarszczyła brwi, a chłopak podniósł się i teraz stali ze sobą względnie na równi. Oddaleni trzema metrami oczywiście.

- Oczywiście - w głosie rudzielca coraz bardziej słychać było irytację. - Zwłaszcza podczas wizji ją kontrolowałaś, zamianiając się nagle w wilka!

Suzanne przełknęła ślinę, zaciskając dłonie w pięści.

Z jednej strony wiedziała, że chłopak miał rację, ale z drugiej irytował ją jego wredny, obojętny ton.

- Wizja była zwyklym zbiegiem okoliczności. Gwarantuję ci, że podczas pełni tak nie będzie - wycedziła przez zęby.

- Tak? Skąd ta pewność? - parsknął na jej słowa. Suzanne straciła resztki cierpliwosci wobec niego.

- Wiem to, ponieważ nie będzie tam ciebie! - syknęła, a kiedy doszedł do niego sens tych słów, dziewczyna już opuściła pomieszczenie.

George warknął i ze złością cisnął trzymanym zeszytem o ziemię. Ten potoczył się echem po podłodze i zatrzymał się niedaleko Freda.

- Idę do Jordana - poinformował George brata i wyszedł w przeciwnym kierunku do Lupin, trzaskając drzwiami.

Fred wziął głęboki wdech i sięgnął po pokiereszowany brulion. Pierwsza strona najbardziej ucierpiała podczas zderzenia z posadzką. Widniał na niej wilk, a konkretniej - ich Lupin.

Uśmiechnął się smutno do tego rysunku.

- Całkiem nieźle mu wyszło - rzucił sam do siebie, spoglądając na rysunek z wyraźną aprobatą.

sobota, 15 września 2018

Rozdział 107


Dłoń prześlizgnęła się po bladej skórze od obojczyka, sięgając piersi a następnie brzucha. Finalnie zatrzymała się na biodrze tak jak jej poprzedniczka i zacisnęła na nim palce. 

Suzanne zmarszczyła lekko nos, po chwili przygryzając też dolną wargę. Czujnym wzrokiem lustrowała swoje nagie ciało, odbijające się w lustrze. Westchnęła ciężko, jeszcze raz sięgając dłonią do blizny na przedramieniu. Następnie do tej będącej widoczną po lewej stronie szyi. Do kolejnych nawet nie miała ochoty już wracać. 

Na jej ciele znajdowały się szramy, których pochodzenie było dla niej niejasne. Nie były to ślady po samookaleczaniu. Bardziej po zaklęciach lub cięciu nożem.

- Co mi się działo, do cholery? - rzuciła w odbicie, odwracając się plecami do lustra. Przez łopatki ciagnęła się blada linia, mieniąca w słońcu. 

Lupin westchnęła ciężko i schyliła się, aby podnieść stanik. Założyła go szybko i ponownie spojrzała w lustro.

W tej samej chwili drzwi do pomieszczenia chrzęstnęły i w środku pojawił się George.

- Suzanne, mam dla ciebie dobrą wiadomość... - rzucił wesołym tonem i dokładnie w tej samej chwili urwał, gdyż w oczy wpadła mu postać przyjaciółki. Była prawie naga!

Chłopak przełknął ślinę. Mimowolnie pozwolił swoim oczom zlustrować jej ciało. Nie chciał tego, ale jego umysł instynktownie określił ją mianem seksownej w tej białej bieliźnie, a chłopak doskonale wiedział, że gdyby nie kłopotliwość całej tej sytuacji, w jego wnętrzu wybuchłoby pożądanie. Szybko skarcił się za to i, przywołująć się do porządku, spojrzał w oczy przyjaciółki. Nie było w nich jednak widać złości, jakiej się spodziewał. Raczej zawstydzenie. Uśmiechnął się w duchu na jej uroczą, jego zdaniem, reakcję. Gdyby nie straciła pamięci, zapewne teraz byłaby czerwona ze złości, a tak stała przed nim nieświadoma wielu rzeczy i taka... 

Niewinna.

- Daruj - mruknął, wycofując się w ku wyjściu i na ślepo szukając dłonią klamki.
Chciał jak najszybciej wyrzucić z głowy widok jej jasnego ciała. 

Suzanne zaś starała się wydobyć głos z gardła. Obecność chłopaka od samego poczatku wywoływała w niej dziwne stany, ale teraz to było coś mocniejszego. Dogłębny paraliż spowodowany myślą, że stała przed nim prawie naga. Nie mogła przed nim niczego ukryć. Jak otwarta księga.

Spojrzała w swoje odbicie w lustrze. Białe kresy na ciele. Westchnęła, zakładając pasmo włosów za ucho.

- Zaczekaj - Wydał się z jej ust nieco chłodnawy ton. Nie chciała tego, ale z drugiej strony nagle skumulowana energia w podbrzuszu nie pozwalała na większe manewry głosem. 

George niechętnie zatrzymał się. Czy ona naprawdę chce, aby się na nią rzucił?! 
Mógł to zrobić, choćby i zaraz. Niestety po fakcie miałby cholerne wyrzuty sumienia.

- Tak? - mruknął, przełykając ślinę i czując że pożądanie zaczyna przejmować kontrolę nad jego ciałem. Włożył prawą rękę do kieszeni i niechętnie odwrócił głowę w kierunku Suzanne. Gdyby tylko była ubrana... Kurwa.

- Możesz mi powiedzieć... - Dziewczyna zawachała się przez chwilę, a George przysiągł sobie, że jeśli zaproponuje mu seks, to bez chwili namysłu się zgodzi. Zdawało mu sie, że dziewczyna specjalnie przeciąga sylaby, aby między nimi wzrosło pożądanie, ktore i tak można już było kroić nożem. - Skąd są te blizny? - Suz wskazała na swoje ciało i przeniosła wzrok w lustrze ze swojej skóry na przyjaciela.

- Blizny? - powtórzył George, z trudem łapiąc oddech. Jakie blizny, do cholery?

- Tak, są na całym ciele - przyznała dziewczyna, odwracajac głowę w kierunku George'a. - Dlaczego je mam?

- Kiedy tkanka sie niszczy... - zaczął rzeczowym tonem, wsadzają do kieszeni drugą dłoń. Nie znosił teraz tej dziewczyny. Wyglądała tak niewinie, chociaż z drugiej strony, wiedział, że tak nie było. Ale wyglądała tak. To się liczyło! Pragnął jej teraz jak nigdy.

- Wiem, jak powstają! - przerwała mu, mrużąc oczy. - Ja sie pytam, co je spowodowało.

Lupin podeszła do niego w dwóch krokach i wskazała na przedramię i obojczyk. 

- Chcesz zobaczyć resztę? - rzuciła jeszcze, lekko tracąc cierpliwość.

Bardzo chcę - odparł w myślach, dostrzegając, że jedna z nich wystaje za miseczkę stanika. 

Suzanne spojrzała w oczy chłopaka. Nie potrafiła wyczytac z nich nic. Pamiętała ze wspomnień, że kiedyś robiła to dobrze, lecz teraz jakby chłopak ogrodził się przed nią murem. 

Byli przyjaciółmi, a ona nie pamiętała praktycznie niczego. Nie pamiętała jego spojrzenia, tonu głosu. Nic takiego jak George Wealsey nie kotłowało się w jej głowie. A przynajmniej nie jako przyjaciel! 

W błękitnych oczach pojawiły się łzy, które momentalnie sprowadziły chłopaka na ziemię. Wyjął dłonie z kieszeni, gdzie nadal były potrzebne i zdobył się na gest, który jako jedyny teraz dane było mu zrobić. Objął ją. 

Tak jak kiedyś, bez żadnych podtekstów czy pożądania. Tak jak wtedy, gdy nie widzieli się ponad rok. Poczuł, że dziewczyna drży pod jego dotykiem. Pocałował ją w czoło, szepcząc, aby się nie martwiła. 

- Blizny są po pojedynkach... - zaczął niepewnie. - likantropii Remusa, twojej animagii i naszych wygłupach. Nie ukrywam, że do wielu przyczyniłem się z Fredem. - Jego nozdrza otoczył zapach kokosa. Było to jedno z przyjemniejszych uczuć, jakich doświadczył.

- Ale ty nie masz blizn. - Zadrżała znowu.

- Nie tam, gdzie ty byś je chciała zobaczyć - Gładził ją po nagich łopatkach. - Głupi ma szczęście, Suz. Jesteśmy z Fredem bardziej gruboskórni niż ty.

- Czy będę mogła uczestniczyć w nastepnej pełni? Chcę pomóc bratu. Nie robiłam tego od ponad czterech pełni - Poprosiła, wtulając sie mocniej w chłopaka. Zanim jej odpowiedział, mowiła dalej. - Syriusz sam sobie nie poradzi.

George przestał ją gładzić po ramieniu. Puścił ją i odszedł na krok w tył.

- Pamiętasz, że Black jest animagiem?

- Tak - stwierdziła dziewczyna. - Tak - dodała już mniej pewnie. - Pamiętam. Jest też zbiegiem z Azkabanu i ojcem chrzestnym Harry'ego Pottera. - Otarła mokre oczy. 

- Przypomina ci się - Uśmiechnął się George.

- Na to wychodzi... - skinęła Suzanne w momencie, w ktorym po pokoju rozległo się głośne chrząknięcie.

Nastolatkowie odskoczyli od siebie jak poparzeni i utkwili wzrok w uśmiechniętym Fredzie, którego oczy błyszczały słonecznym blaskiem. 

Chłopak zagwizdał przeciągle i oparł się nonszalancko o próg pokoju, zamykając uprzednio drzwi. 

- Czy wasza dwójka nie bawi się ze sobą za dobrze? - spytał, wskazując na nich palcem.

- My...? - George tylko tyle potrafił wystękać.

- Daruj sobie, Fred - warknęła Suzanne, mrużąc oczy i podchodząc do łóżka, na którym leżała jej bluzka i spodnie. 

Sięgnęła po swoje czarne jeansy i zaczęła nasuwać je na siebie

- Co? - mruknęła w kierunku wpatrzonych w nią bliźniaków. - Czy z łaski swojej możecie się odwrócić?

George zrobił to niechętnie, jednak Fred jeszcze przez chwilę ja obserwował. Gdy się odwrócił, rzucił w jej kierunku:

- Przesadziłaś z tymi bliznami, kochana.

Suzanne w tej samej chwili narzuciła na siebie koszulkę, przewracając oczami. George zacisnął dłonie w pięści.

- Dzięki za komplement, Fred - rzuciła Suzanne, a na jej słowa chłopacy odwrócili się. 

George zlustrował ją uważnie wzrokiem - robił tak zawsze, mając głupią nadzieję, że to już ostatni raz. 

Nadal wyglądała cholernie dobrze, co tym bardziej sprawiało, że chciał się rzucić na brata za tego typu komentarze. 

...

Przygryzła dolną wargę, siedząc naprzeciw rozgrzanego kominka. W jego wnętrzu poblyskiwały radosne i upiorne zarazem ogniki, od ktorych emanowało ciepło. Było już późno, przez co temperatura na dworze nie przypominała juz tej z parnego dnia. Termometr za oknem wskazywał 8 stopni. Może 9 bądź 7 - przez gęste smugi deszczu rozbryzgiwanego na szybie trudno było to odczytać.

Suzanne czuła się dobrze w takiej atmosferze. Burza za oknem i przytulne ciepło w środku. Te dwa zapachy przenikały się i dawały jej poczucie bezpieczeństwa. Upiła łyka gorącego kakao, które od czasu do czasu wymagało podgrzania ręką. Gdyby dziewczyna tego nie robiła, od przeszło godziny musiałaby pić je zimne.

Westchnęła ciężko, wpatrując się w czerwone płomienie i starała się odtworzyć w głowie dialog sprzed kilku godzin.

- Dziekuję ci, Suzanne.

Zmarszczyła brwi na samo wspomnienie speszonego głosu Blacka i niepewności jego stalowych oczu.

- Za co? 

Wyraziła się zimnym tonem, przez który teraz oblała się rumieńcem. Nie znała tak bliskich sobie ludzi i nie była w stanie im zaufać. Przez to też starała sie trzymać ich na dystans. Często z opłakanym skutkiem.

- Za ocalenie życia. - Jego oczy stały się szkliste, a usta drgnęły z niepokoju. - Bliźniacy zapewne ci mówili o bitwie w Departamencie. Osłoniłaś mnie, przez co zaklęcie trafiło w ciebie. - Krótki, wręcz niezauważalny grymas obrzydzenia do samego siebie wstąpił na jego twarz. Syriuszowi było ciężko o tym mowić. Widziała to, ale on nie dał sobie przerwać. - Jesteś moją bohaterką, Suzanne. - Posłał jej ciepły i wdzięczny uśmiech.

Z perspekrywy tych kilku godzin Suz dziwiła się, jak w tak nielicznych zdaniach mogło się zawrzeć tyle sprzecznych emocji. Jednocześnie Black był z niej dumny, czuł wdzięczność wobec niej, ale też bał się tego, że dziewczyna obarczy go winą za swoją amnezję.

- Nie jestem - odpowiedziała zimnym tonem, utkwiając wzrok w podłodze.

Syriusz pokręcił głową.

- Zawdzięczam ci życie. Gdyby nie ty, zaklęcie uderzyłoby we mnie i wepchnęłoby do tamtego lustra...

Przełknęla ślinę.

Nie była bohaterką. Ani Blacka, ani w ogóle niczyją. Chociaz nie pamiętała okolicznosci, w jakich rzekomo trafiło ją to zaklęcie, była pewna co do jednego. W tamtej chwili zawładnęły nią emocje.

Bohater to osoba, która świadoma konsekwencji swojego czynu, jest w stanie go zrobić. Suzanne reprezentowała coś innego. Głupotę. Nie raz zapewne słyszała, jak Remus jej powtarzał, że między odwagą i bohaterstwem a głupotą jest cienka granica. 

Lupin bez jakichkolwiek za i przeciw, instynktownie rzuciła się pod niebezpieczny promień. Nie liczyła się z konsekwencjami - chciała tylko ochronić przyjaciela.

...

Dźwięk teleportacji rozdarł ciszę w Magicznych dowcipach Wealseyów. Suzanne oparła się nogami o podłoże i nieudolnie starała złapać równowagę, a na jej nadgarstkach zacisnęły się męskie dłonie, chroniące ją przed upadkiem. Przeszedł ją zimny dreszcz. Intensywniejszy od poprzednich, przez co zakręciło jej się w głowie.

- Puść mnie! - krzyknęła, rozpaczliwie starając się wyrwać z uścisku chłopaka. Używała do tej czynności coraz większej siły, przez co George nie miał wyboru. Puścił ją, a dziewczyna odsunęła sie od niego jak najdalej mogła. Zrzuciła z oczu przepaskę, która miała zasłaniać jej niespodziankę tego urokliwego miejsca.

Strach w oczach Suz nie pozwalał jej jednak na skupieniu się na otaczającej ją magi. George przełknął ślinę.

- Suzanne... - wyszeptał, patrząc na jej nadgarstki. Fred obserwował to ze zmieszaniem.

Wzrok Suzanne był rozbiegany po pokoju i pusty.

Przypomniał jej się Malfoy. Jego podła postać, krocząca ulicą Woodcrafta.


piątek, 7 września 2018

Rozdział 106

Błękitne spojrzenie pełzło po zgromadzonych osobach z równie wysoką ciekawością jak i obawą co do nich.

Starało się penetrować każdego ze zgromadzonych wokół ludzi, którzy byli tak liczni.

Suzanne nie rozumiała tego całego zgiełku wokół siebie, ale nie śmiała zaprotestować. Wzrok niektórych był wobec niej bardzo nieprzychylny, przez co kuliła się w sobie.

- Czy ona kontaktuje? - mruknął ze zniecierpliwieniem Alastor, który zaczynał powoli tracić cierpliwość co do milczącej dziewczyny. - Powtórzę, Lupin, ostatni raz, jakie wspomnienie masz jako ostatnie!?

Dziewczyna przełknęła ślinę, marszcząc brwi. Ten mężczyzna wzbudzał w niej największy strach. Rozumiała słowa, jakie do niej wypowiadał, ale nie potrafiła dopatrzeć się w nich sensu. Jakich wspomnień, skoro czuła się istną Tabula Rasą?

- Igła w żyle i on. - Wskazała na Freda stojącego w kącie pokoju. Jego brat bliźniak poczuł nagłe ukłucie w sercu. Pierwszy raz w życiu poczuł aż tak ogromny chłód na ciele. Suzanne była jedyną osobą, która była w stanie ich rozróżnić. Teraz nie umiała tego nawet ona. Spuścił wzrok.

Alastor warknął na słowa dziewczyny.

- Nie pamiętasz bitwy w Departamencie tajemnic!? - warknął, jednak tym razem jego ostry ton nie zrobił na dziewczynie wrażenia. - Nie pamiętasz w jak bardzo idiotyczny sposób podstawiłaś się Bellatrix i oberwałaś zaklęciem!? Nie pamiętasz, że Dumbledore uratował cię przed śmierciożercami w Sali Pamięci?

- Nie - przerwała, podnosząc się na przedramionach i siadając na łóżku. W postawie siedzącej poczuła się bezpieczniej.

- Jak już mówiłam, ostatnią rzeczą, którą pamiętam, była igła w żyle i on! - Ponownie wskazała na Freda, spoglądając na chłopaka z nadzieją, jakby on miał potwierdzić jej wersję.

Jednak wtedy zmrużyła lekko oczy.

- Znaczy się on - powtórzyła, kierując palec na drugiego bliźniaka. - George'a widziałam najpierw, zaraz po ukłuciu tym żelastwem. - Karcącym spojrzeniem obdarzyła panią Julię, która jednak uśmiechała się do niej zagadkowo.

Rozróżniła nas - zatańczyło w głowie George'a.

Remus ukucnął przy siostrze i chwycił ją za bladą dłoń. Pogładził jej zewnętrzną stronę kciukiem, przełykając ślinę.

Wiedział, że obecny stan siostry był tylko cholerną kwestią czasu. Za tydzień, góra dwa dziewczyna odzyska pamięć!

- Postaraj się sobie przypomniec coś jeszcze - poprosił tonem, który był kompletnym przeciwieństwem tego, należącego do Alastora.

- Nie mogę, proszę pana - wydała z siebie dziewczyna, poddajac się jego dotykowi. Przynajmniej pod jego wpływem nie przechodziły ją dreszcze. - Nie pamiętam zupełnie nic, nawet jeśli rzekomo powinnam. - Przeniosła hardy wzrok na Alastora.

Wilkołak westchnął ciężko.

- Remus - powiedział, uśmiechając się nieprzekonująco. Słowa dziewczyny chociaż niewinne, raniły go cholernie. Miał nadzieje na szybkie rozwiązanie tej sytuacji. - Remus Lupin, jestem twoim...

- Tatą? - rzuciła dziewczyna, a to słowo zabrzmiało w jej wargach tak piekielnie obco. Nawet Suzanne to poczuła. Jeśli te osoby mowiły prawdę, ten wyraz nie mógł być dla niej ważny.

- Bratem - sprostował mężczyzna, czując się jak zawsze, gdy ktoś obcy zarzucał mu to pokrewieństwo z Suz.

- Witaj, braciszku, ale cię nie pamiętam - rzuciła dziewczyna z drwiną w głosie, czując ulgę z powodu takich stosunków z tym mężczyzną. Dziwnym trafem nie uśmiechało się jej mieć ojca. Czuła niczym nieuzasadniony wstręt do tego tytułu.

Powimo negatywnego wydźwięku, to stwierdzenie wywołało na twarzy Remusa i bliźniaków lekki uśmiech. Brak taktu zaczynał wydobywać się z jej, na razie nieokreślonej, egzystencji i ukazywał im prawdziwą Suz.

- Nie pamięta nic - powtórzyła pani Julia słowa dziewczyny sprzed paru chwil. - Nie dziwię się, chociaż bedzie to lekką niedogodnością dla Zakonu. - Spojrzała na Suzanne uważnie. - Wybacz, złotko, ale... - Westchnęła ciężko, chwytając za różdżkę. - Expulso!

Różowy promien skierował sie na dziewczynę.

- Finitate - Lupin instynktownie wyciągnęła dłoń przed siebie i zatrzymała zaklęcie nagłym ruchem. Z lekko niespokojnym oddechem spojrzała na kobietę.

- I wy uważacie się za moich przyjaciół? - spytała, podnosząc się z łóżka, kierując obie dłonie w kierunku zgromadzonych osób. Jeśli będzie trzeba walczyć, spróbuje. W głowie szukała kolejnych zaklęć obronnych

Mięli przewagę liczebną, jednak gdyby to dobrze rozegrała, mogłaby ich oszołomić dwoma zaklęciami i uciec.

Poczuła, że jej plecy przylegają do zimnej ściany, przez co mocniej spięła się w sobie.

- Suzanne, bez żadnych gwałtownych ruchów - Remus zbliżył się do niej.

- Ani kroku dalej! - warknęła, układając palce prawej dłoni do zaklęcia ogłuszającego.

- Pani Julio - rzekł Remus do kobiety, a pozostałe zgromadzone osoby wpatrywały się w tę sytuację jak zaklęte. Nawet bliźniacy byli zaskoczeni tym obrotem spraw. - Dlaczego...?

- Jak zwykle nie rozumiecie - jęknęła kobieta z pretensją, spoglądając na Alastora, który był pod wrażeniem tej sytuacji. - Moody, przynajmniej ty. - dodała ufniej, wzdychając. - Suzanne, wróć do łóżka, jesteś zbyt słaba na podobne ruchy.

- Dlatego rzuciła we mnie pani zaklęciem bombardującym?! - warknęła dziewczyna, przenosząc cel dłoni na kobietę. - Z całym szacunkiem, ale obrona przed tym zaklęciem jest bardziej skomplikowana niż utrzymanie równowagi!

- Chwała Merlinowi - mruknął Remus, nagle rozumiejąc postawę staruszki i tym samym zmuszając Suz do nakierowania na jego osobę lewej ręki.

- Niby za co? - mruknęła dziewczyna, co tym bardziej ucieszyło panią Julię. Z tej usypiającej czujność euforii kobieta zrobiła krok w stronę dziewczyny, przez co ta zamachnęła się w jej kierunku zaklęciem. Nim jednak zdążyła je rzucić, George chwycił ją za nadgarstki i objął w sposób, że dłonie dziewczyny krzyżowały się teraz na jej klatce piersiowej.

Suzanne walczyła z uczuciem żaru, jakie odczuła własnie w tym momencie. Zapach perfum chłopaka dostał się w jej nozdrza i lekko dekoncentrował. Jednak nie próbowała się wyrwać z tego uścisku.

- George, zostaw ją - mruknął Alastor, na co Suz poczuła lekki zawód w sercu. Po chwili dłonie chłopaka posłusznie puściły jej ciało, chociaż obecność perfum wcale nie zniknęła.

- O co tu chodzi? - rzuciła, krążąc spojrzeniem z Alastora na Remusa, panią Julię i drugiego bliźniaka. George'a unikała jak ognia.

- Twoja utrata pamięci dotyczy tylko sfery relacji i wspomnień. - Kobieta spokojnie zabrała głos. - Nie dotknęła obszarów charakteru, umiejetności i wiedzy o świecie, co idealnie definiuje amnezję behawioralną. To dlatego potrafiłaś się obronić przed moim zaklęciem i wiedziałaś, kim jest Merlin. Dobrze że nie masz zaniku pamięci totalnej. Wybacz za określenie, ale zrównałoby cię to z mentalna rośliną. Twoj mózg byłby na etapie siedmioletniego dziecka.

Suzanne przełknęła ślinę.

- Czyli jednak straciłam pamięć? - powtórzyła niechętnie, ulegając jednak tym myślom. - I naprawdę nie pamiętam was wszystkich? - westchnęła ciężko, rozgladając się.

- Nie obwiniaj się, dziecko, to nie jest twoja wina. - Zarzekła kobieta. - Jednak nawrotu pamięci niestety nie będzie można ci zwrócić tak łatwo. Musi minąć trochę czasu, zanim pamięć wróci ci samoistnie. Nie można tego przyspieszać magią, złotko, więc nie przejm...

- Nie jej wina? - przerwał jej Moody. - A kto jej kazał ratować Blacka i podkładać się za niego pod Drętwotę!?

- A kto puścił dzieci na wojnę i pozwolił im w niej uczestniczyć? - podrzuciła Molly, stojąca w przejściu ze zdenerwowaną miną.

Suzanne spojrzała na nią czujnie. W jej brązowych oczach iskrzyła sie determinacja. Dobrze znała te oczy, ale nie rozumiała jak wiele dla niej znaczą.

Alastor złożył usta w cienką linię.

- Kingsley, Tonks, Arturze! Chodźcie, potrzebuję was w ministerstwie. - Skierował się w kierunku wyjścia, czemu towarzyszyły tupnięcia jego sztucznej nogi. Za nim bez słowa ruszyły przywołane osoby. Za ostatnią trzasnęły głośno drzwi za pomocą zaklęcia pani Julii.

W pomieszczeniu nastała krępująca cisza.

Suzanne spojrzała na George'a stojącego za jej plecami.

- On zawsze był taki nerwowy? - spytała, lustrując twarz chłopaka.

- Tak - odparł jedynie, nagle czując się dziwnie niekomfortowo w towarzystwie Lupin. Posłał jej lekki uśmiech dla zbycia i stanął obok brata.

- Mam sobie przypomnieć? - rzuciła znów dziewczyna. - Niby w jaki sposób? Albumy ze zdjęciami, dokumenty rodzinne, myślodsiewnie? To brzmi absurdalnie. - Usiadła na łóżku, spogladając na Blacka. - I co to znaczy, że cię uratowałam?!

...

Zdaniem Remusa, Syriusz nie był najlepszą osobą do zaznajomienia Suz z faktami. Black czuł cholerne wyrzuty sumienia z powodu tego, co zaszło, dlatego też jego wersja wydarzeń wyjątkowo mocno odbiegałaby od prawdy i być może nakierowałaby Suz przeciwko niemu.

Remus postanowił zostawić tę działkę bliźniakom, którzy od dwóch godzin, czyli od czasu ocknięcia się Suz, starali się nie wplątywać w kontakty z dziewczyną. Nie czuli się na tyle odpowiedzialni, aby zaszczepić w jej umyśle wspomnienia.

Jednak tak było, nikt nie znał Suz lepiej niż oni.

- A więc jesteśmy przyjaciółmi? - mruknęła dziewczyna, siedząc na kuchennym blacie i popijając earlgreya. Bliźniacy skinęli głowami. - A ty jesteś George... a ty Fred? - Wskazała na nich kolejno palcem, na co oni przytaknęli z ulgą. - I macie na nazwisko Weasley. - Myślała na głos. - Ile macie lat? - Zmarszczyła brwi, rozumiejac, że tego jeszcze się nie dowiedziała.

- Dziewiętnaście, Suz. Tyle co ty - rzucił Fred, biorąc spory łyk soku ze szklanki.

- Czyli jesteśmy pełnoletni. - Analizowała. - Skonczyliśmy szkołę?! - ożywiła się nagle, wlepiając w ich sylwetki swoje baczne spojrzenie. Bliźniakom zdawało się, że pojawiły się w nim iskry dawnej Suzanne. Z resztą, to była Suzanne. Tylko ogołocona ze wspomnień!

- Tak, jesteśmy absolwentami Hogwartu.

- Hogwart, zacnie brzmi. To najlepsza szkoła magii na świecie. Rozumiem, że jesteśmy dobrzy.

- Najlepsi - parsknął George, momentalnie przywołując się do porządku. - To jest... Mamy przyzwoitą wiedzę, moja droga.

- Ciekawe. Jest lipiec, tak? Powinniśmy mieć już wyniki egzaminów. Jak nam poszło?

Chłopcy zmieszali się nagle. Czas na pokazanie tej dziewczynie przykładu ich prawdziwego geniuszu.

- Tobie dobrze, Suz. - mruknął Fred. - My jednak...

- Mówiliście, że jesteście dobrzy - wtrąciła dziewczyna, jakby starając się wyprowadzić z błędu rudzielca, że ich wyniki mysiały być dobre.

- Nie pisaliśmy egzaminu końcowego, Suzanne - George postanowił zabrać głos. - Opuścilismy szkołę kilka dni przed testami, ponieważ...

- Serio musicie mieć dobrą wymówkę.

- Obraliśmy taką drogę życiową, że nie potrzebne nam są egzaminy. - dokończył.

- Droga życiowa? - mruknęła Suz. - Zamierzacie zostać księżmi, że magia nie będzie wam potrzebna?

- Nie do końca - stwierdził Fred. - Chociaż do naszych zadań należy także między innymi leczenie ludzkich dusz.

- Interesujące. - W oczach dziewczyny pojawiło się ogromne rozbawienie. - Czyli co takiego robicie?

- Mamy sklep, moja droga - George posłał jej oko. - Sprzedajemy w nim magiczne gadżety własnej produkcji.

Suzanne w tym samym momencie parsknęła śmiechem, przez co chłopcy poczuli się "oburzeni". George delikatnie uderzył ją w ramię, aby się uspokoiła.

I istotnie tak było. Palce na jej ciele sprawiły, że wzdłóż ciała dziewczyny rezeszły się intensywne dreszcze.

- Przez te wasze gadżety trafiłam do skrzydła szpitalnego! - fuknęła na nich, przypominajac sobie incydent z cukierkami o smaku róży do zmiany głosu.

Bliźniacy zdębieli.

- Pamiętasz to? - rzucili równocześnie.

- Jasne, trudno było tego nie zapamiętać. Potem posądziliście mnie o cięcie się, bo znaleźliscie rany na moim przedramieniu! - Wskazała na rękę, gdzie widniały zasklepione już dwie jasne pręgi. - Umbridge jeszcze dostanie za swoje. - zarzekła dziewczyna. - Wyryję jej coś podobnego na czole.

Lupin uniosła wzrok znad swojego ciała, na chłopaków, którzy trwali w niemałym szoku. Nie sądzili, że pamięć zacznie wracać jej tak szybko i tak wyraźnie. To dobrze wróżyło.

...

Remus spoglądał na pochrapującą siostrę na kanapie w salonie. Westchnął, zamykając drzwi i kierując się w stronę kuchni, gdzie odbywało się już zebranie Zakonu.

- Witam - przywitał się Remus, skinąwszy najpierw na Dumbledore'a, siedzącego na końcu stołu. Przysiadł się obok Blacka, naprzeciw bliźniaków i pozostałych pełnoletnich Weasleyów.

- Jak ma się Suzanne? - spytał Albus, który nie miał jeszcze przyjemności widzieć się z dziewczyną.

- Jest nieźle, dyrektorze - mruknął Remus. - Chociaż mogło być lepiej. Na początku nie pamiętała nic, potem bliźniacy zanotowali u niej nagłe olśnienie, dzieki któremu przypomniała sobie część 7 roku. Od tamtgo czasu jednak nic nowego sobie nie przypomniała. Cały czas uczy się twarzy, ale nie wiąrze się z nami w jakiś głębszy sposób emocjonalny. Robi to bardziej z obowiązku.

- Nie pamięta swojej roli w Zakonie?

- Na razie nie ujawnialiśmy przed nią tej organizacji - wtrącił Moody. - Lupin powinna najpierw ogarnąć siebie, a dopiero później skupiać się na rzeczach ważnych. Chociaż jestem zdania, że powinna to zrobić jak najszybciej, aby mogła brać udział w misjach.

- Alastorze! - skarciła go Julia. - Zapewniam cię, że jej stan emocjonalny jest równej wagi albo nawet większej niż Zakon. Ona musi poczuć się członkiem Zakonu, a nie... jak to okreslił Remus, nauczyć się tego! Jeśli karzemy jej służyć Zakonowi, zdradzi przy pierwszej okazji.

- Nie ona... - wtrącił Black, zaciskając dłonie w pieści.

- Nie interesuje nas moralność, Syriuszu, a jej zgodzenie się z ideą Zakonu. Musi ją zrozumieć i przypomnieć sobie! - ciagnęła kobieta. - Jeśli nie poczuje tego, o co walczy, będzie mylić sojusznika z wrogiem. A stąd już tylko krótka droga do dostania się w sidła Voldemorta.

sobota, 1 września 2018

Rozdział 105

Witam serdecznie we wrześniu!
Rozpoczynamy VIII Tom o opowieściach Suzanne i bliźniaków Weasley.
Zapraszam :)

Autorka

***
Miejsce gdzie materializm mieszał się z duchowością i znikał. Miejsce zupełnego opuszczenia i uczucia ciekawskich oczu wlepionych w ciało. Dezorientacja mieszana ze zrozumieniem świata. To miejsce było osobliwe w swojej pospolitości.

Bezbarwna mgła, w której mieniła się czarna tęcza, okalała szczelnie martwe ciało, w którym walczyła ostatnia iskra życia. Dusza była wyczerpana, ale świadomość zamienienia się w nicość sprawiała, że ta rozrywała od środka słabnący byt, każąc mu błagać Boga o każdy następny wdech zbawiennego tlenu.

Słabnące członki stykały się z zimną posadzką, od której promieniował żar. Powieki były zamknięte, a klatka piersiowa unosiła się z trudem - za głupia by pojąć, że kiedy się zatrzyma, to umrze. 

... 

George zacisnął dłonie w pięści, gdy drobne ciało Suzanne poruszyło się gwałtownie na łóżku przez mocniejsze ukłócie igłą. 

- Spokojnie. - Jak przez mgłę doszedł do niego głos starszej kobiety o rudych lokach i roześmianych oczach. Na jej twarzy pokrytej bruzdami starości malowała się mądrość podobna do tej Dumbledore'a. - Nic gorszego raczej jej już nie spotka. 

- Chyba że umrze - mruknął chłopak, przeczesując włosy ze zdenerwowania i przez to jeszcze bardziej mierzwiąc kasztanową czuprynę. Na jego słowa pani Julia przewróciła oczami. 

- Nie umrze - odparła z naciskiem na partykułę. - I zabraniam ci tak mówić! Duchy Ciemności czasem lubią spełniać takie przypuszczenia.

- One nie istnieją. - Czekoladowe spojrzenie Weasleya utkwiło w twarzy dziewczyny. Malował się na niej grymas bólu. Chłopak zaklął w duchu.

- Obyś miał rację. - George już nawet nie próbował się doszukać nutki sarkazmu w tym krótkim zdaniu.

- Julia! - W tej samej chwili do pomieszczenia wpadł zdyszany Black. - Dumbledore przyszedł. Chodź szybko... - Nagle urwał, gdyż jego spojrzenie skrzyżowało się ze zmizerniałą sylwetką starszego bliźniaka, siedzącego na parapecie. 

Rudzielec opierał się nogami o podłogę, a dłonie utrzymywał sztywno w zaciśniętych pięściach - z wyjątkiem oczywiście próby przeczesania włosów.

- Jestem w Zakonie. Nie musisz się tak przy mnie hamować, Black! - George syknął w końcu, zirytowany narastającym milczeniem. 

Black zacisnął usta w cienką linię. Ostatnio nie znosił wchodzić do tego pokoju bez wyjątkowo ważnego powodu. Za każdym razem czuł wtedy na sobie ostre spojrzenie tego rudzielca.

Weasley jego zdaniem bawił się ostatnimi czasy w Cerbera strzegącego jakiejś mistycznej krainy bądź anioła stróża. Tak czy inaczej stosunek chłopaka do jego osoby zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni i nic nie wskazywało na to, aby to miało uledz zmianie w najbliższym czasie. Nie po tym co stało się w Departamencie Tajemnic. 

Syriusz doskonale wiedział, że obecne położenie Lupin było częściowo jego winą.

Gdyby mógł cofnąć czas, nie pozwoliłby jej na tak szaloną próbę ratowania go. Z drugiej jednak strony czy on miał w ogóle szansę na powstrzymanie jej przed tym? Z perspektywy czasu dziwił się, że Suzanne nie wpadła na tą cholerną kurtynę. Pieprzona Bellatrix!

- Śmierciożercy połączyli się ze Snape'em Dostał od Niego pierwsze zadanie - powiedział Syriusz ze zrezygnowaniem, nie starając się nawet szukać jakichś wymówek. 

Mimowolnie zerknął na Suzanne, a następnie posłał Julii błagalne spojrzenie. 
"Chodź już" - Wykrzywiły się jego usta. 

Kobieta uśmiechnęła się delikatnie, odkładając strzykawkę na szafce. Po chwili oboje opuścili pomieszczenie, czemu towarzyszyło ciche skrzypnięcie drzwi.

George westchnął ciężko. 

Nareszcie został z nią sam na sam! Zsunął się z parapetu i podszedł szybko do łóżka, gdzie przykucnął niepewnie i objął drobną dłoń dziewczyny. Złożył na niej delikatny pocałunek. Na bladej skórze rysowały się granatowe żyły. 

- Kurwa - syknął, pocierając kciukiem wnętrze jej wychudłej dłoni. 

Od ponad trzech tygodni był wściekły! Nieobecny. Tak jak ona starał się odseparować od wszystkiego. Rzucił sklep, dowcipy. Nawet brata! Przylgnął do parapetu w znienawidzonym domu Blacków i milczał, a cisza, jaka wtedy mu towarzyszyła, była od czasu do czasu zbawieniem albo torturą. Przerywał ją wtedy donośnym KURWA.

George czuł się winny, że nie potrafił uratować dziewczyny. Że nie dowiedział się w porę o bitwie i przybył za późno. Dokładnie w chwili uderzenia w dziewczynę magadą. 

Westchnął ciężko, kierując zmęczony wzrok na twarz Suzanne - zapadnięte oczy, dobrze zarysowane kości policzkowe i suche usta w kolorze starych śliwek. Wyglądała jak martwa i, gdyby nie słowa pani Julii i niknący oddech dziewczyny, zapewne by ją za taką miał. 

Czuł wyrzuty sumienia, które wrzynały się w jego kręgosłup i sprawiały wrażenie wiecznych. Do płuc dostawała się smoła sprowadzająca go w dół. Drżenie rąk skutecznie utrzymywało go w przekonaniu, że jego dusza jeszcze nie pochłonęła ciała i że niestety ta dziewczyna leży prawie martwa tuż obok!

A on nie może nic zrobić. 

Przełknął ślinę, opierając czoło na pościeli, nieopodal słabej dłoni Lupin. Zamknął oczy i starał się powtrzymać napływające łzy.

Rzadko udawało mu się zostać z Suz sam na sam. Zawsze jeszcze ktoś był w pomieszczeniu; czy to Remus, pani Julia, Nimfadora lub nawet Fred. Ten ostatni przychodził także ze względu na brata. Martwił się o obu przyjaciół, których dusze pałętały się obecnie w innej otchłani, przypominającej kształtem szarą strefę.

George wypuścił ze zrezygnowaniem powietrze z ust, czując nagle przyjemny dreszcz przechodzący przez ciało. Znał to uczucie aż za dobrze, by nie wiedzieć od czego zależy jego wystąpienie. Niepewnie uniósł głowę, aby w tej samej chwili zderzyć się z intensywnym błękitem kocich oczu. Instynktownie uśmiechnął się na ten widok, za którym tęsknił zdecydowanie za długo, lecz po chwili uśmiech ustąpił miejsca zaskoczeniu. George starał się wychwycić z tego spojrzenia coś więcej niż tylko kolor.

Zamiast spodziewanej irytacji, drwiny czy złości dostrzegł w źrenicach nicość - czyli coś czego jeszcze nigdy w nich nie zastał.

Na twarzy chłopaka nagle zawitało niedowierzanie, gdyż zrozumiał, że to nie jest fatamorgana. Lupin patrzyła na niego naprawdę!

- Suzanne - wydał z siebie ochrypłym z wrażenia głosem.

- Suzanne...? - powtórzyła za nim dziewczyna jak echo, lekko mrużąc oczy. Wyglądała tak niewinnie. Zbyt niewinnie jak na nią.

Z chwilą usłyszenia jej głosu, wszystkie negatywne emocje opuściły umysł chłopaka. George poczuł nagły przyrost energii i pierwsze, na co sie zdobył, było podniesienie się i szczelne objęcie drobnego ciała dziewczyny.

- Ty żyjesz! - rzekł z zachwytem, czując, że Lupin zaczyna wyrywać sie z jego uścisku.

Poluźnił objęcia, aby po chwili odsunąć się od niej całkowicie. Teraz to na jej twarzy malowało się zaskoczenie.

Suzanne spięła sie w sobie, czując ulgę po wydostaniu sie z objęć rudego chłopaka. Dreszcz, ktory ją przeszył wraz z jego dotykiem na skórze, nie pozwolił jej pozostać temu obojętną. Objęła dłońmi swoje kościste ramiona i odsunęła się najdalej, jak mogła od tego człowieka.

- Kim jesteś? - mruknęła, lustrując go uważnie. Był wysoki, szczupły, a na jego twarz patrzyło się z przyjemnoscią. Nie mogła poruwnać jego urody do żadnej, z jaką się spotkała... Zmarszczyła brwi.

Prosty nos, zgrabnie wykrojone usta i te mlecznoczekoladowe oczy wyzwoliły w niej chęć ufania mu.

- Cholernie dobrze mieć cię wsród żywych - George pokręcił głową z rozbawieniem, cały czas nie mogąc się nasycić jej widokiem. - Już zaczynałem tęsknić za tym twoim czarnym humorem. - Posłał jej oko, pozwalając się zalać falą pozytywnej energii.

Teraz wszystko miało wrócić do normy. W jego życiu znow miała pojawić sie ta irytująca Lupin, ktorej w tamtej chwili po stokroć chciał za to podziękować.

Dziewczyna przełknęła ślinę.

- Ale... - mruknęła koślawo. - Ja naprawdę nie wiem, kim jesteś. - Przygryzła policzki od wewnątrz. - Powinnam? - Poczuła dziwny kurcz w żołądku.

Z twarzy chłopaka spełznął uśmiech.

Straciła pamieć albo cholernie dobrze udawała! Bał sie tych myśli i niestety skłaniał się do pierwszej z nich.

- Jesteśmy przyjaciółmi - wykrztusił w końcu, a przełyk dziewczyny zacisnął się w supeł.

Nawiedziły ją cholerne wyrzuty sumienia i współczucie względem niego. W jego oczach widać było desperację.

- Przepraszam, ale naprawdę cię nie pamiętam - wydała z siebie cichym, delikatnym głosem. Przygryzła dolna wargę ze zmieszaniem; dla George'a był to ewidentny dowód na jej prawnomówność.

Wziął głęboki wdech do płuc i odsunął się od niej na kilka kolejnych centymetrów.

- George Weasley - mruknął, wystawiajac dłoń w jej kierunku.

Patrzył na Suz zbolałbym wzrokiem, starajac się nie okazywać jej swojego strachu, co do nadchodzącej przyszłości. Po chwili poczuł na swojej skórze delikatną dłoń dziewczyny.

- Suzanne... - Dziewczyna zawahała się nagle. Przez jej ciało przeszedł kolejny
dreszcz. Dotyk chłopaka działał na nią niezwykle intensywnie.

- ...Lupin - rzekł za nią miękkim głosem. Ponownie przeszły ją ciarki. Tym razem przyjemne. Jej nazwisko w wargach chłopaka bardzo przypadło jej do gustu. 

piątek, 27 lipca 2018

Rozdział 104

Ceglane ściany w odcieniach metalu poddanego korozji niosły w głąb ministerstwa dwa niespokojne oddechy. Mój i mężczyzny; podążającego za mną w surducie sugerującym jego przynależności do rządu.

Mijałam kolejne rozgałęzienia korytarzy, mając naiwną nadzieję, że zaraz ukaże się przede mną wyjście z tego labiryntu. Czułam się jak pies goniony przez hycla, którego jedynym celem jest dopadnięcie bezpańskiego zwierzęcia.

W oczach zakotłowało mi się błękitne światło, nikliwie lśniące daleko stąd. Przełknęłam ślinę ze zdenerwowania, czując, że płyn spływa powolnie po ściankach zaciśniętego gardła.

Zawsze miusiałam wplątać się w kłopoty - klęłam w duchu, cały czas starając się nie zgubić majaczącej w oddali iskierki.

Gdyby pieprzony Vincent nie wpadł na pieprzony pomysł lotu na pieprzonych testralach, teraz zapewne przebywałabym w dormitorium i zaczytywała się w podręczniku od eliksirów - naprawdę wolałabym zajmować się tym w obecnej chwili.

Bliźniacy chyba mieli rację. Miałam syndrom pieprzonego zbawcy świata, ktory wraz z grupą piątoklasistów wplątał się w misję niejednokrotnie trudniejszą dla ludzi o większym doświadczeniu bitewnym od jego!

W duchu chciałam wrzasnąć z nagle ujawnionej się w moim ciele złości. Zamiast tego jednak, przyspieszyłam kroku, starając się zmniejszyć odległość do wyjścia i zakończyć ten groteskowy pościg.

Gdyby tylko lęk wysokości nie ujawnił się w mojej osobie, to życie byłoby o tyle prostrze. Nie spadłabym wtedy z niewidzialnego konia (przypominającego z opowieści rozpadające się zgniłe truchło) który w tamtym momencie wzbił się na najwyższą dla jego możliwości wysokość.

Całą siódemką lecieliśmy nad Zakazanym Lasem i właśnie mijaliśmy góry, otaczające dolinę w której znajdował się Hogwart. Przed nami rozciągała się zapadająca w nocną mgiełkę równina pokryta łąkami czerwonych maków i niebieskich niezapominajek. Słońce ospale chowało się za horyzontem, udając się na zasłużony spoczynek. Zmierzaliśmy w kierunku tej płonącej kuli. Jej ostatnie ciepłe promienie muskały nasze twarze i niewiadomo jakim cudem dodawały otuchy, przynajmniej mojemu, niepewnemu umysłowi.

Jednak im lecieliśmy dłużej, tym sierść testrala pod moimi palcami stawała sie coraz mniej zauważalna. W pewnym momencie myślałam nawet, że zaraz zniknie i wtedy spadnę; z wysokości pięciuset łokci.

Spojrzałam w przepaść pod nami. Zieleń traw ginęła wraz z błękitem i czerwienią kwiatów, a z kolei te trzy barwy zamienialy się w jedną nieokreśloną plamę. Zakręciło mi się w głowie, ale nie potrafiłam oderwać wzroku od powierzchni.

Była bardzo daleko ode mnie. Bezpieczny ląd, a ja jestem w śmiertelnych przestworzach.

Wtedy ogarnął mnie blady strach. W jednej chwili zsunęłam się z niewidzialnego grzbietu konia i nim zdołałam chwycić się powietrza, mającego jakimś cudem stanowić także grzywe stworzenia, zaczęłam osuwać sie w dół, kląc na to w myślach niemiłosiernie.

Ostre powietrze cięło moją skórę, śmiejąc się ze mnie po raz kolejny, że głupi człowiek chciał nauczyć się latać i poszybować w przestworzach. Płuca zacisnęły się i przestały przyjmować tlen, jakby starając się zmniejszyć wagę ciała i zaprzestać jego spadaniu.

Nie pozostało mi nic innego.

Zamknęłam oczy, teleportując się wprost do opuszczonego o tej porze ministerstwa.

Nim zdołałam w ogóle połapać sie w sytuacji, na końcu korytarza pojawił się jakiś niski mężczyzna o brunatnych włosach i zaroście.

- Kim jesteś? - warknął, a ja stanęłam o własnych siłach. - Co tutaj robisz? - pytał dalej.

Nim zdołałam zebrać myśli, moje nogi okazały się szybszym refleksem od głowy i pokierowały mnie w przeciwnym kierunku od pracownika ministerstwa.

I tak znalazłam sie tutaj. Nie wiedząca gdzie jest, sama, mała Suzanne która tym razem dziwnym trafem nie potrafiła postawić na swoim. Czy gdyby Blackowi groziło niebezpieczeństwo, ktokolwiek by się o tym dowiedział? Czy Voldemort byłby na tyle nieostrożny, by podzielić się z Potterem myślą o Syriuszu?

Moje źrenice zwęziły się nagle, bo światlo przede mną błysnęło mocniej.

To była pułapka! Voldemort chciał dorwać Pottera, a nie wykończyć Syriusza! Syknęłam na tę myśl, odwracając się przodem do swojego przeciwnika, aby oszołomić go jakimś zaklęciem i zająć się na spokojnie poszukiwaniem Pottera i jego bandy.

- Expell... - zaczęłam, kierując różdżkę w stronę niskiego bruneta, lecz wtedy spostrzegłam jego postać leżącą nieprzytomnie pod ścianą.

Naprzeciw mnie zaś stał wychudły i lekko wykończony Pettigrew, uśmiechający się do mnie przebiegle.

- Peter - mruknęłam, starając sobie przypomnieć chwilę, gdy widziałam go ostatnim razem. Prawie dwa lata temu.
'Kupe czasu' chciałam rzucić, ale w ostatniej chwili ugryzłam się w język.

Na dźwięk mojego głosu uśmiechnął się przebiegle, ukazując mi zęby przypominające szczurze kiełki. Wzdrygnęłam się na widok ich żółtego koloru zmieszanego z czernią pożerającej ich próchnicy. Pośpiesznie zacisnęłam palce na rączce różdżki, skierowując jej koniec na cynicznego mężczyznę.

- Czego ode mnie chcesz? - warknęłam, cofając się o krok. Małe ślepia mężczyzny patrzyły z pewną dozą okrucieństwa na moją osobę.

- Dokończyć to, co zacząłem. - Nim się spostrzegłam, mężczyzna przemienił się w szczura i rzucił się w moim kierunku.

Stworzenie wdrapało się prędko po nogawce moich spodni, wbijając się boleśnie pazurkami w skórę. Nagle przeskoczyło na moje ramię. Jednym susem doskoczyło do dłoni i wyrwało mi różdżkę. Strzepnęłam z siebie gryzonia, a ten wylądował na podłodze z cichym piskiem.

- Mitario! - syknęłam, a w Pettigrew uderzył biały impuls elektryczny.

To go na chwilę sparaliżowało. Podbiegłam do niego i złapałam go mocno za kark, unosząc w górę.

Spojrzałam w tępe oczy szczura.

- Jesteś wstrętny, Pettigrew - mruknęłam, wysyłając w stronę gryzonia kolejne zaklęcia.

Peter przez chwilę się trząsł, następnie zapiszczał przez zbyt mocne uderzenie, aż w końcu niespodziewanie ugryzł mnie w palec.

Puściłam go, a ten przemienił się w człowieka. Przejechał w nerwach swoim długim językiem po okolicach warg i poruszył niepokojąco nosem.

Wydawało się, że jest bezbronny. Mały, skulony animag starający się wtulić w lodowatą ścianę gmachu.

Jego oczy krążyły rozbiegane po korytarzu, szukając drogi ucieczki. Nagle rozbłysły i wypełniły się tępą pustką. Jak zahipnotyzowany Peter uderzył w ścianę, z której oberwał się tynk, i wyrwał z niej długi pręt o gumowej fakturze. Przełknęłam ślinę.

- Jesteś szalony - warknęłam, odsuwając się na kolejny krok.

- Nie, ja tylko spełniam dane ci kiedyś słowo - odparł swobodnie, zarzucając kablem w sposób, że jego koniec uderzył o posadzkę i poniósł ten dźwięk echem dalej.

Wzięłam głęboki wdech. Szczur dalej kontynuował.

- Na piątym roku... Na czwartym roku... - wymieniał. - Zawsze ci mówiłem, abyś nie fikała, bo to się dla ciebie źle skończy. - Ponownie uderzył kablem o ziemię. Wzrokiem starałam się zlokalizować różdżkę; przecież gdybym ją miała, mogłabym uciec w każdej chwili.

- Cenne rady dawnego przyjaciela rodziny - prychnęłam, na co Pettigrew syknął niczym gryzoń, mocniej zaciskając uścisk na kablu.

- Jesteśmy po tej samej stronie, Suzanne - warknął, na co ja prychnęłam cicho. - Tyle że ty jeszcze się o tym nie przekonałaś.

- Ty nie jesteś po stronie Zakonu, Peter - odwarknęłam. - Ty jesteś durnym sługusem Voldemorta! - Kabel świsnął tuż obok mojego ciała.

- Każdego spotka to prędzej czy później. Wszyscy o tym wiedzą, tylko nie stary Dumbledore i jego świta - "wyjaśnił", na co ja dostrzegłam błysk mojej różdżki w mroku.

- Gdyby nie zdrajcy tacy jak ty, wojna wyglądałaby inaczej - powiedziałam, stawiając stopy w stronę zabranego mi przedmiotu. - Sam Voldemort by sobie nie poradził. Dopiero kiedy ma tępych wyznawców, jego siła coś znaczy. - Kabel niczym bicz przeciął powietrze, lekko smagając skórę na moim ramieniu. Syknęłam, dostrzegajac kątem oka krew w miejscu uderzenia.

- Słyszałaś kiedyś, że odwagę łatwo pomylić z głupotą? Ty chyba także masz z tym problem, dziewczyno. - Uśmiechnął się wrednie.

- Może - przytaknęłam - Ale ja przynajmniej potrafię się do tego przyznać, Accio! - dodałam pospiesznie, a różdżka znalazła się w moich dłoniach.

Skierowałam jej koniec ma mężczyznę i wymówiłam w myślach zaklęcie. Pettigrew wylądował na posadzce kilka metrów dalej.

- Nie potrafiłeś zabić mnie bezbronnej w Hogwarcie, nie będziesz potrafił zabić mnie też teraz - syknęłam w jego kierunku. - Te twoje durne podchody z liścikami miały mnie przestraszyć, a zrobiły coś innego. Bardziej nakręciły do działania. - Rzuciłam w niego kolejnym zaklęciem. Peter wykrzywił wargi w grymasie bólu, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku.

Odwróciłam się z zamiarem odejścia, jednak Peter wycharczał słabym głosem, który potoczył się niczym krzyk po tym opuszczonym labiryncie.

- Nie wyszło mi to na złe... - Zakasłał słabo. - To że zaprzyjaźniłaś się z Blackiem dało Czarnemu Panu nowe możliwości.

Przełknęłam ślinę, spoglądając na koniec korytarza. Teleportowałam się w tamtym kierunku.

...

Znów przechodziłam przez te mgliste labirynty korytarzy, za których każdym zakrętem mogło czaić się wszystko: poczynając od Tytana, idąc przez domowe skrzaty, a kończąc na nicnieznaczącym urzędniku państwowym. Cisza była przerywana przez moje ostrożne kroki, które zdradzały nawet najgłębsze lęki.

Czarny aksamit zataczał się po każdym fragmencie mijanych przeze mnie miejsc i tańczył przed oczami, nawet nie próbując umknąć. Błękitne światło mojej różdżki tylko pozornie go przeganiało - tylko po to, by ten nacierał ze zdwojoną siłą.

Spokojne równomierne krople wody dochodzące do moich wilczych uszu teraz zdawały się śmiertelnym zagrożeniem. Przypominały skapywanie śliny piekielnej bestii, której krwiożercze ślepia lustrują każdy centymetr twojego ciała i nie pozwalają uciec. Wyobraziłam sobie szczęki tego potwora na swoim gardle.

Na początku wydaję z siebie krzyk rozpaczy, a już w następnej padam martwa na posadzkę, choć umierający mózg rejestruje okropny ból, metaliczny zapach szkarłatnej cieczy oraz coś jeszcze. Błogi spokój związany ze śmiercią.

Czy to zjawisko było aż takie straszne, jak podawali antyczni? Człowiek nie powinien się go bać. Właściwie zgon stanowi najbardziej naturalną część naszego życia. Ale czy byłam teraz gotowa na śmierć? Oczywiście, że nie! Ale należałoby wystawić kontrargument. Nigdy nie byłabym gotowa na śmierć. Nawet na wojnie człowiek nie potrafi się z nią pogodzić. Nawet na wojnie albo AŻ na niej.

W końcu natrafiłam na swojej drodze na ogromne drzwi. Ktoś mógłby stwierdzić, że był to koniec wędrówki i należy się teraz cofnąć.

- A to przecież dopiero początek. - mruknęłam sama do siebie, wzdychając ciężko i podchodząc bliżej do posrebrzanych drzwi, na których widniała wypukła postać wróżbity o rubinowych oczach. Teraz lśniły jaśniej niż ostatnim razem. Przyłożyłam dłoń do jego szorstkiego czoła. - Quid enim aperire clausis, quod est voluntatis Dei.

Kiedy wymówiłam ostatnią sylabę, drzwi bezszelestnie otworzyły się, tym samym ukazując mi dalszą ścieżkę, którą miałam podążać.

Sala przepowiedni była utrzymana w absolutnej ciszy, a gdy weszłam do środka, słychać w niej było każdy oddech. Półki z przepowiedniami lśniły srebrzyście, a korytarze kąpały się w błękitnym świetle.

Ten bezgłos był niepokojący. Tak bardzo abstrakcyjny, że panowała nad nim zawiesina grozy. Każdy oddech, każde uderzenie serca, każdy najdrobniejszy przepływ pulsującej krwi w żyłach. Nawet moje myśli były zbyt hałaśliwe. Tutaj nic nie potrafiło się ukryć. Nie mogło.

Stawiałam kolejne kroki naprzód. Moja różdżka znajdowała się sztywno w pogotowiu.

Czemu nic się nie działo? Gdzie byli Tytani, którzy ostatnim razem wypadli z ciemności już w kilka chwil po tym, jak pojawiono się w pomieszczeniu? Czyżby...

- Zostali już pokonani. - Ten szept w tamtej chwili wydawał się wrzaskiem.

Poczułam się tak cholernie dziwnie - jakbym całe życie miała już spędzić samotnie. Jakbym straciła coś bezcennego i dopiero teraz zdała sobie z tego sprawę. Jakbym dopiero teraz zatęskniła. Kilka metrów przede mną znajdował się potwór, który zamordował moich rodziców!

- Lucjusz Malfoy. - Uchyliłam wargi, a z nich wydobył się drżący głos.

Chociaż nie widziałam jego reakcji przez maskę, czułam, że uśmiecha się mściwie. Po chwili zaniósł się szyderczym śmiechem, który wbijał się boleśnie w ciało jak drobne igły przy akupunkturze. Złożyłam usta w cienką linię.

Moje ciało oplotła nagła panika, przypominająca ruch gada na rączce różdżki mężczyzny. W następnej chwili pojawili się kolejni dwaj śmierciożercy, celujący we mnie. W ich oczach nie dostrzegłam niczego. Były po prostu puste. Skąpane w czerni i otoczone przez srebrne maski, które miały pokazać ich przynależność do zła.

Nagle Malfoy ściągnął z twarzy srebrzystą maskę, ukazując mi swoją zwbrodnicza twarz. Jego nieprzeniknione oczy lustrowały moje ciało wzrokiem, który pragnął przedrzeć się przeze mnie na wskroś. Nagle Lucjusz naparł na mój umysł, aby ta chwila trwała dłużej niż było w rzeczywistości.

Opróżniłam umysł, przestałam myśleć. Tak jak podczas lekcji z Alexem i próby ze Snape'em. Nie miałam nic do ukrycia.

Nagle Malfoy przerwał, a na jego czola pojawiła się delikatna żyłka.

- Jednak Dumbledore nie jest takim starym głupcem, jak sądziłem - mruknął z zadowolenie. - Nieźle cię wyszkolił, Lupin. Prawie tak dobra jak ojciec - stwierdził z uznaniem.

Całym swoim ciałem starałam się na niego nie rzucić po tych słowach. Bolały jak diabli; on nie miał prawa mówić tak po tym, co zrobił mojej rodzinie.

- Nie waż się mówić o moim ojcu. - Nagle usłyszałam swój głos, świadczący o tym, że jdnak mam za dlugi język. - Zamordowałeś go. Jesteś zwykłym...

Nim zdołałam dokończyć to zdanie, Lucjusz poruszył się nerwowo i wycelował swoją różdżką we mnie. W jej końcu zaczynało żarzyć się zielone światło Avady.

Cholera!

Zrobiłam gwałtowny ruch ręką, przez co trafiłam w mężczyznę odpychającą falą. Przez chwilę wytrąciło go to z równowagi, lecz już w następnej sekundzie oddał atak. Moje udo zostało lekko draśnięte.

Poczułam łzy, kotłujące się w moich oczach.

- Jestem zwykłym kim, Lupin? - zadrwił Lucjusz. - Nie bądź tchórzem, powiedz! Gryfonce przecież nie wypada - Przełykając ślinę z nerwów, poczułam rozprzestrzeniające się po mojej klatce piersiowej czerwone światło.

Skupiając się na jego tonie, nie potrafiłam się obronić. Malfoy uderzył we mnie zaklęciem Cruciatus, które powaliło mnie na posadzkę i zmusiło do wydobycia się z gardła rozpaczliwego krzyku.

Każda komórka została opętana uczuciem szału i istnego piekła. Skóra bolała, kości łamały się jedna po drugiej, a w żyłach zaczęła płynąć trucizna. Jedynym rozsądnym sposobem na uniknięcie tego była śmierć. Wzamian jednak zaczęłam się wić po podłodze i wrzeszczeć coraz głośniej, słysząc jak przez mgłę ich szydercze śmiechy.

Kończyny płonęły żywym ogniem. Po ciele rozprzestrzeniało się uczucie wbijanych ostrzy, a w ustach poczułam silny smak metalicznej krwi. Zmysły zaczęły zawodzić i starały się jedynie zniknąć.

Przed oczami miałam ciemność, a wokół panowała cisza. Jedyne, co w tej chwili rozumiałam, to chęć śmierci. Tylko tego pragnęłam. Aby pozbyć się tego cholernego ciężaru. Kolejne kości zdawały się łamać, na kolejne mięśnie napierały coraz ostrzejsze brzytwy. Tylko ten pieprzony zmysł czucia nie odchodził w zapomnienie i odbijał się głośnym głosem po moim ciele.

Crucio! Crucio! Crucio!

Zacisnęłam palce na kracie, która sprawowała rolę podłogi tego przeklętego miejsca. Jeżeli tak nie wyglądało opętanie, to świat był zabawniejszy niż do tej pory myślałam.

- Proszę! - wysyczałam, chcąc się poddać. Kręgi kręgosłupa powoli zaczynały wbijać się w skórę, chcąc opuścić to poranione ciało.

- O co konkretnie, Lupin? - parsknął kolejny głos.

- Proszę! - To było jedyne słowo, jakie mogłam wydobyć ze swoich ust.

- Zabawne - mruknął Malfoy. - Jakbym słyszał Lyalla. On też tak mówił. "Błagam cię, błagam cię" - Zaśmiał sie szyderczo. - "Oszczędź chociaż moją rodzinę, proszę"

- Proszę! - wraz z tym wyrazem, męki nagle ustały, a moje ciało opadło jakby bez życia na tę lodowatą posadzkę.

- Słaba jak ojciec. Nie wiem, co Czarny Pan w was widzi. Podli zdrajcy - warknął mężczyzna, spluwając tuż obok mojej twarzy.

Niepewnie uchyliłam powieki, czując, że moje serce zaraz wyskoczy mi z piersi.

- Nie waż się wypowiadać tak o moim ojcu - odparłam słabym tonem. Moje ciało było bez siły, zmaltretowane, jakby opuszczone. Jakby zapomniało, że wewnątrz siebie ma jeszcze ludzką duszę.

- O Lyallu? - prychnął. - Był podłym zdrajcą. Nie odpowiadało mu życie jakie sobie wybrał, a potem chciał się wycofać. Jednak kto przystaje do Czarnego Pana, zoataje z nim już na wieki - Ponownie zaśmiał się głośno. - Chociażby w postaci swojego potomstwa.

Dłonią starałam się znaleźć swoją różdżkę. Zaklęłam, gdy zamiast przyjemnego ciepła bijącego od jej wiązu, poczułam na dłoni ostry ból, ponieważ Pettigrew stanął na niej lewym butem.

- Ty suko! - syknął Lucjusz. - Okazujemy ci łaskę, a ty jeszcze próbujesz uciekać?

Czując odruch wymiotny, nachyliłam się w bok, a wtedy z moich ust wydobyła się czerwona, gęsta ciecz. Skrzepnięta krew. Zadławiłam się nią oraz jej widokiem. Przez chwilę starałam się odzyskać równy oddech.

Cruciatus nadal odbijał się echem po moim ciele, a ostatnie jego iskry torturowały bezbronne komórki. Jęknęłam cicho.

- Uparta jak twój ojciec i brat. Obaj byli głupcami, których spotkała za to kara. Nie idź tą drogą, Suzanne - polecił Malfoy. - Przyłącz się do nas. - Wystawił dłoń w moim kierunku.

Po raz kolejny pojawiły się łzy w moich oczach. Śmierciożercy niejednokrotnie składali ludziom tego typu oferty, jednak tym razem stanęłam przed nią i ja! Pezygryzłam dolną wargę, wiedząc, że jest tylko jedna własciwa odpowiedź.

- Ona nigdy się na to nie zgodzi - Usłyszałam nagle znajomy głos, który wzbudził we mnie poczucie bezpieczeństwa.

- Dumbledore - skinął Lucjusz. - Jakie miłe spotkanie.

W tej samej chwili uderzyła w niego przezroczysta kula, która przemieniła sie po chwili w szczerozłote promienie.

Przeniosłam wzrok na dyrektora, którego palce był napięte i sterowały masywnym przedmiotem. Nagle złączył dłonie, a wtedy po pomieszczeniu rozprzestrzeniła się fala przyjemnego ciepła. Malfoy zniknął.

- Co mu się stało? - spytałam, podnosząc się i przyglądając miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu stali trzej Śmierciożercy.

- Teleportowałem ich. Nie na długo w prawdzie, ale stwarza to możliwość ucieczki. Jesteś wykończona, Suzanne, powinnaś wrócić do...

- Będę uczestniczyć w bitwie - zaprzeczyłam, a Dumbledore uśmiechnął się lekko.

- Dlaczego mne to nie dziwi? - mruknął, chwytając mnie za rękę, a wtedy poczułam silny kurcz w żołądku związany ze zmienieniem miejsca.

...

Świst teleportacji, a w następnej chwili zawrót głowy i zetknięcie nóg z twardą podłogą. Gdy uchyliłam powieki ujrzałam grupę pojedynkujących się ludzi, którzy rzucali w siebie kolorową dozą świateł. Obok mnie nie było Dumbledore'a, co w pierwszej chwili mocno mnie zdziwiło.

Otrzeźwił mnie dopiero krzyk Remusa.

- Uważaj, Suz! - Tuż przy moim uchu świsnęło zaklęcie rzucone przez jakąś kobietę z burzą czarnych loków na głowie.

Pomieszczenie tonęło w barwach szarości, a na jego środku znajdowało się coś na kształt lustra. Osoby walczące przy nim nie odbijały się jednak w jego falującej tafli, a samo zwierciadło miało w sobie coś hipnotycznego. To z niego wyłaniali się Tytani, a nikt żywy już stamtąd nie wracał!

Nie było lepszego miejsca na bitwę! - przeszło mi przez głowę.

- Uspokój się Bellatrix - prychnął Syriusz. Kobieta była do niego bardzo podobna. - To walka pomiędzy tobą a mną!

- Zabawny jak zwykle, kuzynie - wysyczała, atakując mężczyznę kolejnymi czarami. Jedno z nich trafiło go w nogę, jednak ten nie zagiął się, parskając przy tym śmiechem.

- Pobyt w Azkabanie wyprowadził cię z formy! - zadrwił.

- Uważaj, abyś nie spotkał się ponownie z jego murami. Dementorzy już na ciebie czekają! - Wystrzeliła z różdżki fioletowe iskry.

- Suzanne! - skarcił mnie Remus, zasłaniając mnie tarczą. - Walcz i broń się!

Niemo przytaknęłam, spostrzegając przed sobą jakiegoś Śmierciożercę. Ciemne włosy pokrył piach i zaschnięta krew.

- Expelliarmus! - rzucił, ale zasłoniłam się barierą.

- Tylko na tyle cię stać? - fuknęłam, uderzając go jasnym światłem, które przekoziołkowało go do tyłu. Dzisiejszego dnia miałam już dość obrywania zaklęciami niewybaczalnymi.

Brunet podniósł się szybko z podłogi, jednak nim zdążył mnie zaatakować, otępiłam go kolejnym zaklęciem. Parsknęłąm, gdy upadł, a jego oczy się zamknęły. Powinien odzyskać przytomność za jakiś kwadrans.

Wokół mojej szyi zacisnęło się coś silnego.

- Skoro tak uwielbiasz szlamy, może chcesz zginąć tak, jak oni to robią... przez uduszenie. - Próbując się wyrwać, ujrzałam jedynie zarys wyglądu mężczyzny. Miał ciemne włosy, błękitne oczy i nazywał się Rudolf Lestrange. Widziałam jego zdjęcie w Proroku Codziennym sprzed kilku miesięcy.

- Może podziękuję - odparłam, dotykając jego ramienia i porażając go delikatnym światłem. Przez ciało mężczyzny przeszedł dreszcz, ale nie ustępował. Jego uścisk jedynie nasilił się na mojej szyi.

- Drętwota! - Usłyszałam kolejny znajomy głos. Nimfadora pojawiła się znienacka i wydostała mnie z jego objęć.

Chciałam jej podziękować, jednak ona atakowała już kolejnego śmierciożercę.

Spojrzałam na Lestrange'a, który patrzył na mnie zamglonym wzrokiem. Kilka sekund i znów doszedł do siebie. Trafiłam go kolejnym mocnym zaklęciem, jednak odparł je, na dodatek raniąc mnie w nogę.

Nogawka jeansów rozerwała się, ukazując zsiniałą skórę. Z rany wydobywała się krew, barwiąca poblisko leżący materiał w szkarłatne barwy o intensywnym zapachu. Syknęłam, czując nadchodzący ból.

Przygryzając wargę, zagłębiłam się w błękitnych oczach mężczyzny. Były puste, tak samo jak większości śmierciożerców. Jednak przez tę pustkę przeplatało się zranienie. Głęboki smutek, wręcz rozpacz.

Śmierciożercy byli ludźmi takimi jak wszyscy, jednak o bardzo stępionych sumieniach.

- Bombarda! - rzuciłam błyskawicznie, a mężczyzna uderzył o ścianę i opadł po chwili na czarną podłogę. Stęknął pod nosem, zamykając oczy ze zmęczeniem. Jego klatka piersiowa podnosiła się miarowo.

Do moich uszu ponownie dotarły dźwięki pojedynku Syriusza i Bellatrix.

- Przestań, Bell, wiem, że potrafisz lepiej! - parsknął mężczyzna, co spowodowało na twarzy kobiety pojawienie się ogromnej irytacji.

- Dość tego, szumowino! - wysyczała, a zaklęcia z jej różdżki zaczęły wylatywał w zawrotnym tempie. Zawładnął nią szał, jednak na twarzy Syriusza cały czas malował się uśmiech.

Nagle moje serce zamarło.

Tuż za nim znajdowała się kołysząca beztrosko tafla, która pochłaniała wszystko, co do niej wpadło. Wstrzymałam oddech, gdy Bellatrix rzuciła zaklęcie odpychające w stronę Blacka.

Ta chwila trwała wieczność i dłużej.

Serce stanęło, a na twarzy Syriusza nie zdąrzyło pojawić się zaskoczenie.

Szary promień pokonywał kolejne centymetry powietrza, pragnąc jedynie dotrzeć do klatki piersiowej mężczyzny i wepchnąć go w tę otchłań. Jedna łza spłynęła po moim policzku.

Odepchnęłam Syriusza, czując na swoim brzuchu rozrywające ukłócie odepchnięcia. Nim się zorientowałam, upadłam, a moja głowa zaczęła pulsować od narastającego bólu.

Ciała się zamazały, dźwięki zniknęły, wszystkie zmysły właśnie przestały istnieć. Przed oczami stanęła pustka, a następnie ciemność, której nie można było odmówić przyjścia.

***

A oto i 104 rozdział oraz oficjalne zakończenie VII Tomu.

Dziękuję Wam wszystkim za to, że czytacie i komentujecie wedle możliwości :) Tak jak pisałam we wcześniejszym poście, następny rozdział pojawi się we wrześniu, a konkretnie: PIERWSZEGO.

Napiszcie, co sądzicie o takim zakończeniu tego tomu - czy macie jakieś wątpliwości, może coś zostało rozwiane...? ;)

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłych wakacji ;*

Suzanne Rose Lupin - Autorka :)